NIEZŁOMNA WOLA. POWIEŚĆ PARAFIALNA JOACHIMA SZYCA 1868r.

KŁOSY czasopismo ilustrowane tygodniowe   nr 44   Warszawa, dnia 21 marca – 2 kwietnia 1868 r.

NIEZŁOMNA WOLA.
POWIEŚĆ PARAFIALNA
przez
JOACHIMA SZYCA
z illustracyami
FRANCISZKA KOSTRZEWSKIEGO.

Walenty Niemirka pochodził z rodu patrycyuszów Garwolińskich i w dwudziestym roku życia skończonym był kuśnierzem. Był kuśnierzem z dwóch głównych przyczyn: raz, że musiał być czemś na tym Bożym świecie, a powtóre: że musiał być kuśnierzem, kiedy nie był szewcem, bo obywatele miasta Garwolina, nad rzeką Wilgą rozsiadłego, te dwa tylko uprawiają rzemiosła. Znajdzie się wprawdzie pomiędzy nimi i młynarz, i kowal, i zdun, znajdzie się i niezależny właściciel ziemski, ale wszystkie podobne zdarzenia do rzadkich wyjątków zwykle należą. Każdy też Garwołak, jeżeli nie chce być szewcem, musi być kuśnierzem, lub odwrotnie. Krawiectwo, piekarstwo, rzeźnictwo, szynkarstwo, a w dodatku cały handel, razem z obrotem gotowizny, spoczywają wyłącznie w rękach potomków Izraela.
Ponieważ młody Niemirka pochodził z rodu patrycyuszów, więc pomiędzy przodkami liczył ławników, a nawet kassyera miejskiego, więc ród ten wydał kilku księży, więc Walenty wprowadzał na pastwisko ojcowskiego konia, orał zagon naddziadów i wywijał cepami w stodole. Że zaś był kuśnierzem, więc razem z ojcem i braćmi wyprawiał baranie skóry, ciął je na sztuki, zszywał i każdorocznie na święty Mateusz towarzyszył rodzicowi na jarmark aż do Łowicza celem prostej na gotówkę zamiany przez rok cały robionych kożuchów.
Jak widzimy, rzeczy szły prosto i dobrze, raz na zawsze utorowanym gościńcem. Walenty jadał tłusto, nosił się ciepło, z dumą spoglądał na rówieśników i nierówieśników, bo starożytny ród jego świeżym i świetnym zajaśniał blaskiem. Doczekał się bowiem, a więc własnemi ujrzał oczami, że ojciec jego na miejskiej zasiadł ławie, a brat najstarszy wykierował się na Bernardyna, odwiedził Garwolin, w miejscowym kościele uroczyście odprawił summę, wyręczył proboszcza w konfessyonale i na odpuście w Parysowie takie powiedział kazanie, że aż się ludzie popłakali. Nie dziw też, że wypadek taki do żywego poruszył całe miasto i wyłączną na Niemirków zwrócił uwagę, bo do starego rodowego wieńca nową dołożył gałązkę sławy.
