Wycieczka balonowa z Warszawy do  Kruszówki odbyta dnia 8 Września 1873 r.

Dwie podróże napowietrzne, jakie odbyłem w sierpniu roku zeszłego, wywarły na mnie tak silne a przyjemne wrażenie i pozwoliły mi zrobić tyle spostrzeżeń rozmaitej natury ,żem postanowił koniecznie po raz trzeci wzbić się jeszcze pod obłoki, jeśli tylko nadarzy mi się potemu sposobność.
Na spełnienie mych zamiarów nie długo przyszło mi czekać.
Przybyły przed kilku tygodniami zeszłoroczny nasz przewodnik napowietrzny, kapitan Bunelle, chętnie zgodził się, bym mu znowu towarzyszył.
Wprawdzie prawie wszyscy moi znajomi i przyjaciele odradzali mi to nowe, jak nazywali, awanturowanie się, ale ich nie usłuchałem dla wielu naturalnie powodów.
Przedewszystkiem szło mi o odbycie podróży nocnej przy świetle księżyca, powtóre miałem zamiar spólnie z jednym z tutejszych fotografów zdjąć fotografję Warszawy z wysokości balonu, wreszcie odbycie napowietrznej wycieczki nie zdawało mi się i nie zdaje bynajmniej niebezpieczniejszem od  innych rodzajów lokomocji.
Zamiar zdjęcia fotografji spełz tym razem na niczem z powodów odemnie niezależnych, ale to nie wpłynęło bynajmniej na wyrzeczenie się przeze mnie wycieczki, któż bowiem z resztą wam czytelnikom„ Kuijera” napisał by sprawozdanie?
Odjazd balonu z dziedzińca gmachu uniwersyteckiego kilkakrotnie odkładano dla loterii fantowej na Pradze.
Na odraczaniu upłynęło dwa tygodnie i stało się, że ani loteria sobotnia, ani balon niedzielny, nie mogły się odbyć z powodzeniem. Loterji przeszkodził dzień sobotni i zimno, balonowi zaś rzęsisty deszcz padający od południa.
Nie przewidując tymczasem deszczu kapitan Bunelle przystąpił do wypełniania balonu gazem. Czynność to ciekawa ale długa i męcząca. Pomagałem przy niej kapitanowi i byłem jego dragomanem. Właśnie balon był już wypełniony w trzeciej części, kiedy deszcz coraz ulewniejszy ostrzegał, że publiczność nie będzie mogła się zebrać.
Francuz niecierpliwił się tymczasem i gwałtem chciał jechać. Skłoniłem go z trudnością zaledwie do odłożenia wycieczki do dnia następnego. Przestano dalej balon nadymać.
Przytrzymywany za pomocą paraset bardzo ciężkich worków z piaskiem, „Jules Favre” powierzony został opiece i dozorowi 8 ludzi aż do poniedziałku.


