Wspomnienia Marii Mikulskiej, Marianny i Stanisława Trzeciaków

Obecnie mało kto pamięta, jak Garwolin i okolice wyglądały dawniej, w czasach przed wojną.
Tylko ci najstarsi mieszkańcy mogą nam opowiedzieć, jakie zmiany zaszły od tego czasu.
Tylko oni mogą zdać nam dokładny opis tamtych lat. 

Przedwojenny (przed II wojną światową) Garwolin był gęsto zabudowany. Tam gdzie teraz są łąki pomiędzy bankiem Mazowieckim a Cmentarzem dawniej stały same stodoły. To właśnie tam Niemcy zabijali ludzi… Na dzisiejszych PKS-ach był rynek zbożowy, zaś na około od strony rzeki stały budki z mięsem i wędlinami z Łaskarzewa. Na skwerku stały budki, od środka mieli Żydzi a od zewnątrz Polacy. Na miejscu dzisiejszego ośrodka zdrowia stała „Buźlica” – żydowski kościół. Przed światłami Żydzi mieli rozlewnię piwa, stał tam także stał CPN. Na światłach była księgarnia żydowska, dalej Magistrat, a tam gdzie dzisiejszy WKN za Niemca, tam żandarmeria niemiecka trzymała więźniów, dopiero później było wojsko. Naprzeciwko, po drugiej stronie drogi mieszkał lekarz Krasuski i Beduchowski a także mieścił się warsztat ślusarski. Nad rzeką Polacy wyprawiali skóry i mieli garbarnie. Młyn stał już przed wojną (Pądź). Po wojnie objął go Filipek. Za Niemca zraz koło młyna Filipków zamieszkiwał ksiądz Dawidczuk, który miał służbę duszpasterską w naszej parafii. Na dzisiejszym rynku była rzeźnia. Z „Ekonomika”, który wówczas był gimnazjum za Niemca młodzież wywozili do Prus. Był także młyn parowy nad cmentarzem, tam gdzie teraz stoi budynek policji. Koło obecnego Zespołu Szkół im. Józefa Piłsudskiego stała fabryka Rękawka gdzie wytwarzano maszyny i kieraty. Nad rzeką, tu gdzie jest Zarzecze były pastwiska i każdy tam pasł krowy. Była apteka i skład apteczny. Pod filarami były budki z lodami, można tam było też wypić ćwiartkę alkoholu. Po wojnie w Garwolinie pozostały straszne zniszczenia. Koszary zostały spalone, koło młyna spadła bomba. Ze skwerku zniknęły wszystkie budki. W czasie pożaru powstałego w wyniku bombardowania Garwolina przez lotnictwo niemieckie, spalił się dach kościoła parafialnego. Trzy jego wieże drewniane zakończone kopułami, 2-tarczowy zegar z prawej wieży, organy 20-głosowe, 16 obrazów olejnych na sklepieniu, cała polichromia nawy głównej w 4 arkadach, 2 obrazy nad prezbiterium i 4 postacie alegoryczne obok nawy głównej wykonane w 1909 roku przez artystę malarza Antoniego Tęczyńskiego. Ponadto stopiły się i spaliły trzy dzwony oraz dwa wielkie żyrandole. Wkrótce po pożarze władze niemieckie zajęły na dwa tygodnie uszkodzony kościół parafialny i zorganizowały w nim, na przełomie września i października, punkt zborny dla jeńców polskich i aresztowanej w okolicy ludności cywilnej. W okolicznych wsiach nie dokonano zniszczeń na tak wielką skalę jak w mieście. Tylko jedna bomba spadła w Goździku do rowu. Jak mówi anegdota dziecko, które spało w kołysce na dworze przeżyło wybuch bomby, która spadła do odległego o kilka metrów rowu, tylko dlatego, że było przykryte kilimkiem. Inaczej odłamki pocięłyby go. Ludzie z miasta poginęli, dużo wywieziono do Niemiec. Po wojnie mieszkano w okopach, tam spały dwie trzy rodziny, tak było bezpieczniej. Dawniej po wojnie i w czasie wojny było ciężko. Nie było pieniędzy, na wsi wszystko robiono z naturalnych składników. Samemu wytaczano olej, tkało się płótno na ubrania. Na wsi