Świeży ten i promieniejący blask starożytnego rodu prostem następstwem rzeczy poruszył dumę wszystkich Niemirków, a zarazem rzucił ziarno niepokoju w serce młodego Walentego. Ziarnko to zaczęło kiełkować pod postacią wyniosłego na innych garwolińskieh obywateli, spoglądania, ale w miarę swego rozwoju goryczą zaprawiało mu życie. Rozbudzona rodowa duma zajadłą poczęła toczyć walkę w sercu Walentego i na chwilę spocząć nie dawała ta myśl złowroga, że on, pomimo ojca ławnika i brata księdza, jest tylko prostym rolnikiem na zagonie rodziców i zwykłym czeladnikiem kuśnierskim. Walenty był człowiekiem ze krwi, ciała i kości, jak każdy inny złożonym, więc nie dziw, że podobne dręczyły go uczucia. Stawszy się zaś ich pastwa, w jaskrawych kolorach przedstawiał sobie prace zwykłego na polu rolnika, te wszystkie deszcze, które go przemakały do nitki, te skwary przy żniwach, które go o kąpiel we własnym przyprawiały pocie, te trzaskające mrozy, od których szpik mu w kościach tężał. Przedstawiał sobie
z najgorszej strony te nieprzyjemne wyziewy skór wyprawianych, to żmudne ślęczenie nad igłą i wszystkie prawdziwe i nieprawdziwe przykrości siedzącego na jednem miejscu robotnika. Ojciec, co prawda, bogaty – myślał Walenty w duchu, to i mógł zostać ławnikiem, ale nas jest kilkoro, jak się fortuna rozdrobni, to cóż mi się dostanie? Trzeba będzie całe życie szyć kożuchy, a jeszcze może i u obcego majstra? Ksiądz brat ma poszanowanie u ludzi, ale cóż mi z tego, kiedym przykuty do skór, noża i igły, kiedy to już taka moja dola, że może i całe życie trzeba będzie biedować? A wstyd to i wielki wstyd dla rodu Niemirków! Oh, ja nieszczęśliwy, nieszczęśliwy, myślał zgorączkowany młodzieniec i marzył o szczęściu, nie pojmując nawet, co to jest tak zwane szczęście, nie wiedząc, że szczęście podobne chmurom na widnokręgu, które wiecznie
i zawsze na wszystkie strony miotane wiatrami, nigdy nie spoczną na miejscu. Myślał i marzył o szczęściu, ale nic wymyśleć nie mogąc, przebolał w sobie rodową dumę i zaczął się godzić z losem zwłaszcza, gdy w serce jego zawitało nowe i silniejsze uczucie. A uczuciem tem była namiętna miłość ku piętnastoletniej Małgosi, której dopiero co rozkwitające wdzięki piękny kwiat zapowiadały.
Choć ojciec Małgosi nie należał do rodu patry cyuszów, bo tylko szydło i kopyto stanowiły środki wyżywienia licznej dziatwy, to przecież ojciec Walentego nie był przeciwny wyborowi syna, bo pomimo, że pierwszy był szewcem z dziada i pradziada, ale odwieczny obywatel garwoliński, bo w jego domu zawsze statek, nigdy obrazy Bozkiej i ludzkiej, bo Małgosia, oprócz urody, nosiła w sobie zaród łagodnej kobiety
i rządnej a pracowitej gospodyni. Posłano więc swatów, lecz małżeństwo do lat trzech, dla młodego wieku narzeczonych, zostało odłożone. Walenty żył miłością, to też i dziwić się nie można, że nagle rozbudzona w nim duma rodowa musiała ustąpić miejsca nowemu uczuciu. Zawsze przecież uważał się za nieszczęśliwego, bo czas bardzo powolnie się toczył.
Marzone szczęście uśmiechało się już z dala do naszego Walentego, ale od stworzenia świata tak zawsze było i tak pewnie aż do końca będzie, że chłop strzela, a Pan Bóg kule nosi. Wypadły jakoś wojny. Młody Niemirka pożegnał kochankę, zapewnił się o jej dla niego stałości, wyspowiadał, jak na dobrego przystało katolika, a zaopatrzony błogosławieństwem rodziców, poszedł w kraj daleki i zginął bez wieści, bo więcej niż dziesiątek lat i słychu o nim nie było.
Czy znał on przeznaczenie poczty i czy próbował użyć jej na swoje usługi, tego nam dzieje nie przekazały. Wiemy tylko o tem, że przez cały ten czas ani on o Garwolinie, ani Garwolin o nim najmniejszej nie miał wiadomości. Wiemy także, że przez te długie czasy nasz Walenty poznał się i z pracą, i z głodem, i z wszelką biedą, i z gorącem, i z zimnem, o jakich pojęcia nawet nic miał. Dotykalnie się przekonał, jakie to wrażenie robi bagnet pomiędzy żebrami, karabinowa kula w udzie i ostrze pałasza na czaszce. Z tem wszystkiem nadeszła chwila, w której, z szewronem na rękawie i pustką w kieszeni, styrany, choć młody jeszcze, znalazł się w rodzinnym Garwolinie. Rodziców nie zastał, ale przypadającą nań cząstkę majątku bracia mu wydzielili. Tym sposobem stał się właścicielem starego domu z obórką i trzech morgowego ogrodu.
Zasłużony wojskowo bez wielkiego trudu dostał się na posadę woźnego sądu policyi prostej powiatu garwolińskiego. Nie przyniósł przeto uszczerbku rodowi, bo choć nie wysokie, ale miał zawsze znaczenie, ztąd i poszanowanie w mieście, a kożuchów szyć nie potrzebował.
Większe go przecież jeszcze oczekiwało szczęście. Małgosia dochowała wiary, a choć jej przyszło pójść w służbę, to o wyjściu za mąż za kogo innego, a trafiało się jej nieraz, ani słuchać chciała. Z rozkoszą rzuciła się teraz w objęcia Walentego.
-Oh, myślał on upojony, jednym brzytwy nie chcą, a mnie i szydła golą. Już to pod szczęśliwą widać urodziłem się gwiazdą.
Działo się to wówczas, gdy Garwolin nazywał się miastem powiatowem, gdy nie posiadał ani jednej kamienicy, gdy poczta mieściła się w ciasnym, drewnianym domu, gdy po lekarstwa posyłano do Żelechowa, gdy w starem jeszcze kościele cześć Panu składano, gdy na środku rynku, prawie wtem miejscu, gdzie dzisiaj rząd ciasnych pod jednym dachem kramików, wznosił się obszerny, poważny, choć drewniany, pod wysokim dachem ratusz, a obok ratusza studnia, w której tak dobrze, jak i za naszych czasów, wody nie było.
Pod czasy to owe Garwolin podobnie jak i dziś wyglądał. Ulice zostały te same i podobnie jak dzisiaj na chrzest swój oczekiwały różne, okolicznościowe przybierając imiona, a sztuka budownicza żadnej tu dotąd nie uległa zmianie.
Przy ulicy, która od kościoła prowadzi prosto w pole, a przez to pole ciągnie się piaszczysta droga do wsi Głoskowa, a dalej przez różne wsie, różne bory, pola, bagna i piaski do miasta Łukowa, wznosił się odziedziczony po przodkach dom woźnego sądowego Walentego Niemirki. Dom ten choć stary, ale świeżo wymuskany i wybielony, nowo gontami pokryty, wyróżniał się pomiędzy przygarbionemi i szaremi sąsiadami. Dwie izby, sień i przy niej komora, wygodnie mieściły szczęśliwych małżonków, a olbrzymi drewniany na stole kałamarz, z rodzoną piaseczniczką, kilkoma piórami i zwojem papierów, świadczył o urzędowem stanowisku gospodarza. Na podwórzu biedka, a w obórce gniadosz, utrzymywane były kosztem milowego od rozwożonych pozwów i wyroków. W osobnej zagrodzie było główne stanowisko graniastej krowy, a w kącie przyszłej ofiary zapustnych kiełbas. Kilka kur w podwórzu i wylegujący się na słońcu kruczek do miejscowych liczyły się mieszkańców. Po za domem rozciągał się warzywny ogród, zamknięty ze stron wszystkich chróścianym płotem. Nakoniec dzika grusza stercząca przy płocie, jakby na granicy posiadłości składała sad cały.
Dla dokładności dodać wypada, że wspomniana ulica, po starożytnym bruku posiadała tu i owdzie porozrzucane wielkie kamienie, przeznaczone obecnie do rozbijania kół przejeżdżającym; nadto, że była pełną dołów, które w czasie deszczu zamieniały się w prawdziwe sadzawki.
W tem to schronieniu Walenty Niemirka  największego dostąpił w tem życiu szczęścia, bo doczekał się potomka płci męzkiej, którego do chrztu świętego podawał sam pan podsędek z dziedziczką wsi Leszczyn i któremu nadano imię Antoni, jak chcieli chrzestni.
Szczęście to przecież przyniosło z sobą zaród niepokoju dla obojga rodziców, jak niegdyś blask rodziny Niemirków dla młodego Walentego. Zasługi wojskowe i godność woźnego odżywiły rodową dumę w sercu uszczęśliwionego ojca, a jeszcze silniej zawładnęły uczuciami matki. Oboje rodzice nie mogli pogodzić się z myślą, aby Antoni, syn Walentego, a potomek tylu znakomitych Niemirków, miał zostać kuśnierzem lub szewcem. Od rana też do wieczora naradzali się nad tem jedynie, jakby wykierować na ludzi ukochanego jedynaka, w którego pierwszym uśmiechu dopatrywali wielkiego rozumu, a po sześciu miesiącach jednomyślnie przyznali, że byłoby największem zabójstwem zawiązywać świat tak cudownemu dziecięciu, przez skazanie go na stan zwykłego garwolińskiego obywatela.
Ale jak go pokierować? Jak pokierować? Było ciągłą zagadką, nad której rozwiązaniem bezprzestannie się pocono.
Tymczasem Walenty ciągle zajęty urzędem to przywoływał sprawy, to rozwoził pozwy. I teraz naprzykład po widnokręgu czarne przesuwały się chmury gwałtownym i przejmującym pędzone wiatrem. Śnieg, grad i deszcz w ciągłej kolei bezprzestannie po sobie następowały. Wprawdzie od czasu do czasu wyglądały ciekawie z po za chmur promienie słoneczne, ale też i chowały się natychmiast, niby przerażone posępnym widokiem, jaki przedstawiała rozmiękła a naga ziemia, jaki przedstawiały ogołocone z liścia bory. Otulony Niemirka zacinał gniadosza i tulił się na taradajce, wioząc w zanadrzu nakazy sądowe, a w głowie pełno rojących się marzeń o przyszłości kwilącego w kolebce syna. Zawadził o Budzyń, pokłusował dalej do Trąbek i zziębły a przemokły do kości śpieszył doMiętnego, gdzie też ostatecznie oczyścił z papierów boczną kieszeń kapoty. Nareszcie, przed powrotem do domu, wstąpił do karczmy, by odetchnąć, cokolwiek się ogrzać i osuszyć, a może też i przeczekać wzmagająca się ulewę.
– Witajcie panie Niemirka, odezwał się, gospodarz, skoro tylko ujrzał we drzwiach izby szynkowej woźnego. Jużem się zbierał na jutro do Garwolina, bo z Lejzorem to nieporadzić bez prawa.
– Dajcie no najprzód jaki kieliszek dla rozgrzewki, a potem do rzeczy.
Przyszło i do tej rzeczy, ale propinatorr tak prawił widać od rzeczy, o sprzedanej Lejzorowi jałówce, o branych od niego na bórg rożnych drobnych przedmiotach, o zobopólnym między nimi rachunku i o należnych mu jeszcze złotówkacli z groszami, że Niemirka nie zdołał objąć odrazu całej tej sprawy.
– Powtórzcie no raz jeszcze, jak to było? zapytał i uzbroił się w cierpliwość do wysłuchania po raz drugi jednej i tejże samej, a zaplątanej historyi.
– To się nie obejdzie bez procesu, wyrzekł z pewnym kłopotem. Trzeba będzie wręczyć pozwy, więc przyjdźcie do Garwolina wolnym czasem, to już się postaram, że je kto napisze.
