Lipiec 1944, okolice Garwolina

Zapraszam do zapoznania się ze wspomnieniami Kazimierza Kot. ps. “Dzięcioł”, który podczas II wojny światowej był członkiem Armii Krajowej.  Dziadek we wspomnieniach opowiada o pewnym dniu lipca 1944 roku. Wydarzenia dzieją się w okolicach Rębkowa, Huty Garwolińskiej, Łucznicy i Pilawy. Niestety Kazimierz odszedł  6 grudnia 2011 roku, ale pamięć po nim pozostała w nas, we wspomnieniach i nagraniach jakie się zachowały…

Stoję, oni przeszli już pół drogi. Poznałem, że jeden to Niemiec, a drugi cywil. No i stoję, a oni podchodzą bliżej lasu. Zszedłem z drogi w lasek i ukryłem się. I czekam. A oni idą. Dopiero wtedy, kiedy byli ze dwadzieścia metrów ode mnie, krzyknąłem:

– HALT! HALT, Deutsche!

A później po polsku powiedziałem:

– Stój, bo strzelam!

Na to odezwał się ten cywil:

– Panie wojskowy, niech pan nie strzela – mówi. – Bo ja prowadzę Niemca do lasu, do was. Niech pan nie strzela.

A ja na to:

– A Niemiec broń ma?

– Miał, ale ja mu zabrałem.

– A jak pan mu zabrał broń? To przecież oficer niemiecki. Jak pan mu zabrał broń?

– Wyszedłem na pole patrzeć, czy zboże jest już dobre do koszenia, a on mnie zauważył i mówi: „Kom ja, kom ja”, żeby przyjść do niego. I kazał mi się położyć przy nogach. Takem się położył, że wszystko widziałem, co on robi. Jakaś część mu upadła od lornetki. Lornetkę rozkręcił, bo coś mu nie odpowiadała, i jakaś część mu upadła na ziemię. Jak on się schylił, tak ja raz go za głowę i do siebie przycisnąłem. Jedną ręką trzymałem go przy sobie, a drugą za pistolet. Zabrałem pistolet i mówię: Teraz to ty jesteś mój, a nie ja twój.

I wziął go przyprowadził do mnie do lasu. Jak go przyprowadził, to ja tego Niemca postawiłem przy takim drzewie trochę grubszym, przy chojaku, i kazałem mu się przekręcić twarzą do drzewa, a ręce miał trzymać w górze. I powiedziałem:

– I stój, bo będę strzelał, jak się będziesz kręcił.

Tak stojał, ani się ruszył, to go trzymałem ze dwie godziny przy tym drzewie, bo zmiana moja miała przyjść. Ale nie przyszli. I na obiad, to już było po pierwszej, ta zmiana dopiero przyszła. A ten rozprowadzający wartę zaczął tak trochę podskakiwać, więc ja mówię:

– Niech pan nie podskakuje, bo pan nie jest sam.

– Co, co, co?!

A ja mówię:

– Niech pan nie podskakuje, bo nie jest pan sam.

Bo ich było trzech, dwóch wartowników i jeden rozprowadzający. I ten rozprowadzający mówi do jednego z żołnierzy:

– Idź, zmień go!

Pytam:

– Czemu pan taki ostry jest?

– Co, co, co?!

– Niech pan nie podskakuje, bo ja mam Niemca. Niech mi pan nie podskakuje.

A on mówi:

– A gdzie go masz?

– A stoi w lesie.

– Idź go przyprowadź.

Więc ja podszedłem do tego Niemca i mówię:

– Kom Deutsche, hande hoch! Ręce do góry!

Przyprowadziłem go i mówię:

– Proszę, bierz go pan.

– Nie, nie… Ja go nie chcę. Weź ty go. Idź ty jedną koleją, a on niech idzie drugą koleją na drodze.

I szliśmy z przodu, a rozprowadzający i jeden żołnierz z tyłu. Dochodzimy do Huty (Garwolińskiej), skręcam do furtki, otwieram, a on mówi:

– Nie wchodź ty, tobie nie wolno, nie wolno!

Mówię:

– Co mi nie wolno? Tak samo jestem żołnierz jak i pan!

A on mówi:

– Nie wchodź tam, ja go wezmę, ty idź na obiad.

Zrobiłem, jak powiedział, poszedłem na obiad. Poszedłem na kuchnię. Drzwi już pozamykane, ale od sali były otwarte, więc wszedłem. Nie było nikogo, czyściutko, posprzątane, więc wróciłem z powrotem, ale mocniej trzasnąłem drzwiami i wyszedł do mnie Roman Soszka z Unina. Mówię:

– Co tak pozamykane? Już po obiedzie?

– Ja ci zrobię obiad.

Ukroił kromkę chleba, dał smalcu całą miskę i herbatę, ale mówi:

– Ja ci zrobię lepszy obiad, na razie odpędź pierwszy głód.

Przyniósł mięsa w misce blaszanej, nasmażył tego mięsa i mówi:

– Masz, weź, kolegom dasz, może też są głodni.

