Łaskarzew, wspomnienia z lat 1939-1944 – Ignacy Przybylski

Ignacy Przybylski

ul. Andriollego 48/50, m.3

05-400 Otwock

Wspomnienia z lat 1939 – 1944 r.

13 maja 1939 r. po zdaniu ostatnich egzaminów maturalnych opusz-

czałem gmach Gimnazjum i Liceum Ziemi Gostyńskiej w Gostyniu, na

którego frontonie widniał napis ”Bogu i Ojczyźnie Odrodzonej”.

Wychodząc z gmachu w godzinach przedwieczornych, po przyjęciu

gratulacji od komisji egzaminacyjnej, powiesiłem na parkanie

budynku licealnego swoją licealną czapkę i nagle ogarnął mnie

ogromny wewnętrzny smutek. Wiem, co pozostawiłem poza sobą.

Ale co dalej ? Wielka niewiadoma napawająca głęboką zadumą

i smutkiem, niepokojem i brakiem wyraźnych planów na przyszłość.

Któregoś dnia maja 1939 roku – komisja poborowa do wojska,

a następnie w czerwcu 1939 – czterotygodniowy pobyt w Junackich

Hufcach Pracy / J.H.P./. Los zrządził, że wspólnie z kolegami

z Liceum Ziemi Gostyńskiej po otrzymaniu bezpłatnych biletów

kolejowych, udałem się via Warszawa do Łomży , a stamtąd w okolice

Wizny. Miejscem pobytu był obóz w lesie obok szosy w odległości

około półtora kilometra od Góry Strękowej . Po przybyciu do obozu

otrzymaliśmy umundurowanie, przydział organizacyjny oraz zadania.

Zostaliśmy powołani do zaszczytnej służby przy budowie fortyfi-

kacji na pograniczu polsko-prusko-wschodnim. W obliczu rozwija-

jącej się sytuacji politycznej serca rozpierała duma. W tamte dni

czerwcowo-lipcowe 1939 roku /turnus nasz trwał od 19 czerwca do

15 lipca/ pracowaliśmy na dwie zmiany po osiem godzin dziennie,

od świtu aż do zmroku, a bywały także i nocne zmiany /przy budo-

wie fortu Kurpiki/ . Grupa nasza pracowała przy budowie trzech

obiektów: dwóch w Górze Strękowej /fort ”Góra-Góra” i ”Góra-Dół”/

nad Narwią i jednego w Kurpikach. Miejsca budowy ogrodzone były `

– 2 –

wysokim płotem z desek – wejścia na teren budowy były strzeżone

dniem i nocą. Praca była ciężka i wyczerpująca, jednak przerw w pracy nie było.

tmosfera patriotyczna podniecana wiadomościami o ujęciu szpiegów,

a powadze okresu pracy towarzyszyła złożona przysięgą o zachowaniu

tajemnicy wojskowej. Nie wiedzieliśmy , że budowany przez nas schron

”Góra-Góra” będzie redutą kapitana Reginisa Władysława, który we

wrześniu 1939 r. stawił czoło XIX korpusowi pancernemu generała

Guderiuna.

Oprócz mnie do pracy w Junackich Hufcach Pracy na tym odcinku

przydzielono abiturientów Liceum Ziemi Gostyńskiej w osobach:

Kazimierza Dworczaka, Kaliksta Jankiewicza, Mariana Łankiewicza

/rozstrzelany przez hitlerowców podczas kampanii wrześniowej/, Kazimierza Wachniaka

i Jana Wiewiórkowskiego, a ponadto kolegów z Bojanowa Wlkp. , Łodzi

i Piotrkowa Trybunalskiego /m.in. Kol. Edwarda Kalwaczyńskiego,

zamieszkałego w Piotrkowie Tryb. przy ul.Pierackiego 20 oraz

kolegę – nazwiska nie pamiętam – zamieszkałego także w Piotrkowie

Tryb. przy ul. Reymonta 3/.

Z okresu tego pochodzą dwa zdjęcia: zdjęcie nr 1 z widokiem na

nasze pole namiotowe oraz zdjęcie nr 2 prezentujące grupę junaków

naszego turnusu. Zdjęcia zostały wykonane 12 lipca 1939 roku

/nad głową autora wspomnień znak ”V”/.

Po 4-tygodniowym turnusie i poczuciu dobrze spełnionego obowiązku

powrót do Pogorzeli – rodzinnego miasta. Okres prac żniwnych na-

cechowany narastającą atmosferą przygotowań do wojny. O mobilizacji

dowiedziałem się dnia 31 sierpnia 1939 r. Niejednokrotnie przed tym

dniem słyszałem warkot silników samolotów lecących hen wysoko nade

mną. Widać było je tylko wtedy, kiedy odbijały się od niego słonecz

ne promienie przy zmianie kierunku lotu. Przypuszczałem, że były

to nasze polskie samoloty. Rzeczywistość miała okazać się

– 3 –

jednak inna.

Po wiadomości o mobilizacji zakończyłem prace polne, a z następnymi

wiadomościami przyjechał do mnie mój ojciec, czynny już w pracach

OPL /punktach obserwacyjnych plot./. Uroczyste, serdeczne pożegna-

nia powołanych do wojska rezerwistów, z których nie jednemu po raz

ostatni uścisnąłem dłoń.

Podwody konne stające w szeregu wzdłuż ulicy, a dostarczone przez

mieszkańców Pogorzeli, były uzupełnieniem tej już wojennej scenerii

Miasteczko starannie zaciemnione, oczekiwało z napięciem nadejścia

dnia następnego tj. 1 września 1939 roku. Do granicy polsko-niemiec

kiej przecież tylko około 24 km, a może i nawet mniej – licząc

w prostej linii.

Mniejszość niemiecka w samej Pogorzeli i okolicznych wsiach

/Gumienice, Głuchówek, Zalesie – znaczne skupiska/ zachowywała

się raczej spokojnie i chyba czaiła się do skoku, czekając na

odpowiednią do tego chwilę. Dowodem tego były prowokacyjne

”pyskówki”, a nawet – jak się później okazało rękoczyny z jej

strony oraz nieprzestrzeganie przez niektórych Niemców wprowa-

dzonej dla nich godziny policyjnej.

Ulicami miasteczka 1.9.39 jechały wozy nieliczne z uciekinie-

rami, a w następnych dniach coraz liczniejsze oraz rowerzyści

i piesi – więźniowie z Rawicza i Wronek. Komunikaty radiowe

”Uwaga – uwaga – nadhhodzi….. przeszedł” miały swoją wymowę

tajemnicy i zaciekawienia o posmaku wielkiej przygody. Powszechna

była wiara w zwycięstwo polskiego oręża, choć komunikaty dzienni-

ków radiowych nie napawały optymizmem.

Z Pogorzeli niebawem ewakuuje się policja i poczta, na miejscu

pozostaje sekretarz magistratu. Mieszkańcy organizują samorzutnie

straż obywatelską. Uzbrojenie /karabiny, sztucery, dubeltówki,

pistolety/ dostarczają członkowie Bractwa Kurkowego i inni

mieszkańcy miasteczka. Pełniący służbę członkowie straży obywatel-

skiej noszą na rękawach opaski biało-czerwone, a wyjeżdżający

na zwiad w terenie zakładają płaszcze Wojskowego Przysposobienia

Konnego tzw. Krakusów,różniące się od wojskowych tylko naszywkami.

Do wyjazdów terenowych używa się rowerów. Komenda straży obywa-

telskiej jest w posiadaniu zarekwirowanego osobowego samochodu

należącego do miejscowego Niemca – Thorenza, późniejszego pierw-

szego burmistrza okupacyjnego w Pogorzeli. Straż Obywatelska

pełni nieprzerwanie dyżury przez 24 godziny na terenie miasteczka,

– 4 –

jak i jego okolic /Głuchówek, Gumienice, Zalesie, Kobylin/. Było

to konieczne z uwagi na duże skupiska miejscowości mniejszości niemieckiej. Interweniowano skutecznie w Zalesiu, gdzie miejscowi Niemcy zachowy-

wali się bardzo agresywnie wobec mieszkających tam Polaków. Tam

po raz pierwszy widziałem nisko lecący nad wierzchołkami drzew

samolot hitlerowski z czarnymi krzyżami i ze swastyką. Powrót

z pirackiego nalotu bądź rozpoznania – nie wiem-zagłuszał warkotem

silników.

Do straży obywatelskiej wstępuję 2 września 1939 roku i uczestni-

czę we wszystkich interwencjach terenowych. Okolice patrolujemy

i w dzień, i w nocy, tak jak i samo miasteczko.

