Borowiczanie z powiatu garwolińskiego (cz. 3)

Więźniowie łagru Borowicze nie opowiadali, co ich spotkało. Po pierwsze, dlatego, że trudno było to słowami wyrazić, po drugie, dlatego że nie wolno im było o tym mówić – za rozpowiadanie groziły kary, a oni wiedzieli, że komuniści w swoich groźbach nie żartują. Także dlatego, że chcieli o tym zapomnieć.

Zaczynam spisywać wspomnienia o nich, bo miałam w rodzinie bliższej i dalszej trzech Borowiczan. Ci trzej to:

  • Piotr Kotlarski (1918-2001),
  • Marian Radomyski (1919-1991),
  • Marian Michalik (1925-1945).

Uważam, że nie wolno nam zapomnieć o nich i o tym, co ich spotkało. Nie wiem dużo, ale notuję wszystko, co dało  się ustalić.

Piotr Kotlarski był bratem mojego dziadka, Stanisława Kotlarskiego. Mieszkał w Garwolinie na Końcu. Opowiedziała mi o nim moja mama, która zapamiętała o fakcie jego uwięzienia tyle:

Mojego stryja, Piotra Kotlarskiego, na jesieni 1944 r. aresztowało NKWD. Aresztowano wtedy siedemnaście osób, w tym Mariana Radomyskiego, późniejszego męża ciotki Marysi Kobusówny, Mariana Michalika, późniejszego szwagra mojej ciotki Janki Kotlarskiej, oraz wielu innych. Byłam przy tym, jak przyszli po stryja Piotra do naszego domu. Zabrali ich wszystkich i słuch po nich zaginął. Nie można było w żaden sposób dowiedzieć się, co się z nimi stało. Moja babcia, matka stryja Piotra, płakała za nim. Nie chciała jeść, bo mówiła, że Piotr na pewno nie ma co jeść. Zmarła na astmę, i myślę, że także z tej zgryzoty, w styczniu 1945 r. Nie doczekała powrotu syna z łagru. Stryja Piotra, bez sądu, bez wyroku, wywieziono w głąb Związku Radzieckiego. Był tam internowany. Opatrzność Boża nad nim czuwała, bo jakimś cudem przetrwał obóz i wrócił do Garwolina 5 marca 1946 r., w ostatki. Byłam świadkiem tego, jak wrócił. Razem z moim rodzeństwem siedziałam przy stole w domu na Końcu i odrabiałam lekcje, dorosłych nie było. Trochę się szturchaliśmy z rodzeństwem przy tym wspólnym stole i wtedy wszedł stryj Piotr. Przede wszystkim zapytał o swoją mamę. Musiałam mu powiedzieć, że babcia nie żyje. A potem mój brat pobiegł po dorosłych. Wszyscy się zaraz zbiegli, nie wiem, czy do końca uwierzyli w to, co opowiadał mój brat. Chcieli się ze stryjem Piotrem ściskać, ale się wzbraniał, bo miał wszy. Najpierw zrzucił z siebie całe ubranie i się wykąpał w balii. Jego ubranie spalono. Stryj nigdy nie chciał opowiadać o tym, co przeżył w więzieniu i w łagrze Borowicze. Dopiero po wielu latach, w wolnej Polsce, z opracowań naukowych mogłam się dowiedzieć, co się działo w tym obozie. Marianowi Radomyskiemu także udało się przetrwać ten łagier, ale do Polski nie wrócił już Marian Michalik. Przez lata nie wolno było o nim publicznie wspominać, dopiero po 1989 r. doczekał się upamiętniającej tablicy i symbolicznego grobu na garwolińskim cmentarzu (Janina Ogonowska, Moje wspomnienia, Garwolin 2018).

W tej opowieści są także dwaj pozostali Borowiczanie. O Marianie Radomyskim opowiedziała mi jego córka, Irena Radomyska-Troć. Ojciec nie chciał jej o Borowiczach opowiadać. Pytań o łagier nie pozwalała zadawać także jej matka. Można powiedzieć, że był to temat tabu. Marian Radomyski opowiedział tę historię tylko raz swojemu wnukowi, który w szkole miał zadane opowiedzieć czyjeś wojenne wspomnienia. Opowiedział je raz w klasie i nie chciał przekazywać tej historii innym, bo tak obiecał dziadkowi.

Przez to milczenie przedarło się tylko kilka epizodycznych faktów.

Wróciło ich do Garwolina dwóch. Wróciło ich więcej, prawdopodobnie Radomyski miał na myśli tych, z którymi został aresztowany.

W obozie zrezygnował z palenia papierosów, żeby móc je zamieniać na chleb.

W obozie pewnego dnia na apelu strażnik zapytał więźniów, czy jest wśród nich krawiec. Zgłosił się Radomyski. Dostał coś do uszycia, ale gdy strażnik zobaczył, jak trzyma igłę, to stwierdził, że nie jest krawcem tylko kuśnierzem. Radomyski rzeczywiście znał się na kuśnierstwie. Okazało się to dla niego zbawienne, bo strażnik przyniósł skórę i poprosił, żeby uszyć rękawiczki dla jego partnerki. Za to Radomyski od czasu do czasu dostawał dodatkowy chleb. Twierdził, że tylko dzięki temu przeżył.

Gdy wrócił do Garwolina, ważył 48 kg.

Marian Radomyski w Boże Narodzenie 1946 r. wziął ślub z Marianną Kobusówną, córką garwolińskiego piekarza. Jego przyszła żona bardzo przeżyła jego uwięzienie. Za swojego przyszłego męża zamówiła mnóstwo Mszy św. A gdy wrócił z obozu, była z tego wielka radość.

Rękawica łagiernika
(pobrano z www.gulag.online)

Marian Michalik był szwagrem mojej ciotecznej babki, Janiny Michalik z domu Kotlarskiej. Był absolwentem Tajnego Gimnazjum i Liceum w Garwolinie. Maturę zdał w 1944 r. Gdy go aresztowano jesienią tego roku, miał 19 lat. Z Borowicz nie wrócił. Zmarł 26 kwietnia 1945 r.

Gdy zmienił się ustrój, jego rodzina na garwolińskim cmentarzu postawiłam mu symboliczny pomnik.

Podziel się tym ze znajomymi! Poinformuj ich o garwolin.org
  • 44
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

One thought on “Borowiczanie z powiatu garwolińskiego (cz. 3)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *