Z wycieczki w garwolińskie – „Opiekun”1874 rok

Z WYCIECZKI W GARWOLIŃSKlE – 1874 rok

Z wycieczki w garwolińskie? a cóż tam może być tak ważnego, coby aż ogół, czytelników „Opiekuna” interesować miało? Żebyż to szło o wycieczkę do „niebotycznych” Alp w uroczej Szwajcaryi lub gdzieś pod włoskie niebo, a to rozumiem. Ale że tam ktoś zwiedził jakiś zakątek prowincyi, obejrzał jakiś sławetny partykularz i jego okoliczne zaścianki, czyż to warto o tym rozpisywać się publicznie i na tle tak bladem, osnuwać towarzyskie wrażenia? W ten sposób nie jeden może z czytelników gotów jest zainterpelować z góry, my zaś odpowiedzieć jesteśmy gotowi że interpelacyja podobna jest co najmniej niesłusznę. Był co prawda czas i to nawet niezbyt odległy, w którym wędrując corocznie w poetyczne krainy cudzoziemskie po to, aby wywieść z tamtąd wiązkę wyrazów przelotnych, nie raczyliśmy przyglądać się bliżej prozaicznym zakątkom ziemi rodzinnej; dziś jednak zmieniły się czasy przeistoczyły w wielu razach warunki, i wytrzeźwiały poglądy. Dziś jak z jednej strony, ekonomiczna bieda, pozwala nam ku owym odwiedzanym dawniej krainom posyłać jedynie patetyczne westchnienia, tak z drugiej znów budzący się ruch w zabawie rozważnego badania stosunków, swojskich, winienby znam i owe zaściankowe wycieczki bardziej interesującymi uczynić. Zwrot ten słowem winienby w trzeźwo myślącym ogóle utwierdzić przekonanie że każdy z owych zaniedbanych i lekceważonych przedtem zakątków prowincyi to nasz świat i nasi ludzie że w każdym z nich bije pewne tętno ruchu i pracy że każdy z tych zaścianków ogniskuje w sobie pewną cząstkę naszego zbiorowego życia, a które przecież obserwować zbliska i bezstronnie, obserwować we wszystkich szczegółach i najdrobniejszych odcieniach, jest jednym z pierwszorzędnych zadań chwili bieżącej. Myśl tę zresztą uzasadniliśmy już bliżej w jednym z artykułów wstępnych. N. 21 „wycieczki letnie w celach społecznych”: Obecnie więc, nadmienimy jedynie że dla próbki, o ile samo wykonanie myśli rzeczonej jest możliwym praktycznie, odbyliśmy wycieczkę letnią w garwolińskie zebraliśmy tam wiązkę i zbliska czerpanych danych faktów i fakcików, wiązkę również na faktach tych opartych uwag spostrzeżeń i wniosków i tym właśnie z czytelnikami „Opiekuna” podzielić się chcemy. Czy, i jak chęci te nasze przyjętemi zostaną, zobaczymy następnie, tymczasem zaś przejdźmy do turystowskich spostrzeżeń. Zwyczajem swojskich podróżników, należałoby nam, zacząć od wyjazdu z Warszawy, a raczej od określenia właściwości lokomocyi pocztowej (kuryjrerką) której i my niestety mieliśmy szczęście „używać”. „Niestety, szczęście” a to co znowu? Tak jest: mieliśmy szczęście jechać nie żadną jednokonną dryndulką, ale szumnie trąbiąca „pocztą” i zarazem mieliśmy nieszczęście być skazanemi na potłuczenie i wygniecenie, w hidraulicznej prasie.