Nazajutrz przybyłem na miejsce wyprawy o godzinie wpół do 4tej, właśnie w chwili kiedy balon wypełniony gazem gotów był już poszybować. Zabrałem się do roboty i spólnie z towarzyszami podróży umocowaliśmy łódkę, uporządkowaliśmy liny i w ogóle przygotowaliśmy wszystko co jest Koniecznem dla puszczenia balonu. Mocno żałuję, że niewiele tylko osób mogło się przyglądać tym wszystkim manewrom wykonywanym przez nas przy pomocy 32 silnych żołnierzy gwardji.
Co do mnie, pomimo żem już dwie przedtem odbył wycieczki napowietrzne, przyznaję się otwarcie, że teraz dopiero zrozumiałem całe postępowanie i nabrałem tyle wprawy, że w potrzebie już bym sam radę dać potrafił. O godzinie wpół do 5tej siedliśmy, a raczej wdrapaliśmy się do łódki.
Umieściłem się w rogu po prawej stronie kapitana, obok mnie stanął pan Bruno Ciemniewski, wydawca „Tygodnika Przemysłowo-Handlowego”, a na przekątnej po lewej stronie kapitana, pan Kazimierz Filpowski, zeszłoroczny nasz towarzysz pierwszej wycieczki balonowej.
Łódkę równoważono dość długo.
Wreszcie punkt o 3 kwadranse na 5, kapitan gwizdnął, żołnierze puścil iostatnią linę, i ujrzałem tłum żegnający nas chustkami i kapeluszami. W tej chwili balon zaczynał się dotykać akacji dość wysokiej rosnącej tuż na trawniku.
Dla uniknięcia przypadku pan Filipowski wysypał natychmiast jeden po drugim dwa worki piasku. Wołania nasze i ostrzeżenia były już za późne, piasek dostał się na głowy całej gruppy osób, pomiędzy któremi widziałem autorkę 365 obiadów. Ciekawym zawsze się coś z reszty dostanie.
Ulżywszy ciężaru, wzbiliśmy się dość wysoko w kierunku południowo- wschodnim (bliżejpołudniowego).
Na placach, ulicach a nawet na dachach domów, widzieliśmy mnóstwo czerniawy. Była to publika bezpłatnie się nam przypatrująca.
Śliczna jest Warszawa z góry, ale widok jej z wieży naprzykład ratuszowej, nie daje nawet pojęcia o tem co się widzi z balonu.
Przy wzgórkowatem i różnopochyłem położeniu ulic miasta, niektóre z nich, a nawet całe dzielnice, kryją się przed wzrokiem patrzącego z wieży. Z balonu przeciwnie, widać miasto całe z okolicami w kilku milowym promieniu, a wszystko jakby na jednej płaszczyźnie. Małe dworki i drobne zabudowania zacierają się, pałace za to i wielkie gmachy choć w kształtach maleją, stają się prawie wyraźniejszemi.
Słowem obraz Warszawy przypomina miasto Guliwera, gwarne, ruchliwe i obszerne, ale wszystko drobniutkich wymiarów.
Obok widać jakiś wyschły strumyk, a na nim czarną grubą kładkę. To Wisła i most żelazny. Gwar cichnie, widzimy jeszcze jakiegoś dymiącego wężyka pełzającego niedaleko Pragi. To pociąg kolei Terespolskiej.
Mijamy Saską Kępę, znajdując się ciągle na wysokości 9OO metrów, to jest blizko jednej wiorsty, termometr Reaumura wskazuje 8 stopni ciepła.
Balon posuwa się nadzwyczaj wolno; wyrzucamy tedy część balastu aby w wyższych warstwach powietrza szukać pomyślniejszego a raczej silniejszego prądu. O godzinie 5 minut 55 jesteśmy na wysokości 1000metrów, o g. 6 m. 10 na wysokości 1,200 metrów, termometr spada na 6 stopni ciepła.
Zwolna balon, utracając gaz, zaczyna znowu opadać i o godz. 6 m. 30 dosięga wysokości 800 metrów, przyczep termometr wskazuje + 7 stopni; wyrzucamy zatem znowu ballast i o godzinie 7 dosięgamy wysokości 2,150 metrów to jest 2 1/7 wiorsty. Termometr wskazuje przytem 2 stopnie ciepła.