Zawołałem Zaleszczaków, Zygmunta i Tadka, i Stefana Sianiawego i Antka Goździoka.  Siedliśmy na boku, pojedliśmy. Mówię, że się prześpię trochę. Postawiłem karabin do karabinów kolegów, stały ustawione w kozły. I usnąłem. A po chwili słyszę:

– Pobudka, pobudka, pobudka! Zbiórka w dwuszeregu!

A to był Makulec z Niecieplina, ten młynarza, Władek Makulczok.

Stanąłem w drugim rzędzie, stoję, podchodzi do mnie ten Makulec, klepnął mnie w ramię i mówi:

– Chodź ze mną.

Wyprowadził mnie przed rząd i mówi:

– Poczekaj tu, ja znajdę drugiego i we dwóch pójdziecie do wsi i zbadacie, czy są Niemcy. Czy ich jest dużo, czy mało.

Przysłał mi Klimka Siemianioka z Puznowa, Mikulski on się nazywał.

– Idźcie we dwóch, popytajcie mieszkańców.

Doszliśmy pół drogi do wsi od Ewelina do Rębkowa, idziemy, a tu za stodołą w Rębkowie leci Niemiec.

– Nie strzelajmy, żeby żadnego cywila nie postrzelić. Leci na Borki, a tam obstawione, to go złapią.

Doszliśmy z pięćdziesiąt metrów, patrzymy, leci drugi, tam gdzie teraz jest szkoła.

Uszliśmy dalej, leci trzeci.

– Nie strzelajmy, niech lecą.

Klimek spojrzał na mnie, odwrócił się na pięcie i uciekł do kompanii pod Ewelin. Krzyknąłem:

– Klimek, wróć, nie uciekaj! Sam mam iść?

Nie posłuchał. Jak on uciekł, ja poszedłem sam. Dochodzę do wsi, do Rębkowa, po cichutku. Stanąłem w życie, żeby nie natknąć się na Niemców. Popatrzyłem trochę – cichutko, nie ma nikogo. Wchodzę między stodołami na podwórko do Karczmarczyka Franka, a w oknie ludzi tyle, w mieszkaniu. Wychodzi do mnie Karczmarczyk.

– Dzień dobry, panie wojskowy!

– Niech pan nie krzyczy. Niech pan mi powie, czy są tu gdzieś Niemcy.

– Byli, ale gdzieś uciekli, nie ma ich. Ale tam za tą olszynką, gdzie stodoły, zawsze dużo Niemców się kręciło.

Dolecieli do mnie Zygmunt i Tadek. Zygmunt był kapralem. Mówi do mnie:

– Kazik, prędzej, prędzej, idziemy.

No to jak prędzej, to poszliśmy. Ja pierwszy przez szosę i przez tę łączkę, i pod górkę. A spod stodoły wyleciał Niemiec i rzucił w nas granatem. Upadliśmy, a granat upadł mi koło ucha. Krew mi poszła z ucha; do dziś nie słyszę na to ucho. Krew mi tylko poszła, Tadek dał mi chusteczkę. A ja pobiegłem za tym Niemcem. On doleciał do takiego kopca, tam bunkier mieli. Krzyknąłem:

– Stój, bo strzelam!

Doleciał, stanął przy ścianie, ręce wziął za głowę i stoi. Doleciałem do okna i pytam się go:

– Sam jesteś?

– Nie – odpowiedział po polsku.

– A ilu was jest?

– Ośmiu.

– Gdzie?

– W środku.

Pokazał mi ręką, jak wejść do tunelu. Po cichutku wszedłem. Oni w karty grali. Wpadłem do środka i krzyczę:

– HALT! HALT! Hande hoch!

Wstali wszyscy, nie mieli broni przy sobie. Podnieśli ręce i stoją. I mówię:

– Wychodzić!

Wyszli, ustawili się w rządku i wtedy Makulec przyszedł z ludźmi. Podchodzę i melduję do Makulca:

– W bunkrze było siedmiu i ósmy, co rzucał we mnie granatem.

– Bardzo ładnie, Kazik!

Zaczekaliśmy jeszcze, gdyż inni żołnierze polecieli na Górki za Niemcami.

– Zaczekamy – powiedział Makulec.

Za chwilę przyprowadzili siedmiu, a po chwili jeszcze jednego. Poczekaliśmy do wieczora, wieczorem ruszyliśmy do Huty. Gdy doszliśmy, Makulec powiedział:

– Co kto ma, niech zje, wyśpi się, a nad ranem pójdziemy na Warszawę.

Poszliśmy spać. Rano doszliśmy do Łucznicy. Z Łucznicy wyprowadzili mnie do torów na wartę. Postałem godzinę i nadeszła zmiana warty. Ale już ta warta nie będzie czynna. W tym dniu w Łucznicy w szkole była msza, msza się skończyła i przyszedł meldunek.

– Na Warszawę nie pójdziemy, gdyż w Warszawie już Niemcy nie urzędują, tylko ruscy.

 

I taka moja historia…

 

Wspomnienia Kazimierza Kot ps. „Dzięcioł” z 8 maja 2010 r.

 

Krzysztof Kot – wnuczek

opracowała: Monika Gajewska – Makulec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aby dodać komentarz uzupełnij równanie/To add a comment complete the equation UWAGA/ATTENTION!!! Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.