To są bowiem charakterystyczne właściwości naszych „kuryjerek”, pocztowych i na ten też temat dałoby się wiele powiedzieć. Rzecz to jednak zużyta i oklepana, choć nieprzestająca być dla podróżującej publiki problematem nielada. Co więc najwyżej to możnaby tu mimochodem wtrącić, że dopóki przekonanie: iż nie poczty i koleje dla publiczności ale publiczność dla poczt i kolei (!) nie przestanie instytucyjom tym służyć za pryncypalną maksymę dopóki nadto i publiczność sama pod wpływem cywilizacyjnych potrzeb,nie stanie się więcej wy bredną, dopóty oprócz płaczliwych skarg i lamentów, w kwestyi naszych środków komunikacyjnych niczego więcej spodziewać się nie można.

Co się tyczy podróży np. do Garwolina (a tym więcej do Lublina) to takową obok specyjalnych cech jazdy kuryjerkowej uprzyjemnia nadto znakomicie, tak zwana „szosa lubelska” Jest to „pierwszorządna droga bita, ale właściwie nazwać by ją można rozbitą albo jeszcze lepiej rozbijającą” najniewinniejszych ludzi – za pomocą niezliczonych wyżłobień (zwanych wybojami). Ale pocieszmy się. Czytaliśmy przecież już dość dawno o poważnych na poprawę dróg bitych wyasygnowanych sumach; cieszmy się więc nadzieją a tymczasem dobijajmy do Garwolina i zatrzymajmy się tu chwilkę.

Za „lepszych czasów” miał się i Garwolin lepiej. W wieku szesnastym a nadewszystko w drugiej tegoż połowie, tj. okresie przedstawiającym naświetniejszą epokę bytu naszych prowincjonalnych miasteczek, Garwolin był miasnem liczącym około 300 domów a w domach i domkach, oprócz innych warstw ludności 192 samych rzemieślników w których liczbie było: 68 piwowarów, 22 ślusarzy, 88 piekarzy, 24 szewców, 12 krawców, 7 czapników, i. t. p. 1). Ten jeden z przeszłości Garwolina zaczerpnięty szczegół świadczy wymownie że stanowisko jego ekonomiczne nie było upośledzonym zbytecznie. A dziś? O dziś jest trochę inaczej. Dzisiejszy Garwolin posiada aż jeden dom murowany i około 200 chałup drewnianych, ustawionych w parę ścieśnionych rzędów zwanych ulicami a w środku miasta formujących tradycyjonalny rynek. U podnóża (!) miasteczka przepływa mała rzeczułka zwana Garwółką albo Żoną zresztą nic tu godnisjszego uwagi. Do osobliwości chyba za liczyćby można budowę miejscowego kościoła, lecz osobliwość ta polega na tym iż restauracja świątyni trwa już jakie lat dziesięć i pochłonąwszy (z ofiar publicznych zebrany) kapitalik nie mały nie może dojść do końca. Notujemy sam fakt nie wchodząc w jego przyczyny których zresztą ostatecznie sprawdzić nie byliśmy w możności. Zaczepiamy o niektóre wydatniejsze szczegóły. A więc jakże się tu miewa podstawowy czynnik wszelkiego życia ruch umysłowy? O! ma się słabo i bardzo słabo, a za pewną wskazówkę posłużyć nam tu może ilość odbieranych z poczty garwolińskiąj pism peryjodycznych. Tak mianowicie: Gazety Warszawskiej przychodzi tu egzemp. 