Jedyną tamą do świetnego powodzenia Niemirki była niewielka jego piśmienność. Urzędową formułkę: Ja, Walenty Niemirka, woźny sądu i. t. d., doskonale umiał wypisać, nie powstydził się także za własnoręczne poświadczenie każdego sądowego aktu, że takowy wręczony został, ale dalej ani rusz. Wymotywowanie pozwu stało powyżej wszelkiej możności. Dlatego też, jeżeli powód, podobnie jak woźny, nie ufał swym prawniczym siłom, to trzeba się było pokręcić po mieście, zanim się udało zobowiązać kogo do spełnienia tak wielkiego dzieła. To go trapiło, to go gryzło i myślał nie raz i przedstawiał nawet panu podpisarzowi, aby sprowadził zkąd jakiego pisarka, któryby przy sądzie dobrze się mógł utrzymać, robiąc dla stron wypisy wyroków i będąc zawsze na zawołanie do napisania pozwu.
– A pocóż to do Garwolina? Wtrącił się do rozmowy ktoś obcy, kiedy można i zaraz pozwy napisać, byle tylko pióro a stępel.
Ten ktoś obcy, który się do rozmowy wtrącił, dotąd siedział spokojnie w kącie za stołem przed wypróżnioną kwaterką, dogryzając kęs razowego chichu i kawałek suchego sera. Był to człowiek już szpakowaty , odznaczający się fioletowemi na twarzy żyłkami i tak ponsowym nosem, jak gdyby całe morze wódki po kieliszku wywąchał. Letni jego ubiór zaliczał się kiedyś do rodzaju modnych, lecz stary, zniszczony, porozdzierany i połatany, tak był nasiąkły brudem i tłustemi plamami, że na wzór makintosza zdawał się być niedostępnym dła ulewnego nawet deszczu.
– Już to woźny bez stępia i pióra nie ruszy się w drogę, odrzekł z dumą Niemirka, ale któż to w Miętnem napisze te pozwy? Bo myślę, że nie wason.
– Zobaczymy. Daj no tymczasem gospodarzu jeszcze kwaterkę, bo to dla animuszu, a jegomość pan woźny niech wyłoży na stół swe do pisania przyrządy, donośnym dodał głosem i z szatańską zaśmiał się goryczą.
Były pewne niedowierzania w zdolności nieznajomego, ale ten wszystkie zwycięzko pokonać potrafił i w pół godziny pozew, arcy-pozew, podziw woźnego i propinator, czarnemi świecił literami. Uniesiony radością powód całą złotówką wynagrodził trudy znakomitego prawnika, a zachwycony Niemirka pomyślał: ot, gdyby to u nas ktoś taki zamiezkał. Nieznajomy zaś z swej strony myślał: gdyby to gdzie choć pod imieniem woźnego, udało się zajmować prawem. Probujmy.
–  Hej! Gospodarzu! Wrzasnął tak głośno, aż się ściany zatrzęsły i brzęknął dopiero co zyskaną złotówką. Pół kwarty na stół! Po pracy to nie zawadzi.
– W ręce aspana, jegomość woźny, w ano by się nam bliżej zapoznać, bo, jak widać, jesteśmy ludzie jednego rzemiosła.
Niemirka grzecznie się wymawiał od poczęstnego, ale, jak prawdziwy parafianin, wymówił się tylko po dwakroć i uległ pod siłą trzeciego zaproszenia. Zaczęła się rozmowa, w czasie której nieznajomy wszystko, do najdrobniejszych szczegółów, wybadał, co tylko chciał wiedzieć o Garwolinie i w duchu pomyślał: otóż przybywam do portu.
Za pierwszym poszedł drugi i trzeci kieliszek, bo co półkwarty to nie kwaterka. Pogadanka nie ustawała, a zachwycony i otumaniony Niemirka, dowiedziawszy się tylko, że nieznajomy jest prawnikiem i że nazywa się Grzegorz Umięcki, wylał przed nim wszystkie swe troski urzędowe, aż do wyznania gorącej żądzy, żeby chciał mieć zawsze kogoś pod ręką do pisania pozwów.
– Zaradzimy temu wszystkiemu , zapewniał Grzegorz, pogadamy o tem w Garwolinie, dokąd się teraz umyślnie udaję i dokąd, jak się spodziewam, zabierzesz mię panie Walenty. Jeździłem za młodu, chodzę piechotą na starość , ale to nie przeszkadza, bym sie i na cudzym nie przysiadł wózku.