mało, kogo było stać na obuwie, więc chodziło się na boso nawet w żniwa. Młodzież sama musiała sobie wynajdywać rozrywkę. Gdy było ciepło były potańcówki na okolicznych polach, a w maju majówki. Na zabawy zaczęto chodzić dopiero później. Wódka nie była tak powszechna jak dzisiaj, więc zabawy były bezpieczniejsze. Organizacja dnia była taka sama w Garwolinie i okolicach. Ze szkoły,( jeśli ktoś do niej chodził) od razu szło się pomagać rodzicom w polu i w gospodarstwie. Na zabawy czas był jak wykonało się wszystkie podległe obowiązki. Szkoły nie były przymusowe. Była podstawówka i gimnazjum. Gimnazjum dzieliło się na Małe dwuletnie i Duże czteroletnie. Nie było matury. Mało kto szedł na studia. Wyższe wykształcenie nie było tak potrzebne jak w dzisiejszych czasach. W Garwolinie działały dwie szkoły. A także przed 1939 rokiem małe klasy dla okolicznych dzieci, jedna z nich mieściła się nad dzisiejszym „PZGS”-em gdzie były trzy klasy. W zależności od pory roku wolny czas różnie był organizowany. Wiosną było dużo roboty z przygotowywaniem pól na zasiew i do sadzenia ziemniaków. Latem trzeba było doglądać upraw, pielić je, ale za to w ciepłe noce było dużo wolnego czasu. Z nastaniem jesieni nadchodziły obowiązki związane z sianokosami, żniwami, wykopaniem ziemniaków i okopcowaniem ich, a potem trzeba było jeszcze powyrywać warzywo żeby nie zmarzło i iść nazbierać grzybów do lasu. Zaś w zimę gdy na polach nie było już nic do roboty czasu wolnego było więcej. Kobiety robiły na krosnach, a mężczyźni młócili cepami. Uprawiało się len, z którego potem w zimę kobiety przędły płótna a z resztek jakie pozostawały worki. Z lnu za Niemca robiło się koszule i pościel. Wszystko było naturalne, nie było nawozów sztucznych. Telewizji nie było, aż dziw bierze gdy pomyśli się że można było obyć się bez telewizora co w dzisiejszych czasach wydaje się nie możliwe. Radia nie było chyba, że słuchawkowe ale na nie stać było tylko niektórych. Gazet nie było. Wszelkie informacje rozpowszechniano tarą albo nadal żyjącą metodą pantoflową. W środy był dzień targowy i wtedy wymieniano się informacjami. Tak jest do dzisiaj. Pisano listy. Były także odpusty, na które jeździło się całą rodziną. Zaprzęgano wtedy konie do wozu i jechano, bo to było wielkie święto. Święta były rodzinnym zgromadzeniem. Obchodzono je we gronie własnej rodziny. Na Wigilię robiono 12 potraw i zawsze zostawiano jedno wolne miejsce dla niespodziewanego gościa. Drogi były brukowane. Wszystkie inne drogi były boczne. Droga na Unin zwana była „ruską”. Jeździło się wozami. W Garwolinie było dużo masarni- ale prywatnych. Także budki, bary, lodziarnie – należały do takich. Po mszy niedzielnej odprawianej w kościele szło się do baru na obiad lub na lody pod tzw. „filary”. Przed CPN- em było kino. Istniały wędrowne teatry, a jeśli był czas to ludzie sami wystawiali przedstawienia. Koło gospodyń powstało dopiero ok. 30 lat temu.

 

 

Materiał powstał na podstawie wspomnień: Marii Mikulskiej, Marianny i Stanisława Trzeciaków.

Wspomnienia pochodzą ze strony: www.wspolnota-powiatowa.pl

One thought on “Wspomnienia Marii Mikulskiej, Marianny i Stanisława Trzeciaków

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aby dodać komentarz uzupełnij równanie/To add a comment complete the equation UWAGA/ATTENTION!!! Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.