Krotoszyn zajęty jest już przez najeżdzcę. Do zajętego Krotoszyna

wysyłano naszego wywiadowcę, który przywoził nam aktualne wiadomości

z zajętego przez wroga terenu. Bardzo niebezpieczne zadanie realizo-

wał kilkakrotnie z powodzeniem. Był nim mieszkaniec Elżbietkowa

/nazwiska jego nie pamiętam/. Otrzymujemy 4 września 1939 r. wia-

domość o wkroczeniu Niemców do Kobylina. Jedziemy tam nocą, by

sprawdzić jej wiarygodność. Szczęśliwie nie potwierdza się. W dro-

dze powrotnej w Łagiewnikach zatrzymujemy się, informując o tym

wracającego do Kobylina jednego z jego mieszkańców. W poświacie

księżycowej zauważyliśmy rowerzystę jadącego z kierunku Kobylina

do Pogorzeli. W odległości ok. 20 m. od nas jadący zatrzymuje się,

zawraca i ucieka. Przekonani, że to ktoś z miejscowych niemieckich

kolonistów wzywamy go do zatrzymania, oddając w górę strzały ostrze-

gawcze. To nie pomaga. Rowerzysta ucieka na rowerze, a później

rzuca rower i dalej biegnie pieszo- niestety równolegle do naszych

stanowisk ogniowych. Strzały okazały się niecelne, uciekinier

biegnie dalej. Mając do swojej dyspozycji dubeltówkę, składam się

do strzału, pociągam za cyngiel jeden i drugi – niewypał. Napinam

ponownie cyngle, pociągam – strzał. Widzę padający na ziemię

czarny przedmiot. ”Trafiony” – krzyczę i przerywamy ogień,

– 5 –

biegnąc w kierunku przypuszczalnie leżącego człowieka. Jakież

było nasze ”rozczarowanie” gdy zamiast człowieka, znaleźliśmy

leżącą na ziemi jego kurtkę. Z dokumentów osobistych ustaliliśmy,

że był to kolega Witolda Seipelta, uczestnika naszego patrolu

i wówczas zaczęło się gorączkowe, pełne nerwowego napięcia bezskuteczne poszu-

kiwanie rannego, . Z mieszanymi uczu-

ciami wracamy do Pogorzeli. Na rynku wychodzi naprzeciwko nas

sekretarz magistratu, Góźdź, a za nim idzie niefortunny uciekinier.

Wpadł on do Pogorzeli z wiadomością, że hitlerowcy są już w Łagie-

wnikach i strzelali do niego . Skonfrontowawszy jego wiadomości

z naszą relacją niemałe było zdziwienie sekretarza, na którego

oczach Witold Seipelt całuje uciekiniera, a my go ściskamy z radości,

że żyje. Odniósł niewielkie obrażenia, powierzchownie zadraśnięty

”śrutem” z mojej dubeltówki. Okazało się, że w Kobylinie pilnie

nas obserwowano, a kiedy wracaliśmy ktoś wskazał na nas twierdząc,

że hitlerowcy jadą do Pogorzeli. Nieszczęsny delikwent wiedząc, że

w Pogorzeli jest straż obywatelska, chciał ją o tym powiadomić.

Wydawało mu się, że wyprzedził już rzekomych ”hitlerowców” w drodze

do Pogorzeli, gdy tymczasem tak się jednak nie stało i doszło do

tego nieprzyjemnego, ale szczęśliwie dla obu stron zakończonego

wyżej opisanego wypadku.

Tak to po raz pierwszy w swoim dotychczasowym życiu strzelałem

do człowieka.

Wiadomości, jakie dochodziły do komendy straży obywatelskiej,

a zwłaszcza przywiezione z Poznania spowodowały podjęcie decyzji

o likwidacji straży obywatelskiej w Pogorzeli. Dnia 6 września 1939

wywieziono broń samochodem do lasu i zakopano, a wieczorem tego

dnia grupa młodych członków straży obywatelskiej, a wśród nich

Janusz Kos, Hieronim Marcinkowski i ja, opuszcza Pogorzelę. Nie

wiedzieliśmy, że wojska niemieckie zajęły Łódź. Droga nasza

– 6 –

prowadziła przez Szelejewo, gdzie przeszliśmy przez zaminowaną

przeszkodę zbudowaną na moście za Szelejewem, do Dolska. Po

kilkugodzinnym śnie dowiadujemy się, że na przeszkodzie za Szeleje-

wem zginęło kilka osób – a nas Bóg szczęśliwie przeprowadził.

Następnym celem naszej podróży była Mosina i krótki postój

w domu nieobecnego mego wuja Antoniego Roszczaka. Mosinę

opuszczamy, kierując się bocznymi drogami przez Środę, Mirosław

i Pyzdry do Konina a stamtąd do Ślesina. W okolicach Ślesina spotyka-

my szczątki zestrzelonego niemieckiego samolotu /9.IX.39/.

Przez Sompolno, Izbicę dojeżdżamy do Krośniewic i tu po raz

pierwszy dostajemy się w strefę bombardowania lotniczego.

Szosa zatłoczona uciekającymi i wojskiem. Odskakujemy w bok

od szosy, a w naszym kierunku leci klucz hitlerowskich samolotów.

Przeraźliwy świst spadających bomb na pobocza szosy wydał się

tak bardzo bliski. Bomby spadły na budynki, które mijaliśmy

kilka minut przed bombardowaniem. Serca biły nam jak u gołębi

przerażonych nagłym atakiem jastrzębia. Było to 10.9.1939 r.

Przed wieczorem tuż przed wjazdem do Krośniewic przeżywamy drugi

nalot. Jakaś mieszkanka wskazuje nam wykopany rów przeciwlotni-

czy w ogrodzie, do którego biegniemy, zostawiając rowery. Jeden

z naszej grupy biegnie w kierunku rowu już w czasie nalotu

i staje się obiektem polowania. Wrogi pilot strzela z broni

pokładowej do uciekającego, a świst pocisków słyszymy naj-

wyraźniej i dosłownie chcemy wtopić się w ziemię. Na mnie

siedzącego w rowie plotniczym cisną się koledzy, drętwieją

nogi, a sekundy biegną tak wolno. Tym razem też nam sprzyjało

szczęście. Nikogo nie raniono. Uciekający cały i zdrów dostaje

od nas kilka sążnistych i nieparlamentarnych wymówek. Wsiadamy

na rowery i jedziemy dalej, mijając trupy ludzkie i zwierzęce.

W nocy przejeżdżamy przez palące się po nalocie Kutno. Płonie

budynek, w którym mieściła się apteka. Na około łuny pożarów.

– 7 –

Zbaczamy z głównej drogi i bocznymi drogami dojeżdżamy do

Żychlina, opuszczamy go szybko i kierujemy się na wieś, wybiera-

jąc jako miejsce postoju i wypoczynku wsie o nie zwartej zabu-

dowie. W ciągu dnia chronimy się w krzakach lub w małych skupis-

kach leśnych i rowach względnie innych zagłębieniach. Naloty

nie robią już na nas takiego wrażenia, jak pierwsze, mimo że

niejednokrotnie wrogie samoloty lecą zupełnie nisko i ostrzeli-

wują z broni pokładowej drogi przepełnione ludnością cywilną

i wojskiem. 15 i 16.9.1939 jesteśmy prawie pod ciągłym ogniem

lotnictwa i artylerii niemieckiej, a 17.9.39 na domiar złego

dostajemy się pod ogień broni pancernej wroga. Spotykamy kolegę

z 56 pp /Jarmużek/, który informuje nas o przerwaniu frontu.

Odskakujemy, kierując się polnymi drogami i ścieżkami w kierunku

lasu widniejącego na horyzoncie. Przed lasem spotykamy działo

polskie ż zaprzęgiem bez obsługi, armata bez zamka. Zdajemy sobie

sprawę z tragicznego stanu rzeczy, ale wycofujemy się dalej

w głąb lasu, którego ciszę przerywają wybuchy. Przeskakujemy

szeroką drogę leśną, na której widzimy odciski podkutych żołnier-

skich butów. Nie zdajemy sobie sprawy, że to odciski butów wroga.

Jestem w pierwszej dziesiątce długiego szeregu rowerzystów, las

rzednieje i dochodzi do asfaltowej szosy, na której jadą tabory.

W pierwszej chwili nie zdaliśmy sobie sprawy z tego, że to tabory

wroga. Jeden z jadących żołdaków łapie za karabin, kierując go

ku nam. Moment konsternacji i zamieszania. Jadący na czele zeska-

kują z rowerów i chcą się wycofywać. Jadący za nimi ponaglają

do jazdy ku przodowi. Zdrętwieliśmy – pierwsze spotkanie z wrogiem.

Uciekać nie miało sensu. Zeszliśmy z rowerów i pieszo doszliśmy

do asfaltowej szosy. Była do droga wiodąca z Warszawy przez Łąck do

Płocka. Po naszej prawej stronie ku niebu wzbijały się dymy

– 8 –

z płonącego Gąbina a nad nimi wrogie samoloty zataczały kręgi

i pętle radując się chyba z odniesionego sukcesu.

Jeden ze współidących z nami zostaje nagle zatrzymany przez dwóch

żołdaków niemieckich. Okazało się, że nieszczęsny miał blaszaną

puszkę po niemieckiej masce przeciwgazowej. Odebrano mu ją natych-

miast, uderzając go w twarz kilkakrotnie, a gdy wyjaśnił, że dostał

ją od polskiego żołnierza – o dziwo, puszczono go. Po tym incydencie

zjechaliśmy do lasu po drugiej stronie asfaltowej szosy i boczną drogą

– śladami walk dojechaliśmy do Radziwia /koło Płocka/. Po drodze

ubraliśmy się w dresy naszego jednego żołnierza, który udzielił nam

informacji o przebiegu walk na tych terenach i dołączył do naszej

grupy.

Po raz drugi na tej asfaltowej szosie znalazłem się w połowie 1959 roku,

a więc prawie po upływie 20 lat, lecz w jakże innych warunkach.

Tamte chwile 1939 roku stanęły znowu jak żywe przed oczami.

Jadąc z Radziwia do Płocka – po lewej stronie osi marszu leżały

nie pogrzebani nasi żołnierze. Widok bardzo przygnębiający

i bardo ponury, a bezsilni i przepełnieni pragnieniem zemsty

wjeżdżaliśmy do części Płocka położonego na lewym brzegu Wisły.

Do centrum Płocka nie dojechaliśmy gdyż most na Wiśle był znisz-

czony. Na nas idących i prowadzących rowery usiłował wjechać

jakiś niemiecki żołdak wozem konnym, a gdy mu się to nie udało

zaczął nas z wozu okładać batem. Odskoczyliśmy, a z plugawej gęby

z palącym się cygarem popłynął stek przekleństw i epitetów.

Wracamy z powrotem do Radziwia, prowadząc rowery pod dość strome

podejście, raz jeszcze z bólem w sercu mijając leżących Poległych

na Polu Chwały.

Jadąc bocznymi, polnymi drogami przejeżdżaliśmy przez osiedla

wsie i miasteczka w którym rozlepiono obwieszczenie o treści

– 9 –

zaprezentowanej na fotokopii stanowiącej zdjęcie nr 3. Oryginał

obwieszczenia jest w moim posiadaniu. Uwagę zwraca brak daty,

co jest dowodem przygotowania się hitlerowców do wojny z pruską

perfidią. Po raz pierwszy zostaliśmy zatrzymani 19.9.39 przez

żołnierzy Wermachtu koło Gosławic do których nas dorpowadzono

i tam zatrudniono przy rąbaniu drewna i xxxxxxx innych pracach

porządkowych. Uciekamy stamtąd we trójkę i ponownie wpadamy

w ręce Niemców w Czarkowie 21.9.1939 r.

Tym razem umieszczono nas na ogrodzonym terenie, lecz i stąd

uciekam po raz drugi. Internowany po raz trzeci, zostaję umieszczony

w obozie w Swarzędzu zlokalizowanym – o ile pamiętam – na terenie

fabryki mebli czy też tartaku. Tak mnie, jak i wprowadzonych na

teren obozu ograbiają niemieccy żołnierze z osobistych drobiazgów.

Zabrano mi wtedy zegarek na rękę, pieniądze i inne osobiste rzeczy.

Rano i wieczór otrzymujemy ciepłą kawę i po małym kawałku chleba,

na obiad – talerz ”zupy” z brukwi. Na podwórzu ustawiono karabin

maszynowy. Kontakt z miastem ułatwiają nam miejscowi członkowie

Polskiego Czerwonego Krzyża, którym od czasu do czasu udaje się

kupić i dostarczyć nam trochę żywności. Była to jednak przysłowiowa

kropla w morzu potrzeb. Spotykam tutaj profesora Weissa z Liceum

Ziemi Gostyńskiej, a także mieszkańców Łukaszewa położonego w pobli-

żu Pogorzeli. Trudno mi w tej chwili podać, ilu tam trzymano męż-

czyzn. Spaliśmy na niewielkiej ilości słomy – a w zasadzie na ziemi,

gdyż ze słomy zrobiła się sieczka – jedni tylko pod zadaszeniem,

inni w budynku o częściowo powybijanych oknach. Zorientowawszy się,

że są wśród nas ”wybrańcy”, których Wermacht zwalnia do domu,

wymieniliśmy pomiędzy sobą adresy i ustaliliśmy, że kto wcześniej

opuści obóz powiadomi najbliższych o aktualnym miejscu pobytu.

– 10 –

Zaczęła si nasza rejestracja. Pod gołym niebem ustawiono kilka

stolików, przy których zasiedli wermachtowcy w towarzystwie cywilów.

Nas ustawiono w długich szeregach i każdy, podchodząc do stolika,

był obowiązany podać swoje imię i nazwisko, zawód oraz nazwę

powiatu, w którym zamieszkuje. Nie chcąc rozdzielać się z profesorem

Weissem podaliśmy wspólnie z Januszem Kosem, moim kolegą, wiernym

towarzyszem wędrówek i ucieczek, że powiatem naszym jest Gostyń,

a nie jak faktycznie było – Krotoszyn.

Jak się okazało rejestracja była zarazem selekcją obozowiczów.

Po podaniu nazwiska stojący lub siedzący przy stoliku cywil sprawdzał

czy nie figuruje ono w książeczce – wykazie osób wrogo ustosunkowa-

nych do hitlerowskiego reżimu. Osoby takie były wyłączane z szeregów

i pod eskortą wywożone samochodami ciężarowymi z terenu obozu. Taki

los spotkał jednego ze stojących przede mną współtowarzysza niedoli. Nazwiska jego niestety nie pamiętam. Wyłączono także żołnierzy

przebranych w cywilne ubrania. Tych rozpoznawano po krótko ściętych

włosach. Mnie natomiast spotkała inna ”przyjemność”. ”Dlaczego

śmiejesz się” – zwraca się do mnie niemiecki żołdak łamaną polszczy-

zną. ”Co, chciałeś iść na Berlin ?!” i to powiedziawszy ”poczęstował”

mnie sążnistym kopniakiem oraz epitetem ”Du polnische Schweine”.

Po zarejestrowaniu zgrupowano nas według powiatów i zmieniono miej-

sce pobytu, przenosząc nas z budynku do wiat. Najgorsze były noce.

Zimno dokuczało nam, a ogrzewaliśmy się jeden od drugiego.

W międzyczasie zwolniono mieszkańców Łukaszewa. Miałem więc nadzieję,

że moi Rodzice dowiedzą się, gdzie jestem i podejmą jakieś kroki w

celu zwolnienia mnie z obozu. Tak też się stało. Ojciec mój uzyskał od

burmistrza Thorenza w Pogorzeli odpowiednie pismo oraz przepustkę-

zezwolenie na wyjazd konnym wozem /bryczką/ do Swarzędza. Czynności

związane z wyjazdem podjął zrealizować się Wojciech Klamecki.

Udał się on do Swarzędza, był na terenie obozu, wywołano moje na-

– 11 –

zwisko – niestety bezskutecznie, gdyż przed jego przyjazdem wywie-

ziono nas z obozu, wręczając każdemu przepustkę. Załadowano nas na

dwa samochody wojskowe ciężarowe, odpowiednio wtłaczając nas na

nie i przydzielając eskortę wojskową. Jak zapowiedziano, wieziono

nas do Gostynia za przez Poznań. Nie bardzo wierzyliśmy oświadczeniom,

lecz tym razem okazały się one prawdziwe. Przez Wartę przewieziono

nas promem. Mosty były zniszczone. Samochody wiozące nas zatrzymały

się na ulicy przy której zlokalizowane było kino Kałamajskiego

/chyba o nazwie ”Apollo” /. Mieszkańcy Poznania widząc nas stło-

czonych na samochodach i pod eskortą rzucali pytania: ”skąd i dokąd

was wiozą”. Odpowiadaliśmy, że z obozu i do Gostynia. Był to ostatni

dzień września 1939 roku. Na samochody przechodnie wrzucali chleb,

bułki, kiełbasę, mimo sprzeciwu ze strony niemieckiej eskorty.

Długo będę pamiętał zatroskane twarze poznańczyków i ich samorzutną

pomoc. Przed i za samochodami zebrał się tłumek ludzi. Wzajemna

wymiana informacji i – jedziemy dalej. Dowieziono nas do Gostynia,

wyrzucono z samochodów i ulokowano w budynku przy ul.Leszczyńskiej.

Po przenocowaniu sprawdzono obecność według list, gdyż zapowiedzia-

no, że jeśli ktoś ucieknie, wówczas całą grupę spotka kara.

Nie określono jaka. Wszystko jednak było w porządku. Pożegnaliśmy

się ze współtowarzyszami i wraz z Januszem Kosem idziemy pieszo do

Pogorzeli. Czekał nas 18 kilometrowy marsz. Zdążyliśmy dojść do

skrzyżowania ulicy Leszczyńskiej z Kolejową i już nas zatrzymano.

Zaprowadzono do restauracji Jezierskiego przy ul.Kolejowej,

zajętej przez Wermacht, wylegitymowano i po okazaniu przepustek –

zwolniono. Na chwilkę wpadliśmy do Pieprzyckich, chcąc

zasięgnąć informacji, co się dzieje i czy nie mają wieści z Pogorze-

li. Nie zastaliśmy niestety mago mego kolegi, Helindora Pieprzyckiego,

z którym razem zdawałem maturę i z ”duszą na ramieniu” ruszyliśmy

do Pogorzeli. Przecież będąc w straży obywatelskiej

– 12 –

trzymaliśmy w szachu mniejszość niemiecką zamieszkałą w Pogorzeli

i jej okolicach – innymi słowy mówiąc – ”narozrabialiśmy”.

W Elżbietkowie odległym ok. 2 km od Pogorzeli dowiedzieliśmy się,

że w Pogorzeli panuje względny spokój, chociaż niemiecka żandar-

meria i niektórzy koloniści niemieccy dawali się we znaki Polakom.

W pierwszą noc po opanowaniu Pogorzeli przez hitlerowców xxxx

obudzono mego ojca z pytaniem ”wo ist Sohn?” /”Gdzie jest syn?”/

Byłbym chyba wtedy bardzo biedny, gdybym został i gdyby mnie

wyciągnęli z domu. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Rodziców

Janusza Kosa. Wieść o naszym powrocie rozeszła się bardzo prędko

po Pogorzeli jeszcze wtedy, kiedy byliśmy w Elżbietkowie. Radość

naszych Rodziców była ogromna, a ja pamiętam męski, mocny uścisk

dłoni mego ojca wtedy, gdy wyruszaliśmy z Pogorzeli w nieznaną

dal w ów wieczór 6 września 1939 r. i wtedy gdy mnie witał po

powrocie…. Nastrój ogólny przygnębiający. Część naszego budynku

tj. sala i dwa duże pokoje zajęte były przez Wermacht, a rodzicom

pozwolono jeszcze prowadzić restaurację. Ja zmieniłem zawód

i przekształciłem się w rolnego robotnika. Dnia 2.10.1939 r.

przed wieczorem przyszedł do restauracji kolonista niemiecki

Etmann, zamieszkały w Pogorzeli z bronią na ramieniu i z opaską

oznaczoną swastyką hitlerowską na rękawie. Rozmawiał z ojcem

a następnie ze mną. Miał do mnie pretensje o to, że zbyt mocno

”szarpałem” drzwiami od jego domu wtedy, gdy będąc na początku

września w straży obywatelskiej, sprawdzałem czy przestrzega

godziny policyjnej i czy jest w domu. Na wezwanie nie otworzył

drzwi, więc nie było innego wyjścia jak wyważyć drzwi i w ten

sposób sprawdzić jego obecność. W mieszkaniu go nie zastaliśmy,

a młodszy jego brat udzielił nam informacji, że jest on poza domem.

– 13 –

Wezwany następnego dnia do magistratu został ponownie pouczony

o tym, że nie wolno muo opuszczać mieszkania po godzinie policyjnej

i chyba tylko dlatego ograniczył swoje żądania wieczorem dnia

2.10.39 r. do zwrotu kosztów naprawy drzwi w wysokości 10 złotych.

Miejscowym Niemcom, wojsku i żandarmerii musieliśmy ustępować,

miejsca, schodzić z chodników na ulicę i przed każdym z nich zdejmo-

wać nakrycia głowy. Stacjonujący w budynku moich Rodziców Oddział

Wermachtu brał zakładników. Każdego dnia dwóch mieszkańców Pogorzeli przetrzymywano pod strażą w jednym dodatkowo zajętym

pokoju, a wszystkim Polakom było wiadomo, że gdyby zginął ktoś

z Niemców, wówczas zakładnicy zostaną rozstrzelani. Powracających

do domu żołnierzy i cywilów – mężczyzn zatrzymywała żandarmeria

hitlerowska stacjonująca w Pogorzeli wspólnie z niektórymi koloni-

stami z Głuchówka /Gappowie/ i zmuszała do pracy w majątku ziemskim

hrabiego Tyszkiewicza. Niektórych zamordowano. Nazwisk ich nie pa-

miętam. Polska ludność Pogorzeli, a wśród nich i ja, informuje po-

wracających o aktualnym stanie i-ostrzegając – wskazuje drogi, którymi

mogą przechodzić omijając Pogorzelę. Jakież było moje zdziwienie

a jednocześnie jaka ogarnęła mnie radość, gdy pewnego październikowego

dnia zjawił się u nas w mundurze polskiego żołnierza mój Kolega –

Kalikst Jankiewicz z Gostynia, z którym w maju 1939 r. zdawałem

maturę. Okazało się, że miał więcej szczęścia ode mnie, gdyż walczył

jako ochotnik w szeregach Wojska Polskiego z hitlerowskim najeźdźcą.

Naszej grupie nie udało się wstąpić w szeregi walczącego Wojska.

Byłem szczęśliwy, że Go nie aresztowano w Pogorzeli. Zdjął mundur,

ubrał się w swoje cywilne ubranie i udał się do Gostynia, swego

rodzinnego miasta.

– 14 –

W październiku 1939 r. przywieziono do Pogorzeli pierwszych wysie-

dlonych z Jarczewa i Baszkowa, pow.jarocińskiego. Umieszczono ich

w budynku szkolnym zlokalizowanym w rynku. Mieszkańcy Pogorzeli,

a wśród nich i ja organizujemy dla nich pomoc. Do Pogorzeli docie-

rają ludowe hiobowe wieści o rozstrzeliwaniach w Mosinie /20.10.1939 r./

i w Gostyniu oraz Krobi /21.10.1939 r./. W Mosinie rozstrzelano

między innymi Śp. Antoniego Roszczaka, powstańca wielkopolskiego –

brata mojej matki, natomiast w Gostyniu między innymi Śp. Leona

Kapcię /dyrektora Gimnazjum i Liceum Ziemi Gostyńskiej/, Śp. Roma-

na Weissa /profesora tegoż gimnazjum, z którym byłem w obozie

w Swarzędzu/, Śp. Mieczysława Hejnowicza, ojca mojej koleżanki

z Liceum. W Mosinie rozstrzelano 15 obywateli polskich, a w Gosty-

niu – 30 osób. Falą rozstrzeliwań objęto także inne miejscowości

Wielkopolski /vide: Szymon Datner – ”55 – dni Wermachtu w Polsce”-

Warszawa 1967 r./.

W międzyczasie wraca do domu rodzinnego w Pogorzeli moja siostra

Leokadia, która po otrzymaniu dyplomu lekarza /od 15.6.1939 r./

odbywała staż w Klinice położniczo-ginekologicznej w Poznaniu.

Tam, w dniu 1.9.1939 r. przeżyła bombardowanie kliniki przez

hitlerowskie lotnictwo. Hitlerowcy zwolnili 15.11.39 r. wszystkich

polskich lekarzy i pielęgniarki, a siostra via Mosina

przyjechała do Pogorzeli, przywożąc ze sobą czwórkę dzieci po

rozstrzelanym śp.wuju Antonim Roszczaku. Żonę rozstrzelanego,

Walentynę, hitlerowcy trzymali w więzieniu. Półsieroty zabrali

dziadkowie Jadwiga i Roch Roszczakowie.

Za radą siostry Leokadii, która była świadkiem wysiedleńń w Pozna-

niu, uszyto nam worki w formie plecaków, by na wszelką ewentualność

można było zabrać najniezbędniejsze osobiste rzeczy. O mających

nastąpić wysiedleniach w Pogorzeli krążyły pogłoski, a potwierdził

to w wielkiej tajemnicy jeden z niemieckich żołnierzy /Bawarczyk/

– 15 –

w rozmowie z moim ojcem wskazując, że na liście przewidzianych do

wysiedlenia znajdujemy się i my. W tym stanie rzeczy rozpoczęliśmy

przygotowania na tego rodzaju ewentualności. Bardziej wartościowe

ruchomości zostały złożone w jednej z piwnic, do której wejście

zostało zamurowane. Do dziadków Roszczaków zawiozłem kilka worków

mąki i inne artykuły żywnościowe pierwszej potrzeby.

W późniejszym okresie – po naszym wysiedleniu – hitlerowcy odkryli

naszą skrytkę w piwnicy i zabrali znajdujące się tam rzeczy.

Dnia 9 grudnia 1939 r. o godz. 1650 wchodzą do restauracji żandar-

mi hitlerowscy i oznajmiają Rodzicom, że z tą chwilą przestają być

właścicielami swego majątku, który przechodzi na własność Rzeszy.

Pozwalają na zabranie wcześniej już przygotowanych osobistych rzeczy

zapakowanych w workach – plecakach. Żandarmi chodzą do restauracji

za bufet, nalewają sobie do kielichów wódki gatunkowe, zabierają

od ojca pęk kluczy i w ciągu 10 minut tj. o 1700 opuszczamy dom.

Ojciec trzymał się dzielnie, matce spłynęły kilka łez po policzkach.

Przed domem oczekiwał na nas wóz, który zawiózł nas i nasze rzeczy

na punkt zborny – na salę Borońskiego około stacji kolejowej.

Naszego dziadka Rocha Roszczaka, ojca mej matki, który przyszedł

do nas podczas wysiedlenia ”grzecznie” wyproszono. Stał biedny

na ulicy i płakał n jak dziecko. Ze zbornego punktu co bardziej

przedsiębiorczy wybrali się jeszcze do swoich domostw, by zabrać

ciepłą odzież, pierzyny, koce i inne drobiazgi. Wyprawy te, orga-

nizowane ”złodziejskim stylem” w większości przypadków zakończyły

się powodzeniem. W naszym domu, jako że była restauracja, hitlerowscy

żołdacy dobrali się do zapasów alkoholowych i byli pijani, co ułat-

wiło zabranie jeszcze ciepłej odzieży i innych drobiazgów.

Wysiedleniem z Pogorzeli objęto następujące rodziny: Buszów, Bole-

wickiego Jana, Mikstackiego Stanisława, Mikstackiego Antoniego,

Pieweckiego Bronisława, Foltynowicza Stanisława, Sierszulskiego

Kazimierza, Sierszulskiego Michała, Przybylskiego Aleksandra.

– 16 –

Wiek wysiedlonych: od dwóch do siedemdziesięciu lat.

Następnego dnia tj. 10.12.1939 r. załadowano wysiedlonych z Pogorzeli

i wysiedlonych wcześniej, a przebywających w Pogorzeli na wozy i za-

wieziono pod eskortą do odległego o 18 km Koźmina. Ojciec żegnał

własny dom zdjęciem czapki i schyleniem głowy, a do tego samego

nakłoniła mnie moja Siostra Leokadia, najstarsza z rodzeństwa.

W czasie drogi padał śnieg. Tu zapakowano nas do pociągu – oddzielnie

mężczyzn, oddzielnie kobiety z dziećmi i zaczęła się podróż w niezna-

ne. Podróż nie należała do przyjemnych. Nasz transport był o o tyle

w szczęśliwym położeniu, że większość wagonów była wagonami osobowymi.

Tłok panował bardzo duży, a eskortujący nas hitlerowcy nie troszczyli

się o jedzenie dla nas. Transport skierowano na Łódź, a w Warszawie

minęliśmy transport wysiedlonych z innych stron Wielkopolski.

Tamte transporty składały się wyłącznie z wagonów towarowych.

Podróż nasza trwała do godz. 1700 dnia 11 grudnia 1939 roku. Wtedy

to nasz transport zatrzymano na stacji Łaskarzew i tu nastąpił wyła-

dunek. Zgnębieni, ale zadowoleni z tego, że już na miejscu i że

blisko są lasy, więc o opał nie będzie trudno w okresie zimy.

Ulokowano nas wczesnym wieczorem u gospodarzy w Pilczynie. Rozloko-

waniem zajął się osobiście wójt gminy Łaskarzew – wieś, Paziewski

Filip. Nas przygarnął .Paziewski Stanisław. Wszyscy wysiedleni

zostali przyjęci bardzo ciepło i serdecznie. Serca gorące miejscowej ludności

i jej pomoc były osłodą tych koszmarnych dni.

Przyjęcie serdeczne, pełne zrozumienia i obywatelskiej postawy.

Dla nas młodych – a zwłaszcza dla mnie – zaczął się okres ”wielkiej

przygody”, a u wszystkich rodziło się pragnienie zemsty za doznane

już upokorzenia, za tych których okupant rozstrzelał w Gostyniu.

– 17 –

Krobi, Mosinie. O rzeczywistości pozostawionej w Poznańskiem skrzętnie

informowaliśmy tych, którzy nas otoczyli opieką i podali ręce, ręce

przyjazne i polskie w nowej, trudnej rzeczywistości. W zamian otrzy-

maliśmy wiadomości o dniach Września 1939 roku na tym terenie, o bo-

haterstwie polskich obrońców Łaskarzewa, o popełnionych przez hitle-

rowców zbrodniach oraz wskazania, jak i co robić by możliwie najszy-

bciej dostosować się do nowych warunków bytowania.

Następnego dnia wyprawa do Łaskarzewa. Po drodze, na odcinku pomiędzy

torem a Łaskarzewem po prawej stronie kierunku marszu mijamy groby

poległych najeźdźców. Widok ten stawał się balsamem i napawał wewnę-

trzną radością w przeciwieństwie do widoku grobów naszych żołnierzy,

który rodził ból i chęć zemsty. Spotykając tubylców dzieliliśmy się

swoimi odczuciami, przekazywaliśmy nasze odczucia odwetu i wyrażaliś-

my nadzieję, że …. tylko ”do wiosny”.

Już z dala były widoczne były sterczące kominy spalonych domów Łaskarzewa,

który w wyniku walk obronnych w dniach 15-17 września 1939 roku

został zniszczony chyba w 90 % przez nacierającą dywizję pancer

ną Kempfa /vide: Apoloniusz Zawilski – ”Bitwy Polskiego Września –

Warszawa 1972 – tom I str.356/. Rozmiar zniszczeń Łaskarzewa obrazują

zdjęcia nr 5, 6, 7, 8 i 9 wykonane przeze mnie w 1940 roku. oraz nr 4 i 10

Walkę obronna podjęło około 20 naszych żołnierzy osłaniając odwrót

grupy gen.Andersa, który w dniu 14 września 1939 roku zatrzymał się

w Łaskarzewie w domu przy ul. Duży Rynek 4. Dnia 15 września 1939 r.

w godzinach popołudniowych podjechał ze strony Przyłęka czołg niemiec-

ki i z rejonu wiatraka ostrzelał Łaskarzew, w którym stacjonowały xxx

jeszcze oddziały naszego wojska i wycofał się. Około 1700 na rynek

w Łaskarzewie wdarły się cztery czołgi niemieckie, a w ulicę Garwo-

lińską hitlerowcy nam motocyklu. Czołgi, po ostrzelaniu rynku i wylotów ulic wycofały się, a motocykl został zlikwidowany wręcz z żołnie

rzami Wermachtu. Z kolei na Łaskarzew spadły artyleryjskie pociski

wroga. 16 września 1939 r. hitlerowcy spalili ogniem artylerii

– 18 –

Gorczycew /przedmieście Łaskarzewa/, a grupa obrońców przy współuxxx

dziale mieszkańców Łaskarzewa przystąpiła do budowy barykad. Dnia

17 września 1939 roku po huraganowym ogniu artyleryjskim hitle-

rowcy wkraczają do palącego się Łaskarzewa, rozstrzeliwując 54

osoby. Ofiarą zbrodni padli /według Szymona Datnera ”55 dni Wermach-

tu w Polsce”, Warszawa 1967, str.417/418/:

1. Brzostowski Szymon lat 55, rolnik

3. Gąska Jan ” 68 szewc

3. Grzechnik Marian ” 30 wyrobnik

4. Guzewicz Ludwik ” 50 szewc

5. Górka Józef ” 35 cieśla

6. Jabłoński Stanisław ” 58 murarz

7. Jóźwicki Jan ” 56 rolnik

8. Kopik Józef ” 42 cieśla

9. Kwiatkowski Emil ” 32 szewc

10. Kwiatkowski Franciszek ” 53 szewc

11. Majewski Piotr ” 31 stelmach

12. Olewiński Ludwik ” 27 stolarz

13. Paśnicki Franciszek ” 52 rolnik

14. Paśnicki Jan ” 70 rolnik

15. Paśnicki Wiktor ” 45 garncarz

16. Poboży Antoni ” 75 rolnik

17. Proczek Michał ” 45 wyrobnik

18. Rybicki Stanisław ” 35 rolnik

19. Sierański /?/ Stanisław ” 70 rolnik

20. Sobieski Franciszek ” 70 kolejarz

21. Włodziński Adam ” 70 szewc

22. Zając Wacław ” 32 kelner /z Grójca/

23 i 24.NN ” 35 adwokat z Grudziądza i lat 30 jego żona

25. Arnson Izaak

– 19 –

26/27 Bratsztajn Żelek i jego żona

28. Fajnwake Mojżesz

29. Fajnwake

30. Fajnwake

31. Fajnwake

32. Gelibter Rachmiel

33. Marek Izaak

34. Witman Beniek

35-54.NN

W wyniku walk obronnych o Łaskarzew polegli względnie zmarli

w wyniku odniesionych ran poza rejonem Łaskarzewa i zostali pocho-

wani na cmentarzu w Łaskarzewie:

szer. Antoni Bogdan

szer. Wacław Zając

bomb. Mieczysław Kobyliński

st.st.p.p. Aleksander Niedźwiedź

szer. Stefan Wiejach

10 nieznanych żołnierzy

ppor. Tomasz Olczewski

kapr. Bolesław Piotrowski

5 nieznanych żołnierzy

szer. Leon Radowski

kapr. Tadeusz Tokarski.

Groby ich prezentuje zdjęcie nr 8 w kolejności wyżej wskazanej

od strony lewej do prawej /bez grobu kaprala Tadeusza Tokarskie-

go niewidocznego na zdjęciu i bez grobu por. Jabłkowskiego z War-

szawy ekshumowanego przez rodzinę, dowódcy i organizatora walk

obronnych w Łaskarzewie/.

– 20 –

Dnia 28 listopada 1939 roku w lesie koło miejscowości Śliz gminy

Łaskarzew okupant rozstrzelał 27 Żydów. Wśród rozstrzelanych

znajdował się Maks Nejman, felczer. Dane o tej zbrodni

zamieszczone zostały w tomie XI pod poz.194 Biuletynu Głównej

Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce.

Tak więc i mieszkańcom tych okolic nie były obce zbrodnicze

poczynania hitlerowskiego najeźdźcy.

Dnia 16 grudnia 1939 roku opuszczamy gościnne progi naszych

pilczyńskich gospodarzy i przenosimy się do szkoły rolniczej

w Izdebnie. Kierownictwo szkoły otoczyło nas troskliwą opieką.

W skład grona nauczycielskiego wchodziły: Helena Skarżyń-

ska, kierowniczka szkoły, Franciszka Jagmin, Jadwiga Olińska

i Miarczanka. Były to gorące patriotki. W szkole było kilka

uczennic, lecz jeden budynek oddano do dyspozycji nam – wysie-

dlonym. Zamieszkiwali tam także wysiedleni z Baszkowa.

Rodzina nasza oraz Buszowie terytorialnie została przydzielona

do gminy Maciejowice, do wsi Oblin, mimo to – nie chcąc być jej ciężarem – zamieszkaliśmy

w szkole. Oznaczało to, że wieś ta została obciążona tylko dodatkowym

ciężarem utrzymania nas, bez obowiązku dostarczenia mieszkań. Okolice biedne,

ale gorące serca ich mieszkańców w tym najtrudniejszym dla nas okresie,

jak już wspomniałem, wyciągnęły przyjazne dłonie. Bez żadnej

odpłatności dawano nam żyto i ziemniaki oraz furmanki do prze-

wiezienia ich z Oblina do Izdebna. Zima 1939/1940 roku, jak

i następne okupacyjne zimy były bardzo ostre lecz dzięki

przyjaznemu i bardzo życzliwemu ustosunkowaniu się miejscowej

ludności oraz władz powiatu i gminy Łaskarzew oraz Maciejowice,

– 21 –

nie odczuwaliśmy negatywnych jej skutków. Opiekę z urzędu i patrio-

tycznego obowiązku zorganizowali: Paweł Michalik, sekretarz

samorządowy starostwa garwolińskiego oraz Filip Paziewski, wójt

gminy Łaskarzew – wieś i Antoni Łapacz, sekretarz tej gminy.

Nazwisk wójta i sekretarza gminy Maciejowice niestety nie pamiętam.

Dużo życzliwości okazywali nam ponadto: ksiądz proboszcz Henryk

Przesmycki z Łaskarzewa, Kazimierz Smożewski – komendant tzw.

granatowej policji w Łaskarzewie oraz kierownik szkoły w Izdebnie –

Janiszewski. Na samowolną ścinkę drzew w lesie niezbędnych

dla nas na opał z przymrużeniem oka patrzyli Teodor Pawłow,

leśniczy i gajowi z gajówek izdebieńskich, których nazwisk nie pa-

miętam. Węglem dzieliła się z nami Helena Skarżyńska. Nawiązywa-

liśmy nowe znajomości, poznawaliśmy nowych ludzi, a nam młodym

z łatwością przychodziła asymilacja zarówno z młodzieżą, jak i ze

starszymi wiekiem mieszkańcami. Przemierzanie takich

odległości jak, Izdebno-Garwolin, Izdebno-Maciejowice-Oblin,

Izdebno-Łaskarzew następowało w okresie zimy 1939/1940 przeważnie

pieszo.

Pozostałym w Poznańskiem naszym rodzinom mogliśmy podać nasze

adresy i wiadomości o nas i od nas. Stamtąd wieści nie były pomyśl-

ne. W Pogorzeli aresztowano szereg osób i przewieziono je do Poznania do

słynnego Fortu VII. Wiadomość ta z jednej strony

przygnęgiła nas, a z drugiej zaś nakazała wzmożenie czujności

w trosce o bezpieczeństwo. Na szczęście – nas tym razem pozosta-

wiano w spokoju. Wieści z zagranicznych ośrodków informacyjnych

dochodziły do nas z Poznańskiego w listach pisanych mlekiem

między wierszami pisanymi atramentem. Listy takie otrzymywał

– 22 –

Władysława Busza bez nazwiska nadawcy. Wywoływanie ”sekretnego”

pisma odbywało się nad lampą naftową lub świecą i połączone było

zawsze z dreszczykiem emocji. Poza nimi były słowa szeptane, wia-

domości podawane z ust do ust a później – wiadomości drukowane

w konspiracyjnej prasie. Przynosił je początkowo mój ojciec, a

czytane były z zapartym tchem i kolportowane wśród naj-

bliższych. Z radością patrzyłem na kolportujących i z uznaniem

myślałem o redaktorach. Ale gdzie ich szukać, jak do nich dotrzeć?

Nie chciałem być tylko biernym konsumentem, chciałem pracować

w konspiracji i być czynnym jej członkiem, nie czekałem na to

długo. Przysięgę złożyłem, trzymając dwa palce na małym krzyżyku –

krucyfiksie, otrzymanym od swej matki przed wyruszeniem w daleką

drogę w ów wieczór 6 września 1939 roku. Odbierającą przysię-

gę była moja siostra Leokadia, lekarz. Tak więc znalazłem się

w szeregach Związku Walki Zbrojnej /ZWZ/. Na razie miałem czekać

dalszych wskazówek i rozkazów, a pseudonim, jaki obrałem to ”Ira”

łaciński ”gniew”. O zasadach konspiracji niewiele wiedziałem

poza tym, że należy walczyć wszelkiego rodzaju dostępnymi środka-

mi z okupantem przy zachowaniu ostrożności i przebiegłości w dzia-

łaniu. Mimo, że przysięgę złożyłem w styczniu 1940 roku za oficjal-

ną datę rozpoczęcia swej działalności konspiracyjnej uważam

czerwiec 1940 r., o czym piszę dalej. Miałem czekać, ale czekanie

stało się bardo męczące. Chciałem działać, a rozmowom na temat

form i metod działania nie było końca. Dlatego z radością przyjąłem

propozycję Hieronima Buszy o zorganizowaniu wśród miejscowych

wysiedlonych nauczania z zakresu pierwszej klasy gimnazjum. Prze-

kazywaliśmy posiadane wiadomości pięcioosobowemu gronu młodzieży

przez okres początkowych kilku miesięcy 1940 roku.

– 23 –

Niezależnie od tego odbieram przysięgę od mojej siostry Heleny,

która przyjmuje pseudonim ”Maria” oraz nawiązuję kontakty ze

Stanisławem Jarzyną, zamieszkałym na kolonii Izdebno w bliskim

sąsiedztwie szkoły, a ponadto z mieszkańcami wsi Izdebno:

Władysławem Paziewskim i Stanisławem Markuszewskim, który – jak

twierdził – był osobistym kierowcą generała Thomme i brał

udział w obronie Modlina – oraz z chłopcami wysiedlonymi, których

nazwisk nie pamiętam. Jeden z nich uruchomił radio zasilane

z mokrych ogniw, z którego można było czasami posłuchać Londynu.

Jestem także dość częstym gościem kierownika szkoły w Izdebnie,

Janiszewskiego. Władysław Paziewski i Stanisław Markuszewski

niebawem ”ukrywają się”, lecz za ich pośrednictwem poznaję innych

mieszkańców wsi Izdebno, z których najbardziej odpowiadają mi oo ci,

którzy mieli poza sobą kampanię wrześniową. Od Stasia Markusze-

wskiego, przed jego wyjazdem dostaję w prezencie ”Podręcznik do-

wódcy drużyny strzeleckiej”. Ze Stasiem Jarzyną postanawiamy na

własną rękę szukać broni i gromadzić ją w miejscach nam tylko zna

nych. Teren penetrujemy w dzień, czynności z wykopywaniem i prze-

noszeniem – w nocy. Tym sposobem znalazł się w moim ręku pierwszy

”okupacyjny” karabin, ucałowany przeze mnie i – amunicja do

niego.

Z respektem omijamy pozostawione przez nasze Wojsko pociski

artyleryjskie. Z lasu koło Romanowa wykopujemy podstawę do

ckmu, od Zamulskiego otrzymujemy taśmy do ckm-u.

W komórkach pamięci odtwarzałem wiadomości uzyskane podczas

szkoleń licealnych przedwojennych godzinach lekcyjnych przy-

sposobienia wojskowego. Dodatkową pomocą to wspomniany wyżej

podręcznik dowódcy drużyny. Szkolimy się sami we dwójkę w ta-

jemnicy przed rodzeństwem Stasia, a zwłaszcza przed jego ”wścibskim”

bratem Józefem, lecz za cichą i pełną aprobatą jego ojca i matki

– 24 –

Dom Jarzynów i teraz, i w późniejszym okresie był jednym z na-

szych punktów kontaktowo-wypadowych.

Równolegle do kontaktów ”izdebiańskich” nawiązuję kontakty ”urzę-

dowe” i konspiracyjne w Łaskarzewie oraz w Garwolinie.

W Łaskarzewie ”urzędowe” kontakty utrzymuję z sekretarzem gminy

Łaskarzew – wieś, Antonim Łapaczem i komendantem posterunku policji

granatowej w Łaskarzewie, Kazimierzem Smożewskim. Wymienieni

są bardzo czynni w udzielaniu opieki nam wysiedlonym w sabotowaniu

zarządzeń okupanta. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że niedaleka

przyszłość zwiąże mnie z nimi w dalszej pracy konspiracyjnej.

Za pośrednictwem wysiedlonych Piweckich k zamieszkałych

w Łaskarzewie poznaję Józefa Frycza, który – jak się okazało –

pracował w II Oddziale SG /w ”Dwójce”/ na terenie polskiego

Śląska i stamtąd jako ”spalony” przedarł się przez nowoutworzo-

ną granicę z ”Reichen” i dostarł do Łaskarzewa, gdzie zamieszkał

u swego brata, Aloizego Frycza . W gronie naszym przyjął on

pseudonim ”Józefina”. Wspominam o nim, dlatego że udzielił nam

szereg rad i wskazówek o zasadach organizacji konspiracji

i dywersji. Od niego przyjęliśmy zasadę tworzenia ”trójek” lub

”piątek”. Zasada ta polegała na tym, że tworzyliśmy grupy kon-

spiracyjne złożone z trzech względnie pięciu osób – w zależności

od okoliczności i potrzeb. W początkowym okresie ograniczenia organizowania

konspiracji było to o tyle ważne, że w przypadku ”wsypy” system

ten ograniczał teoretycznie zasięg ”spalonych”. Każda ”trójka”

lub ”piątka” miała swego dowódcę, a każdy z grupy miał swoją

funkcję i prawo doboru – w ”trójce” dalszych dwóch członków,

– 25 –

a w ”piątce” – dalszych czterech członków. Dobierający stawał się

automatycznie – po skompletowaniu nowej ”trójki” lub ”piątki”

jej dowódcą. W ”trójce” lub w ”piątce”, tworzącej łańcuch ogniw

konspiracyjnych obowiązkiem dowódcy było kierowanie grupą i jej szko-

lenie, a także funkcje jak zaopatrzenie w broń i jej konserwacja

oraz w amunicję, sprawy sanitarne i inne przydzielane były jej

poszczególnym członkom. Podział funkcji uzależniony był w zasadzie

od zadań, do jakich dana grupa /”trójka” lub ”piątka”/ została powo-

łana. ”Józefina” zwracał uwagę na konieczność dalszego rozszerzania

działalności konspiracyjnej w oparciu o te zasady oraz zalecał doko-

nanie reorganizacji w szeregach dotychczas zwerbowanych do konspira-

cji.

W latach 1942- i 1943 w miarę tworzenia większych oddziałów party-

zanckich i oddziałów dywersyjnych zasadę tą ograniczono do służb

łączności, wywiadu, kwatermistrzostwa sanitarnych i innych pomoc-

niczych.

Informacji, jakich udzielał nam ”Józefina” słuchaliśmy, jak bajki

o ”żelaznym wilku”, nie dając im wiary. Wojna miała być przecież

krótkotrwała, a tymczasem to, co nam przekazywał wskazywało, że

potrwa kilka lat. Uprzedzał, że nie należy przejmować się sukce-

sami hitlerowskich Niemiec. Rozprzestrzeniany przez nie teatr

wojny doprowadzi bowiem w konsekwencji do ich upadku.

Po kontaktach ”urzędowych” w Łaskarzewie przychodzi kolej na

kontakty konspiracyjne i w Łaskarzewie, i w Garwolinie.

W styczniu 1940 roku nawiązuję kontakt z kol. Wacławem

Czajką, ps. ”Zamorski” vel ”Zocha”, vel ”Orle Oko” wysiedlonym

– 26 –

z Poznańskiego. Od niego otrzymuję dla ”Marii” /Heleny Przybyl-

skiej – I voto Łapacz, II voto Wojtek Wołek/ polecenie podjęcia zbiera-

nia informacji na zamieszkiwanym terenie o działalności gospodar-

czej okupanta, nastrojach ludności miejscowej, zbrodniach okupanta

i innych jego poczynaniach, stosownie do otrzymywanych wytycz-

nych i poleceń. Dla tych czynności w początkowym okresie punktem

kontaktowym była szkoła rolnicza w Izdebnie, a wiadomości i zebrane

materiały były pozostawiane w punktach kontaktowych na terenie

Garwolina z przeznaczeniem dla ”Zochy” /kol.Wacława Czajki/.

Wędrówki do Garwolina odbywaliśmy początkowo pieszo. Nie należały

one do przyjemnych zwłaszcza w okresie zimy 1939/1940 i roztopów

wiosennych, mimo że od czasu do czasu korzystało się z uprzejmości

przygodnych gospodarzy jadących do Garwolina i zapraszających doj

zajęcia miejsca na wozie. W późniejszym okresie używaliśmy rowerów,

co znakomicie przyspieszało kontakty. Niektórzy łącznicy jak np.

kol.Jan Cichecki, ps. ”Janek” z Łaskarzewa pełniący funkcję łaczni-

ka pomiędzy Obwodem a Rejonem i Placówką korzystali z tego środka

lokomocji już wcześniej. Rowery były oczywiście rejestrowane, a

karty rowerowe otrzymywaliśmy z Gminy Łaskarzew. Moja znajomość

z ”Jankiem” zapoczątkowana została przez Antoniego Łapacza,

ps. ”Okrzejka”, sekretarza gminy Łaskarzew – wieś, o którym już

wspominałem przy opisywaniu kontaktów ”urzędowych”. Za ich pośred-

nictwem otrzymuję wiadomości o sytuacji politycznej,początkowo ustn

nie – później w formie prasy konspiracyjnej i jak mi się wydawało

na płaszczyźnie prywatnej znajomości. Jakież było moje zdziwienie,

gdy pewnego dnia otrzymuję od ”Janka” – już jako ”Ira” – polecenie

odebrania z punktu kontaktowego w Garwolinie pierwszej poczty

konspiracyjnej. Pierwszy raz pojechaliśmy we dwójkę. Całą drogę

powtarzałem hasło, po wypowiedzeniu którego otrzymałem we wskaza-

nym miejscu w którymś z kiosków – budek w Garwolinie zlikwidowanych zlokalizowanych

– 27 –

za mostem jadąc w kierunku Warszawy – pocztę, pierwszą konspira-

cyjną pocztę. Przypominam sobie, że hasło ni odpowiadało branży

kiosku i było dość abstrakcyjne.