12, Gaz, Pol. 3, Wieku 8, Gaz. Handlowej 3, Kur. Codz. 2, Kur. War. 7, Kur. Świąt. 4, Tyg. Ilus. 6, Kłosów 4, Bluszczu 3, Tyg. Romansów 7, Przyj. Dziec. 2, Gaz. Lekar. wraz z Bibl. 2, Medycyny 1, Przeg. Tygod. 2, Przeg. Katol. 5, Gaz. Rol. 1, Zorzy 1. Indepen. Belg. 1, Wiener MedicinPresse 1; razem egz. 74. Jeżeli teraz z tej ogólnej ilości umysłowej strawy, odtrącimy 3 na konsumentów z okolicy to dla czysto garwolińskiej publiki przypadnie doza świadcząca dość wymownie o umysłowym jej (publiki) głodzie. Niestety jednak nietylko mniej oświeconej ale i mającej pretensyją do inteligencyi, warstwie mieszkańców, głód ten nie daje się uczuwać a knajpa i karty jedyne poza obowiązkowe zajęcia męzczyzn wszelkie pragnienia ducha gaszą i obezwładnieją. Zupełnie co innego widzimy między płcią piękną. Kobiety czytają tu, za siebie, za mężów, braci i ojców. Pisma przebiegają z rąk jednej do drugiej książki także. W takiej rzeczy jak utworzenie miejscowej czytelni jak (urządzane już przecież w innych partykularzach) popularne odczyty jak zresztą prosta tylko ciekawość co też tam w świecie i wśród własnego społeczeństwa się dzieje, garwolińska inteligencyja męzka (a nadewszystko młodzież powiatowej biurokracyi) nie wdaje się wcale. Popełnilibyśmy jednak niesprawiedliwość ograniczając się nć takim sumarycznym sądzie. Jak wszędzie tak i wpośród garwolińskiej inteigencyi mezkiej znaidują się wyjątkowe to jest szerszej myśli i szerszego wpływu jednostki a którym głównie przewodniczy wychowaniec b Szkoły Głównej od lat 4 w Garwolinie zamieszkały, lekarz miejski p. Józef Nowak. Dzięki jego staraniom Garwolin przychodzi do tego czego nie posiada Warszawa, bo do (namaleńką skalę urządzonej kanalizacyi,) czy też właściwie ścieków odprowadzających nieczyczystości miejskie. Co więcej to p. Nowak w ciągu lat paru zjednał sobie zarówno pomiędzy miejscową jak i okoliczną ludnością mniej oświeconą zaufanie zupełne i którego też, na dobro ludności tej, nietylko w rzeczach zdrowia lecz i w sprawach ogólne ludzkich nie zaniedbuje obracać. Locząc fizycznie, Dr. Nowak nie omieszkuje udzielać leków i rad moralnych a to jedna mu owo zaufanie i ułatwia wpływ pewien. Fakt ten podnosimy tym chętniej wiedząc dobrze, że gdyby wszyscy nasi prowincyjonalni posłańcy Eskulapa szli za przykładem swoich niektórych kolegów to jest gdyby tę piękną i pożyteczną rolę jaką im stanowisko lekarza zapewnia chcieli i umieli, w szerszy sposób eksploatować w takim razie duch postępu i obywatelskiego poczucia w masach prowincyjonalnych mógłby nierównie prędzej wydobyć się z powijaków przesądu i ciemnoty.

Wpływ moralny księży jest tu dość silny i dotyczy jednej z najsłabszych stron naszego ludu: pijaństwa. Włościanie (jak również mieszczanie garwolińscy z całej parafii liczącej do 8,000 dusz, od pewnego czasu wcale nie piją wódki. Z 37 szynków garwolińskich pozostało parę już tylko walczących między życiem a śmiercią. Eto wie, jak potężną w rozwoju prowincjonalnego życia szynki małomiejskie stanowią tamę, ten przyzna niewątpliwie że podobne antialkoholiczne zmowy do objawów najszczęśliwszych zaliczonemi być winny.

Wyrazem potrzeb wychowawczych, jest w Garwolinie, miejscowa szkółka elementarna do której uczęszcza 124 obojej płci dzieci uczących się czytać, pisać, rachować i „Pana Bogachwalić” w języku wykładowym rosyjskim. Zresztą zakładów pedagogicznych żadnych choć prywatne progimnazyjum na wzór tworzonych już w innych powiatowych miastach i w Garwolinie również przydałoby się wielce.

W ten sposób przedstawia się moralna i umyslowa strona Garwolina. Zobaczmy ekonomiczną. Na czym miasteczko byt swój materyjalny opiera? Trochę na rolnictwie, trochę na rzemiosłach i cokolwiek na handlu. Wszystkiego tego jest potroszę lecz wszystko wzięte razem znajduje się na tym stopniu rozwoju iż oprócz stereotypowej niemocy nic więcej Garwolinowi nie jest wstanie zapewnić. Około 100 mieszczan posiadają po parę mórg gruntu, podzielonego dziwacznie bo na długie, często dwuwiorstowe zagony a jedynym systemem garwolińskiego gospodarstwa, rolnego jest odwieczna trójpolówka. Pługów tu nie znają i wyłącznie używane są’sochy. Rzecz prosta że ta tak skromna i dość nędznie uprawiana ilość ziemi nie jest wstanie wyżywić swych posiadaczy, którzy też będąc przez większą część lata rolnikami na zimę przedzierzgają się w rzemieślników i uprawiają (!) najpoważniej kuśnierstwo. Kuśnierzy jest 86. Żony ich trudnią się tkactwem przerabiając odpadki kuśnierskie (drobne kawałeczki kożuchów). Obok tego Garwolin posiada 5 czy 6-ciu szewców, 2 kowali, 1 ślusarza, 1 krawca i to stanowi alfę i omegę rzemiosłowej produkcyi miasta, produkcyi będącej w stanie prawie dziewiczym. Między rękodzielnikami jest pewna część partaczy żydów. Mieszczanie prawie wszyscy umieją czytać niektórzy pisać, poza tym nic.

Książka do nabożeństwa którą każdy zresztą umie na pamięć, stanowi przez całe życie jedyny przedmiot czytelniczych zajęć. A handel? Handel jak zwykle na partykularzu jest sobie nędznym kramarstwem i spekulacyją pokątną reprezentowaną przez parę setek synów Mojżesza. Między reprezentacyją tą jest paru, trzymających okoliczną (naturalnie nie wszystką) szlachtę w kieszeni krezusów pseudo kupców zbożowych, kilkunastu posiadaczy wiktuałowych kramików i najliczniejsze kółko usłużnych czychających na „przyjezdnych” faktorów W ogólności charakterystyka tutejszych stosunków wymiany niczym się od naszej powszechnej nie różni i zaznaczyć jedynie wypada że w pośród szerszych brudnych kramów i kramików żydowskich dominuje przed rokiem założony, jeden sklep chrześcijański p. Podwińskiego. Z początku starozakonni kramarze spojrzawszy nienawistnie na świeżo pojawiającego się rywala nie zaniedbali używać przeróżnych sposobów i „sposobików” i środeczków byle by tegoż podkopać. Usiłowania te jednak rozbiwszy się o wytrwałość p. Podwińskiego.nie przydaią się na nic, a współzawodnictwo na rzetelności oparte bierze stanowczo górę nad monopolowym wyzyskiem. Przykładypodobne trafiające się niemniej i w innych partykularzach, winniby być najskuteczniejszym bodźcem zachęty do liczniejszego udziału w handlu ludności docześciańskiej do ograniczenia tym sposobem wpływu nadmiernego pośrednictwa i stopniowego skierowywania próżniaczych tłumów na drogę produkcyjnej pracy.

Kończąc o Garwolinie nie możemy pominąć jednego braku jaki was w tym miasteczku uderzy,oto brak tu szpitala a chorzy udawać się muszą o mil kilka do Mieni. Miasto powiatowe, liczące kilka tysięcy mieszkańców, żeby nie posiadało jednej z najniezbędniejszych instytucyi a rzecz to dziwna, nie przemawiająca bynajmniej na korzyść miasta czy jego administracyi.