Przez dobrą godzinę po odjeździe pracowaliśmy wszyscy nad uporządkowaniem rzeczy, później nad wypuszczeniem liny bezpieczeństwa i liny kotwicowej, wreszcie nad uporządkowaniem worków ballastowych. Było nam zatem ciepło. Teraz jednak skutkiem nieruchomości w jakiej zostawaliśmy i nizkiej temperatury zaczęliśmy doznawać zimna. Wdzieliśmy watowe paletoty, ale mimo to co chwila zmuszeni byliśmy rozgrzewać się nalewką i winem. Mnie i p. F. stosownie ubranym wystarczało to do utrzymania ciepła, ale p. C. zaczął doznawać coraz silniejszego przeziębienia, za lekko bowiem się wybrał. Przyszło do tego, że trzeba było naszego spółpodróżnika położyć na dnie łódki i przykryć wypróżnionemi workami piasku.
Słońce dawno już zaszło, księżyc zaś dopiero obiecywał wychylić się z mgły przyziemnej. Byliśmy więc w ciemnościach. Trwało to do godziny 9, więc równo dwie godziny. Przez ten czas mogliśmy tylko z papierków wypuszczanych z ręki, wnioskować o spadaniu i wznoszeniu Się balonu, na barometrze bowiem nic odczytać nie byliśmy w stanie. Ponieważ jednak kilkakrotnie wyrzucaliśmy ballast, balon zatem płynął w rozmaitych wysokościach od 1,200 do 2,000 metrów.
Punkt o godzinie 9 oświetlił nas księżyc będący prawie w pełni. Byliśmy wtedy na wysokości 2,162 metrów, termometr wskazywał 2stopnie ciepła, balon prawie nie wirował, pogrążeni byliśmy w głębokiej ciszy.
Przy cudownej pogodzie i świetle księżyca pozwalającem nam z wysokości 800 metrów rozróżniać las od pola, płynęliśmy spokojnie i właśnie natrafiliśmy na prąd bardzo szybki przenoszący nas w ciągu kilku minut ponad olbrzymiemi lasami, kiedy obawa o stan zdrowia p. C, zmusiła nas do zaniechania dalszej podróży.
Skutkiem nie wyrzucania ballastu, balon zniżył się tyle, że lina bezpieczeństwa wisząca pod łódką i długa 107metrów (375stóp), zaczęła już końcem swym trącać o wierzchołki drzew. Byliśmy jednak w tej chwili ponad samym brzegiem zaczynającego się wielkiego lasu. Trzeba było zatem odwlec chwilowo spadnięcie.
Urzuciliśmy ćwiartkę worka piasku (około10funtów) i w net wzbiliśmy się do 1,300metrów (półtory wiorsty).
Powtórnie spadając, byliśmy szczęśliwsi, balon bowiem znalazł się na wysokości 200 metrów ponad środkiem właśnie lasu, poza którym widzieliśmy pole i znowu las. Chodziło teraz o to, by nie wpaść właśnie na ów drugi las. Trzeba było więc przyśpieszyć spadanie wolno dotychczas obniżającego się balonu.
W tym celu otworzyliśmy podwikroć klapę i wnet dojrzeliśmy na ziemi kilka białych punkcików. Była to wieś.
Byliśmy już nad samym brzegiem lasu. Dla zmniejszenia uderzenia balonu o ziemię urzuciliśmy cokolwiek ballastu, a sami uwiesiliśmy się rękami u lin.
W tej chwili kosz uderzył o ziemię tuż przy jakiemś domostwie i może nie dalej nad parę łokci od dużego drzewa i krzyżujących się przyniem dwóch płotów.
Uderzenie było umiarkowane.
Ani wlokąca się po ziemi za nami lina bezpieczeństwa, ani wyrzucona w chwili uderzenia kotwica nie zdołały się jednak o nic zaczepić.
Wnet balon zerwał się w górę i wzniósł się jednej chwili na wysokość przynajmniej dwa razy większą od wieży ratusza warszawskiego. Spadliśmy znowu i uderzyliśmy powtórnie w bliskości poprzedniego miejsca pomiędzy z płotami, tym razem daleko silniej. Termometr zawieszony na sznurku przy lince pękł, a my wpadliśmy w łódkę, niemogąc utrzymać równowagi.
Balon zerwał się raz jeszcze, ale otwarcie klapy, a bardziej jeszcze zawadzenie kotwicy i liny o płot, nie dozwoliły mu już dłużej się rzucać: spadł na ziemię po raz ostatni z lekkiem już tylko uderzeniem poza płotami, tuż przy drodze do wsi; kosz zatrzymał się przy młodem drzewku co najwyżej o łokieć.
Była godzina w pół do 11 w nocy.
Nie opuszczając naszej 6-godzinnej siedziby, za pomocą lin ściągnęliśmy balon o tyle, by kładąc się na  ziemię nie wcisnął się na owe drzewo, co by spowodowało rozdarcie.