– Z miłą chęcią, panie Grzegorzu, bo może waszeć u nas zamieszkasz, bo może też poznamy się bliżej.
Deszcz jakoś przestał padać, a w karczmie nie było już nic do roboty. Że zaś żądanie Grzegorza tak skwapliwie zostało przyjęte, więc też usadowił sie on, jak mógł najwygodniej, na dwukolnej taradajce obok Niemirki, do którego domu w następstwie jako gość zajechał.
I Niemirka, i Umięcki znaleźli to, czego obadwa szukali. Pan woźny już przestał się krztusić, gdy jaki mało piśmienny amator pieniactwa zamierzał bój z przeciwnikiem rozpocząć, bo gotowa zawsze cudu i pomoc w Grzegorzu, który od razu i rzecz poznał i pisał lepiej, jak powszechnie mówiono, od samego pana podsedka. Złotówki jak grad się sypały, lio z każdym dniem spraw przybywało, bo jeżeli ktokolwiek zaszedł do Niemirki po radę o byle bzdurst wo, to już i proces był gotowy. A gdzież to, jeżeli nie u metro, miały się odbywać te przedwstępno narady, kiedy on był tylko jedynym woźnym przysięgłym i nominowanym, kiedy o obrońcy żadnymi ani słychu jeszcze nie było, kiedy, jednem słowem, był on w Garwolinie jedynym prawnikiem, który honorarya przejmował wytartemi miedziakami.
Umięcki zaś znalazł prawdziwą opatrzność w Niemirce. Pod jego opieką swobodnie oddychał i nie bał się żadnych nagabań, choć szeptali między sobą ludzie, bo gdzież to nie szepczą w małem miasteczku, że siedział już w kryminale i że policya zewsząd go wypędza jako pokątnego doradcę. Za jego to staraniem miał z sądu tyle roboty, że jej podołać nie mógł, a prócz tego z plebanii wszystkie łacińskie metryki do wypisania. Za jego to schowany plecami kłócił się, jak mógł ludzi i mnożył sprawy w sądzie od obudwóch stron biorąc łapówki za rady i pisanie pozwów, a później od arkusza za przepisywanie wyroków. A spokojnie i bezpiecznie mógł kłócić i radzić, bo zawsze w domu woźnego, który ani się domyślał, ani mógł pojąć, że był narzędziem w ręku zręcznego pokątnego doradcy. Niemirka ani się już umiał bez pomocy Umięckiego ruszyć, a ten ostatni zawsze długo dał się naprosić i naczekać, zanim przybył do domu woźnego dla udzielenia zgłaszającym się rady, która następnie pod postacią pozwu na świat występowała.
–  Bo to widzisz, panie Walenty, mawiał, ja już się dosyć naparzyłem, chcę żyć spokojnie i w żadne nie wdawać się rady. Co zarobię od arkusza, to mi dosyć, więcej nie potrzebuję. I tak cicho siedzę,
a wszyscy krzyczą, żem pokątny doradca.
– Wolno psu i na Bożą mękę szczekać, odpowiada Niemirka ulubionem swem przysłowiem. Czyż można ludziom nie poradzić, kiedy o to proszą, byłby to grzech śmiertelny. Co kto komu winien, to oddać powinien, a nie chce dobrowolnie, to na to sąd i prawo. Ja z urzędu swego jako woźny przysięgły i nominowany, nie mogę wyganiać od siebie ludzi, którzy sprawiedliwości łakną, a co komu do tego, jeżeli mi pomożesz w potrzebie. Wszak to ja za to odpowiedzialny.