Opuszczamy mury (których naturalnie nie ma) Garwolina i odwiedzamy sąsiednie wioski. Odwiedziny to co prawda niebezpieczne a niebezpieczne nie dla czego innego jak tylko, że się jedzie furmanką i ma się przebywać jednę z tutejszych dróg bocznych nazwaną traktem drugorzędnym. Przyznać bo trzeba że podobnym stanom komunikacyi wewnętrznej nie wiele powiatów na Królestwo całe poszczycićby się mogło. Wiadomą jest rzeczą że drogi nasze boczne nie odznaczają się porządkiem dróg jednak do takiego stopnia zaniedbanych jaką jest np, prowadząca z Garwolina przez Leszczyny, Unin, Goździk ku Żelechowu trudno by było odszukać. Proszę bo sobie wyobrazić na przestrzeni kilkowiorstowej nic więcej tylko 4 czy 5 dziurawych mostków kilkadziesiąt (na sążeń przynajmniej głębokieh) wybojów z których każdy grozi przestraszonemu podróżnemu skręceniem karku i mnóstwo rozrzuconych pod pozorem reperacyi drogi kilko-pudowych kamieni. I niechże tu przy komunikacyi podobnej zechce np. obywatel wiejski dostawić zboże do kolei. Pięknie by na dostawie tej wyszedł!

Dzięki tej niebezpiecznej podróży nie możemy nasycać się widokiem nie grzeszącego co prawda rozmaitością krajobrazu a wyczekując jedynie jak rychło biedna nasza „taradajka” wywróci koziołka, dobijamy wreszcie do jednej z wymienionych przed chwilą wiosek. Rozglądamy się w koło i przedewszystkiem zwraca naszę uwagą powierzchowność rzędem ustawionych domostw. Powierzchowność ta jest do tylu ponętną że mimowoli zadajemy sobie pytanie czy w tych brudnych obdartych i popodpieranych lepiankach istotnie mieszkają ludzie? Wchodzimy wewnątrz i przekonywamy się że tak jest w istocie w tych norach mieszkają istoty ludzkie i co więcęj to mieszkają śpią jedzą i oddychają w towarzystwie krówek, cielątek ba nawet i „nierogacizny”! Naturalnie podobny stan i rozkład mieszkań na zdrowie i życie ludności wiejskiej najfatalniej oddziaływać musi. Dziwi nas mocno dla czego Władza policyjno-lekarska nie wda sie w tę tyle ważną ze względów sanitarnych sprawą i chlewów nie zaleci budować osobno!?

W ogólności lud tutejszy wiejski pod względem potrzeb i wymagań życiowych niewiele posunął się naprzód i w porównaniu z innemi okolicami jak np. krakowskim, sandomierskim, kujawskim stoi o wielo niżej. (Sześć, dziesięć do piętnastu morgów żytniego gruntu stanowi jedyny środek utrzymania drobnego posiadacza, włościanina). Za to w wioskach za możniejszych widzimy pomiędzy mieszkańcami dążność do zajęć handlowych. Tak np. we wsi Leszczyny miejscowi włościanie, wyręczając dotychczasowych wędrownych spekulantów zbożowych, sami skupują od okolicznych sąsiadów zboże prowadząc handel na własną rękę. Zwrot to niezaprzeczenie dobry i życzyćby należało by sięgnął on jak najdalej chroniąc drobnych producentów od wyzyskiwania małomiejskich pijawek. W niektórych miejscowościach włościanie łącząc pojedyncze kapitaliki zakupują majątki od posiadaczy poprzednich (większych Paprotnia Pilczyn). Natomiast dążność do oświaty, między ludem tutejszym zbyt słabo rozwinięta. Umiejących czytać znajdujemy wyjątki: dzieci uczy się stosunkowo nader ograniczona liczba co w części zawdzięczyć trzeba częstokroć 8 i l0 wiorstowej odległości szkółek. Nikt tu zresztą na tym polu nie działa. Dla szlachty oświata ludu jest rzeczą obojętną (!) dla księży również. Przechodzimy do posiadaczy większych i na wstępie dowiadujemy się że majątki w garwolińskiem zaliczają się do wyjątkowych.