Skoro nasz motor stanął już o swojej mocy na ziemi wyleźliśmy z kosza, rozglądając się gdzie jesteśmy. Na wywiady udał się p. C. i wpół godziny powrócił z wiadomością, że wieś nazywa się Kruszówka, że mieszkają w niej sami włościanie, że wszyscy śpią snem sprawiedliwych i że nie podoba nikogo sprowadzić do pomocy. W takim stanie rzeczy udali się znowu do wsi p p. Fil. I C, ja zaś z kapitanem strzegliśmy dalej balonu stojącego tuż przy łódce niby olbrzymi, jak kilkopiętrowa kamienica, stóg siana. Od czasu do czasu wołałem hop, hop, żałując żem zapomniał wziąć z sobą tuby, dokazałem jednak wkrótce tyle, że na nasze wołanie odpowiadały wszystkie psy we wsi. Była to połowa zadania wykonana, psy bowiem rozbudziły włościan i wkrótce dwaj z nich przyszli do nas poprzedzeni czworonogim stróżem.
Prawie jednocześnie dwaj nasi towarzysze wrócili ze wsi w towarzystwie jednego jeszcze włościanina. Po długiem poszukiwaniu wynaleźli oni wójta, ale ten obiecawszy dać natychmiast pomoc, poszedł do stodoły i więcej się już nie pokazał.
Nikt nas nie widział spadających, nikt też we wsi nie słyszał nawet wyrazu balon, trudno zatem było wytłumaczyć pytającym się włościanom, po co właściwie ich budzimy i czego od nich chcemy.
Każdy pytał: czem, skąd i dokąd jedziemy. Otóż mogliśmy jasno odpowiedzieć tylko na drugie z tych pytań. Naturalnie włościanie nie bardzo się śpieszyli z pomocą.
A co to panom koło pękło, pyta jeden.
—Tak.
—A to niech panowie idą do kowala na drugim końcu wsi.
Po tych słowach drzwi chaty się zamykają i nie ma z kim mówić. Tym sposobem po dwugodzinnych usiłowaniach udało się nam zgromadzić zaledwie czterech poczciwych jakichś chłopków, którym dla ośmielenia rozpocząłem przy płocie wykładać lekcje popularną o balonach. Kiedy już zrozumieli, że balon jest: „wielga masyna do latania w góze”, zaczęli mnie wypytywać, czy za pomocą tej maszyny można prędko i dobrze młócić. Pytanie to zadawali nam później po kolei prawie wszyscy włościanie i kobiety, przybywający na pole obejrzeć „wielgą masyne”.
Później dopiero wyjaśniono nam powód takiego dopytywania się: Jeden z sąsiednich właścicieli ziemskich ma wkrótce sprowadzić do siebie młockarnie parową, otóż włościanie sądzili, że to właśnie owa wielka młocarnia przybyła już na pole.
Tymczasem przy pomocy czterech włościan i kilkunastu kobiet, znęconych ciekawością, zdołaliśmy balon w pewnej części wypróżnić. Była jednak już godzina 1 i uczuwaliśmy wielki głód i chłód: trzeba więc było myśleć o noclegu.
Objaśniono nas, że najbliższy dwór znajduje się o wiorstę we wsi N. Tam tedy udał się p. C., wziąwszy z sobą jednego z włościan za przewodnika.
Po przejściu 2 wiorst, przeziębły nasz towarzysz ujrzał tak pożądany dlań dwór, w którym spodziewał się znaleźć ciepły przytułek i szklankę herbaty.
Pan C. zastukał parę razy do okiennicy i wkrótce w lufciku ukazała się postać mężczyzny, który tylko co wstał z łóżka.
—A kto tam stuka.
—Przepraszam że pana obudziłem, ale proszę o przytułek dla mnie i moich trzech towarzyszów…
—Ja tam w nocy nikomu przytułku nie daję, przerywa p. Ł.
—Ale myśmy spadli tu niedaleko balonem z Warszawy.
—A to mi wszystko jedno, brzmiała konkludująca odpowiedź gościnnego obywatela.
Na takie dictum p.C. nie wiedział co już powiedzieć, widząc jednak że nawet w sieni dworskiej nie znajdzie przytułku, zastukał znowu do okna. I znowu wychyliła się postać tylko co rozbudzonego mężczyzny, który głosem podniesionym zawołał.
—A cóż tam jeszcze?
—To ja.
—A czegóż pan chce znowu.
—Nic, tylko zapomniałem panu powiedzieć żeś pan….
Co p. C .rzeczywiście zapomniał powiedzieć, nie przytaczamy w tem miejscu, powiemy tylko że w tej chwili gospodarz trzasnął lufcikiem i zaczęła się głośna bardzo dysputa, podczas której przewodnik pana C. pociągnął go za rękę i rzekł:
—„A dyć choćta wielmożny panie, skoda ino gęby psować.”
I po godzinnej wędrówce, p. C., do reszty zziębły wrócił znowu do balonu.
Po złożeniu wielkiej narady, ja i p. Fil. nakłoniliśmy jednego z włościan, by nas zawiózł do Miastkowa, jak nam mówiono o parę wiorst także odległego.
Jakoż o wpół do trzeciej ruszyliśmy we dwóch na podwodzie, przyrzekając pozostałym dwóm towarzyszom, że im sprowadzimy pomoc i wynajdziemy gościnny kącik.
Po godzinnej blisko jeździe i przebyciu blisko 6 wiorst, zajechaliśmy przed stajnie dworskie w Miastkowie. Tu nasz woźnica zaczął przez drzwi opowiadać stajennemu całe zdarzenie z „wielgą masyną”. Stajenny tymczasem zaciekawiony, rychłowy szedł do nas i doprowadził nas do dworu, zajmowanego obecnie przez pana Henryka Karskiego, zarządzającego dobrami Miastków (właściciel Miastkowa p.Ignacy Gąsowski bawi za granicą).
Stajenny zapukał do okiennicy i zawiadomił p. K. że przyszli jacyś panowie co to jeżdżą gazem na wielgiej galeryi. Wątpliwość wnet znikła i ustąpiła miejsca serdecznej polskiej gościnności. W jednej chwili oświetlono pokoje, nastawiono samowar i sporządzono posiłek. Jednocześnie pan K. posłał konie po dwóch pozostałych na polu towarzyszów i człowieka do nadzoru. O godzinie 5 rano złączyliśmy się wszyscy przy spólnem wczesnem śniadaniu a raczej późnej kolacji, poczem wysłaliśmy telegram do Mrozów na stacji kolei Terespolskiej, blisko o milę odległej i udaliśmy się na spoczynek.
Rano o 10 udaliśmy się znowu na pole do balonu już zupełnie wypróżnionego z gazu. Tłumy włościan otaczały nas zewsząd, pomagając nam ochoczo blisko 3 godziny przy układaniu i pakowaniu balonu, czyli jak go nazywali baliku. Rozmaite sznurki, kawałki papieru it.p. rozchwytywali oni chciwie na pamiątkę a o deseczkę rozbitego termometru staczali formalną walkę. Powróciwszy do Miastkowa i doznawszy nader gościnnego przyjęcia, wyjechaliśmy o 3 popołudniu dzielną czwórką do Garwolina na szosie lubelskiej. Tu właściwie powinno się skończyć nasze opowiadanie, ale nie mogę się powstrzymać od zaznaczenia jednego przynajmniej szczegółu podróży z Garwolina do Warszawy.
Padał deszcz, zamiast więc bryczki dano nam furgon kryty, jakiś wycofany z użytku ambulans, któremu brak było tylko krzyża czerwonego. Jazda w tym wehikule ciężkim, a bez resorów, to istna męczarnia, a trzeba było trząść się w ten sposób, aż do Starej wsi na przestrzeni 22 wiorst. Doprawdy  jeden tylko rodzaj jazdy znam nieco do tego zbliżony: na beczce straży ogniowej jadącej w Warszawie do pożaru po bruku kamiennym na ulicy Czerniakowskiej.

**

Jakież tedy spostrzeżenia, spytacie, zebrałem z trzeciej mej wycieczki.
Otóż by odrzec na to krótko i węzłowato, bo już miejsca nie starczy, streszczę wszystko w trzech następnych punktach.
1) Najbezpieczniej jest odbywać podróż balonem podczas nocy księżycowej.
2) Nie trzeba szukać gościnności u dziedzica wsi N….
3) Nie trzeba jeździć ekstrapocztą po naszych traktach pocztowych, a w szczególności na linji z Garwolina do Starej wsi, póty przynajmniej, póki do tamtych stron nie dojdzie wiadomość o niedawnym bo niespełna wiekowym wynalazku resorów.

Feliks Fryze

 

Kurjer Warszawski Dnia 31 sierpnia (12 września) 1873 r.

Rycina balonu pochodzi z czasopisma Przyjaciel Dzieci nr 50 1 grudnia (13 grudnia) 1873 r.

 

One thought on “Wycieczka balonowa z Warszawy do  Kruszówki odbyta dnia 8 Września 1873 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aby dodać komentarz uzupełnij równanie/To add a comment complete the equation UWAGA/ATTENTION!!! Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.