Jak nie ma róży bez kolców, tak też i korzystna dla stron obu ta spółka prawnicza miała swe ujemne strony. Od samego początku przekonał się Niemirka, że Grzegorz tylko wówczas użyteczny, jeżeli grosza do rąk nie złapie, bo w takim razie nic go już powstrzymać nie mogło od wyprawy do karczmy, zkąd żadne prośby i groźby wywabić go nie zdołały. Po naradzie więc z żoną despotyczną nad nim starał się rozciągnąć opiekę. Zabierał zarobki, płacił w sąsiedztwie mieszkanie, stołował u siebie za 20 złotych miesięcznie, myślał o odzieży, o praniu, pościeli, co niejednokrotnie spory i kłótnie wywoływało. Ale te spory i kłótnie miały tylko miejsce wieczorem, po pijanemu. Rano zwykle opamiętywał się Grzegorz, przepraszał Walentego i jak dziecko dał się prowadzić i naganiać do pracy, pojmując całą korzyść podobnej nad sobą opieki, rozumiejąc aż nadto, że gdyby nie poparcie woźnego, to żadnej nie miałby roboty. Powoli, powoli, przy regularnem i wygodnem, można powiedzieć, życiu zaczął odwykać od nieszczęsnego nałogu. W dzień przy robocie nie wiele sobie pozwalał z wyjątkiem, gdy Niemirki w mieście nie było, bo wówczas i o o biedzie zapominał, i u Szmuła świętowali, lecz rzeczy z siebie i pościeli nigdy nie zastawiał. Za to każdego wieczoru, przy każdej wieczerzy, kwarta koniecznie na stole być musiała. Sam Niemirka miał ją zawsze w domu gotową na usługi swego stołownika. Po wieczerzy więc aż się ściany trzęsły w mieszkaniu woźnego, od głośnych dowodzeń i sarkazmów Grzegorza: po wieczerzy to, każdodziennie odbywały sie jakby przyjacielskie posiedzenia, w których oboje Niemirkowie zasmakowali, bo zawsze było wesoło, zwłaszcza, gdy ta wrzaskliwa wesołość nie psuła już snu przyzwyczajonemu do niej trzechletniemu Antosiowi.
– Mój panie Grzegorzu, zapytała raz Niemirkowa, na takiem wieczornem posiedzeniu, dlaczego to pan o sobie nigdy nic powiedzieć nie chce, a to nam bardzo dziwno, że pan taki mądry, a tak mu się jakoś nie wiedzie?
Zapytanie to nie było bez celu. Niemirkowie zamierzali koniecznie swego jedynaka na mądrego wykierować, a choć nie wiedzieli jeszcze, co z nim zrobią, to przerażała ich mądrość Grzegorza, żo przy niej rady sobie dać nic może i gorzej stoi niż jaki szewc lub kuśnierz.
Grzegorz strasznie się zaśmiał, a był to śmiech piekielnie bolesny, który aż na wskroś przejął małżonków, a obudził i przestraszył Antosia.
– A pocóż ja mam o sobie mówić? Z tym samym prawił śmiechem, kiedy wszyscy w Garwolinie przez zęby mię przeciągają. Czy to państwo nie znacie mojej przeszłości?
–  Co tam ludzkie gadanie, wtrącił Walenty, ot bają, jak najęci.
– Prawdę mówią, zawrzasnął Grzegorz, prawdę szczerą, najszczerszą! Nie wiedzie mi się, bo mi się wieść nie może, a wiecie dlaczego wieść mi się nie może?… Bo… Bo siedziałem w więzieniu… Bo jestem ścigany przez policyę jako pokątny doradca.
– Jezusie Nazareński! Zawołała Niemirkowa.
– Podły, nikczemny bracie! Jeszcze głośniej krzyknął i jeszcze straszniej roześmiał się Grzegorz. Kochany bracie… Kochany panie…
I ponuro wsparł się na łokciu i nastała chwila milczenia. Nareszcie konwulsyjnie porwał za butelkę, wychylił z niej resztki i mówił prawie ze spokojem.