Zewsząd narzekania na biedę i „ciężkie czasy” wszędzie apatyja i zniechęcenie. Posiadłości przelatują z rąk do rąk po parę razy do roku, lasy się sprzedają i niszczą „na potęgę,” tu i owdzie obszerne łany ziemi leżą odłogiem, gospodarstwo rolne w zacofaniu, uprawa nędzna, procent wyciągnięty z ziemi nie pokrywa kosztów administracyi i najmu, a długi rosną, przedstawiając w perspektywie wydziedziczanie stopniowe. Dlaczegoż pytamy, nie bierzecie się panowie za ręce, jak to robią już w innych powiatach i okolicach, nie uorganizujecie spółek, dlaczego na wzór istniejących już w niektórych powiatach nie otworzycie własnej wkładowo-pożyczkowej kassy? Ba… odpowiadają nam zagadnięci, wam panom reformatorom najłatwiej w literackich gabinecikach kreślić idealne projekty. Wy możecie, nawoływać, stawiać przeróżne teoryjki a nam praktyka odpowiada: źle jest ani słowa, źle bardzo, ale… nie ma rady. Tak więc, dawniej „jakoś to będzie” a dziś „niema rady” stanowi apodaktyczną odpowiedź.

Napróżno szukamy w tej bezwładnie lamentującej sferze, jakiegoś umysłowego ruchu, jakiejś szerszej i ogólniejszej myśli, jakiejś inicyjatywy zaradczej, jakiegoś ducha postępu i zamiłowania nauki, bo temu wszystkiemu wzbrania absolutnie przystępu, bezsilna troska, codzienna bieda i apatyczna niemoc. Apatyja zasłania wzrok na przyszłość własną, na przyszłość i kierunek interesów społecznych, co więcej (!) i na przyszłość młodego pokolenia. Wielu z tutejszych obywateli ziemian, oddaje wprawdzie synów do szkół, lecz synkowie wyemigrowawszy z 4 lub 5 klassy wiszą następnie czas jakiś przy ojcowskiej gospodarce a… później? Eh… o „później,” nie mówmy. A panie miejskie? Czy odczuwają nowy ruch na polu pracy kobiecej i czy w ruchu tym przyjmują odpowiedni udział, czy słowem zrzekając się dotychczasowej roli: salonowyeh lalek, poczynają pojmować zadanie kobiet-obywatelek? O niebardzo… niebardzo. Panie wiejskie w garwolińskiem, nie spieszą się bynajmniej w tym „nowatorskim” kierunku. Dla większości Bluszcze Bazary i Tygodniki Romansów oraz plotki sąsiedzkie stanowią jeszcze alfę i omegę umysłowych i towarzyskich potrzeb, a suknie ogoniaste, paryskie kapelusiki i paryskie okrycie cel dążeń i pragnień (!)

Czy obrazek powyższy możnaby zastosować do ogółu? Broń Boże! I w obywatelstwie garwolińskim są rysy dodatnie, są wprost przeciwni ludzie, wprost przeciwne widzenia rzeczy i tym samym np. dobra Maciejowickie, Pawłowica, własność p. Trylskiego (wysoko rozwinięta hodowla owiec), Jagodne, Górzno i Wilga, wprost przeciwne t. j. postępowe urządzenie gospodarstw. Kontrasty te jednak są bardzo niestety rzadkie, są to wyjątkowe… wyjątki.