–  Uczciwi jesteście ludzie, podaliście mi rękę, otoczyli wygodami, postawili na nogi. Z waszej to łaski własny mam kawałek chleba. Pojmuję dobrze, że już bym zginął marnie, gdybym był nie spotkał przypadkiem pana Walentego. Daj Boże się odwdzięczyć. Dla takich ludzi nie powinienem mieć tajemnicy. Słuchajcież więc… Ale wódki, na szatana wódki, bo w gardle zasycha.
– A toć już kwarta poszła…
– Nieszkodzi, bo to wieczór, bo wyśpię się jeszcze do jutra.
Żądanie jego spełniono.
– Nie jestem, mówił po chwili, stary, choć siwizna łeb przypruszyła, choć na twarzy pełno zmarszczków. Czterdziestka jeszcze daleko i kto wie, czyjej dosięgnę. Jestem synem palestranta, który pracą swą doszedł do domku w Warszawie i mógł w nim odpocząć na stare lata. Z kilkorga dzieci zostało nas dwóch synów u ojca: ja Grzegorz i trzema łatami młodszy Feliks, co znaczy szczęśliwy. Chodziliśmy do szkół w Warszawie i na drobne wydatki po kilka złotówek dostawali tygodniowo od rodzica. Ja się uczyłem dobrze, ale byłem hultaj i lampart; mój brat. uczył się nie źle i rachował wybornie, bo z datków rodzicielskich składał majątek i pożyczał na procenta. Słodziutki, kochany braciszek, każdego nazywa kochanym i znany też jest w Warszawie pod przydomkiem: kochanego pana. Kochany Grzesiu, kochany bracie, mawiał zawsze do mnie; jeżeli trzeba ci pieniędzy, to bierz odemnie, a jak będziesz miał, to oddasz. Jużciż wolę tobie niż komu obcemu usłużyć. – Takim sposobem ja traciłem sam jeden, co na nas dwóch ojciec dawał i co tydzień niszczyłem stary a wystawiałem kwit nowy, z doliczeniem procentów. Ukończywszy szkoły, zażądałem i ojciec wysłał mię na wydział prawmy do Krakowa, a kochany Feluś uściskał mię, ucałował, czule pożegnał i zaczął przy ojcu wprawiać się do prawa. W Krakowie rozbisurmaniłem się na dobre, bo już widać taka była natura, a kochany Feluś dosyłał ciągle swoje oszczędności. Za powrotem do Warszawy dostałem posadę rządową, z czego się najwięcej radował kochany braciszek, który już pełnoletniemu pożyczał pieniędzy i który także, otrzaskawszy się z prawem przy ojcu, wszedł do służby rządowej. Upłynęło lat parę. Stary nasz ojciec cofnął się zupełnie do życia prywatnego, ale z jakiejś tam dawnej sprawy, słusznie czy niesłusznie, zaszła przeciw niemu skarga o podrobienie czy o podskrobanie dowodów. Nakręcił się stary nie mało, ale że miał przyjaciół, wyrobił sobie choć tyle, że sprawę tę oddano do referatu jego rodzonego syna, kochanego Felusia… No! I cóż państwo powiecie?…
– Panie Walenty, w ręce pana, bo serce boli.
– No! I cóż państwo powiecie na to, że kochany Feluś tak sumiennym był urzędnikiem, iż dopóty tę sprawę rozglądał, dopóki nie wymotywował wniosków, aby ją oddać na drogę karną, gdyż znalazł wielkie podobieństwo podrobienia dowodów. – Kochany panie naczelniku, kochany panie sekretarzu, kochany panie ten a ten, kochany bracie, kochany ojczulku, każdemu powtarzał, przysięga na urząd jest święta, musiałem zrobić, co mi sumienie nakazywało. Ale tu nic nie ma strasznego, bo to dopiero podejrzenie, a śledztwo karne wykryje fałszerza i oczyści kochanego ojca… i. t. d.

(d. c. n.)

Opracowała Maria Kowalczyk

2 3 4

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aby dodać komentarz uzupełnij równanie/To add a comment complete the equation UWAGA/ATTENTION!!! Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.