A propos wyjątków nasuwa nam się w tej chwili jeden o którym okoliczni sąsiedzi wiele i różnie mówią. Wyjątkiem tym jest o mil parę od Garwolina odległa „Stara Wieś”,majątek p. Józefa Zamojskiego. Jest to w rzeczy samej gospodarstwo wzorowe posunięte do wysokiego stopnia kultury i prowadzone zbytkownie. Zbytek ten atoli nietylko że okolicznych ziemian nie popycha na drogę naśladownictwa, lecz przeciwnie odstrasza ich i względem postępu zobojętnia. Jedni patrzą z lekceważeniem na przeszczepiony tu w wielu razach system gospodorowania zagraniczny („angielski”), inni zaś twierdzą, że gdyby właściciel Starej Wsi zamiast np. rowów w nocy przy sztucznym świetle (!) zamiast zbytkownych a za eleganckich budynków i t. p., zaprowadził np. stacyją doświadczalną, wtedy zarówno sobie jak i całemu okolicznemu rolnictwu oddaćby mógł rzeczywiste i szeroko sięgające usługi. Lecz trudno… wolnoć tomku w swym domku. Dopytujemy się o stan gorzelni, browarów, młynów, cukrowni i t. p. zakładów przemysłowych. I w tym kierunku garwolińskie względnie do innych okolic kraju wiele pozostawia do życzenia. Przemysł zwłaszcza związany bezpośrednio z rolnictwem zbyt słabo rozwinięty. O to suma całego na tym polu działania: 2 młyny parowe (w osadzie Czechy i wsi Chotyni), gorzelni 6 (z których parę ma być zamkniętych). 1 browar piwa bawarskiego w Górznie, 1 garbarnia w Żelechowie i fabryka szkła w osadzie Czechy. W ogólności przedsiebierczość w sferze przemysłu nie wychodzi po za granicę prób nieudolnych. Ktoś np. sprzedaje wieś, buduje młyn parowy i oddaje go w ręce żydów lub niemców. Przysłowie o naszej niezaradności występuje tu w całej swej okazałości i ujemnej sile.

Porzucamy ten ciemny dosyć obrazek, szukając faktów i barw jaśniejszych, zbliżamy się do znanej o 3 wiorsty od Garwolina położonej osady fabrycznej. Fabryka szkła braci Hordliczków: Czechy. W istocie jest tu co widzieć. Skręcamy z szosy lubelskiej i odrazu uderza nas przeciwny zupełnie obraz, obraz rozumnie obmyślanego systematu, ładu i wzorowego porządku. Z krainy snu czy letargu przeniesieni zostajemy w krainę życia, ruchu i pracy. Na wstępie prezentują nam się dwa długie szeregi bieluchnych murowanych umajonych ogródkami domków. To mieszkania robotników fabrycznych. Wchodzimy wewnątrz. Izba widna, obszerna podłoga czysto wymyta, w oknach doniczki z kwiatami, stół nakryty białym obrusem, dwoje czysto ubranych dzieci zajęte są pokazywaniem sobie liter na książce, matka przygotowuje obiad. Nieco dalej ku fabryce, w środku osady spotykamy obszerny, składnej powierzchowności budynek z napisem: „Karczma”

Wewnątrz obszerna sala, na prawo czysto utrzymany bufet, na lewo pokój obszerny i sala bilardowa. O parę kroków od karczmy kręgielnia i gimnastyka. Tu w niedzielę i święta zbierają robotnicy. Przy dźwięku muzyki ddbywają się tańce, dalej idą gry towarzyskie, czarki piwa krążą umiarkowanie, zabawa prawdziwie ludzka.

Miły Boże! jakież to porównanie tej „karczmy” z owemi cuchnącemi knajpami robotniczemi, (na Czerniakowskiej np. ulicy) w Warszawie. Tu robotnicy po ciężkiej całotygodniowej pracy duszą się w cuchnących zaciemnionych norach, gubiąc do reszty godność istoty ludzkiej, tam znajdują prawdziwą i uszlachetniającą rozrywkę. Zadowoleni i zdziwieni zarazem pytamy: czyim to wszystko dzieje się staraniem? Staraniem właściciela fabryki, dostajemy odpowiedź. Właściciele mają na względzie nietylko mieszkania i miejsce zebrań towarzyskich robotników, lecz co więcej właściciele dali inicyjatywą w utworzeniu kasy chorych i kasy oszczędności, właściciele z własnej ręki zaopatrują robotników we wszelkie potrzeby pożywcze (mięso, chleb, makę, masło i t. p.), staraniem nakoniec właścicieli, powstała miejscowa elementarna szkoła. Czy to wszystko robi filantropija posiadaczy fabryki? Bynajmniej. Za wszystkie starania, za dostarczanie wygód, przyjemności i umysłowych pożytków, robotnicy płacą fabryce i płacą niekiedy słono. Jest to więc jedynie umiejętne zjednoczenie interesu własnego z korzyścią drugich. Jesteśmy w szkole. Prawdziwy to przybytek światła! Stotrzynaścioro dzieci robotników czerpie tu naukę, przyszłą moc życia. Nauczyciel Górnicki, (utrzymujący dawniej prywatną pensyją w Warszawie), pracuje nad tą setką młodych umysłów i pracuje w prawdziwie pedagogiczny, godzien uznania, sposób. System nauki poglądowej jest tu przeprowadzony w najdrobniejszych szczegółach. Począwszy od poznawania liter (wyrabianych z blaszki), wszystko to dąży do ułatwienia dziecku początkowej nauki, wszystko wprost do zmysłów przemawia. Szkoła podzielona na dwa oddziały w których wykłada się: nauka czytania i pisania, rachunki: (arytmetyka i algebra), początki historyi naturalnej i początki fizyki. Uwzględnioną tu jest niemniej przy akompanijamencie pianina, nauka śpiewu i gimnastyka. O! gdybyż takich szkół więcej!

Wchodzimy wewnątrz fabryki (huty). I tu na każdym kroku znać wzorową administracyją, znać ten sam systematyczny porządek, widniejący nadewszystko w subtelnym podziale pracy. Obok huty: szlifiernie. Tu motor piorwszy o sile 16 koni wprawia w ruch kilkadziesiąt warsztatów szlifierskich a zarazem obsługuje młyn parowy i tartak. Robotnicy (w liczbie 200) zarabiają po 15 do 20 rubli tygodniowo. Nie są to wybladłe, wynędzniałe i bezmyślne istoty, lecz pracownicy pełni życia i siły, pracownicy, dla których dobrobyt wytworzony interesem własnym, pracodawców nie jest rzeczą nieznaną. Żałujemy że takich pracodawców są tak małe wyjątki. Trudno… czekajmy!

Na zakończenie dołączamy parę choćby danych dotyczących ludności urzędów gminnych powiatu garwolińskiego: gmin jest 17 wsi i folwarków 430. Ludność cała powiatu wynosi 84,851 dusz. Z tego wypada na katolików 69,654, ewangiel. 2947, prawosław. 39, baptystów 157, odszczepieńców97, żydów 12’027, cyganów 20. Szkół elementarnych jest 36, dzieci w nich do 3,000. Na każdą więc prawie gminę przypada po dwie szkółki i jedna tylko gmina Podłęż nie może się szkoły doczekać. Kas miejskich oszczędności jest w powiecie 7.
Z tych 4 utworzone ze środków rządowych, trzy zaś są samodzielne, powstałe z sum ogólnych. Największy fundusz jednej kasy, dochodzi do 5,000 najmniejszy do 1000 rubli. Oprócz tego organizują się, w r. b. dwie nowe kasy (w gm. Osieck i Łaskarzew) z kapitałem około 3,000 rubli.

Oto treściwy obrazek życia i stosunków jednego z zakątków prowincyi. Obrazek to może nie zupełnie dokładny i nie poetyczny. O poezyją nie chodziło nam wcale, co do dokładności pytamy: komu jest łatwiej o ten sprawozdawczy przymiot? Czy turyście odwiedzającemu raz pierwszy daną okolicę, czy korespondentom miejscowym rozpisującym się zazwyczaj o balikach i amatorskich teatrach z pominięciem innych stron życia?

 Jan Jeliński.

Opracował Marek Wągrodzki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aby dodać komentarz uzupełnij równanie/To add a comment complete the equation UWAGA/ATTENTION!!! Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.