Po przywiezieniu poczty z Garwolina /kryptonim ”Kolec”/ przeka-

zywałem ją w zależności od adresata bądź na punkt kontaktowy

w Łaskarzewie, bądź komendantowi Rejonu ”Ryba” – Antoniemu

Płatkowi ps.”Listek”. Punkt kontaktowy, do którego dostarczałem

pocztę zlokalizowany był w Łaskarzewie w mieszkaniu Wincentego

Sierańskiego /pseudonimu nie pamiętam/, położonym w jego budynku

przy ul. Piłsudskiego. Punkt o tyle dobry, że zlokalizowany na

bocznej ulicy, a właściciel budynku był szewcem, co znakomicie

maskowało doręczanie poczty.

Pocztę odbierano w różnych torebkach – opakowaniach ziół, w koper-

tach z ”gapą” j. Z nadrukiem urzędu Kreisland-

wirdta itp. – a dostarczano bądź w formie grypsów bądź kopert

ostemplowanych pieczątkami gmin względnie w zwykłych kopertach

i opakowaniach. Prasę konspiracyjna przenoszono w rulonach bądź

luzem przy niewielkiej jej ilości.

Dostarczając pocztę bezpośrednio do ”Listka” pobieraliśmy od

niego pocztę przeznaczoną dla komendanta placówki Łaskarzew-osada

którym był okresie od XII/1939 do VII/1944 . Wacław

Brzostowski, pseudonim ”Dąb” vel ”Granit” /od kwietnia 1943 r./

Funkcję łącznika pełniliśmy na przemian w latach 1940/1941

z ”Jankiem” w odniesieniu do Garwolina i komendanta rejonu,

a w rozszerzonym składzie o kol.Antoniego Jasińskiego ps.

”Prędki”, mojego ojca Aleksandra ps. ”Brzoza”, przyszłą moją żonę

Longinę Danutę ps.”Furor”, a ponadto w w przypadkach nagłych

i kol. Antoniego Brzostowskiego ps.”Grab” oraz innych kolegów.

– 28 –

czy koleżanek, dysponujących czasem. W kontaktach rejon – placówka

w awaryjnych dniach wykorzystywaliśmy do przenoszenia meldunków

także druha Kazimierza Józefa Majka, ps.”Długi lis” z Szarych

Szeregów.

Niebawem do mojej funkcji łącznika i kolportera prasy konspira-

cyjnej doszła nowa funkcja – powielaczowego. Na punkcie kontakto-

wym u Wincentego Sierańskiego otrzymałem polecenie zgłoszenia

się w określonym dniu i o wyznaczonej godzinie przed wieczorem

do Stefana Łuczyńskiego. Było to, o ile mnie pamięć nie zawodzi,

w początkach czerwca 1940 r. Stefan Łuczyński, podporucznik,

był nauczycielem w Łaskarzewie i zarazem opiekunem drużyny har-

cerskiej przy szkole w Łaskarzewie. Według posiadanych przeze

mnie informacji był on pierwszym komendantem ZWZ w Łaskarzewie.

Do pracy w konspiracji werbuje ludzi dojrzałych, a z młodzieżowej

grupy – harcerzy, którzy jego zdaniem odpowiadali trudnym warun-

kom pracy konspiracyjnej.

O wyznaczonej porze zameldowałem się u Łuczyńskiego . Poinfor-

mowałxxx mnie, że mam się zająć powielaniem – przedrukiem prasy konspiracyjnej,

której niedosyt był bardzo dotkliwy. Krótkie przeszkolenie o spo-

sobie korzystania z powielacza, dodatkowe instrukcje gdzie i od

kogo mam odbierać matryce oraz papier i z workiem pod pachą

opuszczam jego mieszkanie. W worku rzecz oczywista – powielacz

płaski. Czarną drukarską farbę rozprowadzał ręczny wałek, którym

pociągało się b.gęsto płótno /siateczkę/ osadzoną w prostokątnej

ruchomej ramce podnoszonej po każdym pociągnięciu. Na papierze

pojawiły się strony – odbitki konspiracyjnych wiadomości tygodnika

”Do Czynu”. Nakład sięgał początkowo kilkaset egzemplarzy, a kolpor-

taż obejmował tereny nadwiślańskie i położone na południe od Łas-

karzewa /Sobolew i inne miejscowości/. Było już ciemno, gdy z po-

  • 29 –

wielaczem dotarłem do szkoły w Izdebnie. Jak okazało się

Łuczyński zorganizował mój ”wypad” po powielacz z wszelkiego

rodzaju drobiazgami. O zmierzchu bowiem na terenie szkoły

wypuszczano trzy psy, które w ciągu dnia trzymano zamknięte

i wejście na teren szkoły w takich okolicznościach było dość

trudne. Tymczasem dozorca .Ludwik /nazwiska nie pamiętam/

przechadzał się po wewnętrznej drodze na terenie szkoły i gdy

mnie zauważył podszedł i oświadczył, że już teraz może wypuścić

psy, bo takie otrzymał polecenie od swej kierowniczki .Heleny

Skarżyńskiej. Kojarząc te fakty, doszedłem do wniosku /potwierdzo

nego później przez .H.Skażyńską/, że stronom zależało na

”bezszelestnym” rozpoczęciu powielania – przedruku w nowym miejscu – a szcze

kanie psów i utrudniony dostęp na teren szkoły – to p niepo-

trzebny alarm. Zmieniwszy kilka słów i wypaliwszy z Ludwi-

kiem papierosa wszedłem do mieszkania. Nasza rodzina mieszkała

już sama, gdyż .Buszów w przewidywaniu tej działalności

przeniesiono do innego mieszkania w tym samym budynku. Szczęś-

liwy i zadowolony rozpakowałem powielacz. Nareszcie coś kon-

kretnego, moim zdaniem, zaczęło się robić i – mimo że czynności

dotychczas wykonywane też były czynnościami konkretnymi –

czynność powielania – przedruku uznałem za początek swej pracy konspiracyj-

nej – tej prawdziwej konspiracyjnej, wychodząc z założenia, że

funkcja łącznika jest czynnością nader prostą, nieskomplikowana

i w miarę bezpieczną. Rzeczywistość miała okazać się jednak

inną, o czym miałem się możność przekonać w przyszłości.

  • 30-

Z techniką zakładania matryc na powielacz zapoznał mnie Antoni

Łapacz, ps.”Okrzejka”, pełniący funkcję sekretarza gminy

Łaskarzew – wieś. Xxxxxxx xx xxxxxxx xxxxxxxx xxxxxxxxxxxxx xxxxx

Zgłosiłem się do niego z egzemplarzem ”Do Czynu” i po wymianie

hasła i odzewu przystąpiliśmy do sporządzenia matrycy. Matryce

pisał ”Okrzejka” przy moim dyktandzie w godzinach popołudniowych,

po godzinach urzędowania gminy. Maszyna do pisxania wymagała

odpowiedniego przygotowania /oczyszczenia trzcionek, wyjęcie

taśmy maszynowej/, a samo pisanie matrycy – odpowiedniego roz-

mieszczenia tekstu.

Osłonę naszej pracy spełniał komendant posterunku granatowej

policji w Łaskarzewie Kazimierz Smożewski. Siedzibą posterunku

był ten sam budynek, w którym mieścił się urząd gminy Łaskarzew –

wieś. Dyżury swe Kazimierz Smożewski każdego tygodnia pełnił

zawsze bardzo chętnie, zapewniając nam bezpieczeństwo i swobodę

działania. Nie wiedział przy czym i nad czym pracujemy, zdawał

sobie z tego jednak sprawę, że spełnia swój obowiązek Polaka

walczącego z okupantem. Wielokrotnie skutecznie likwidował nie-

przewidziane i niezapowiedziane wizyty różnych niepożądanych gości

i interesantów, lecz w czasie niektórych bardzo natarczywych

musieliśmy przerywać sporządzanie matryc. Odbijanie matryc na-

stępowało nocą w szkole w Izdebnie, a po moim przeniesieniu się

do Łaskarzewa – w dzień. Tego okresu dotyczy zdjęcie nr 12,

na którym z lewej strony ujęty jest ”Okrzejka” wraz z ”Brzozą”

niosącym duże dwie ryzy papieru matrycowego do Izdebna. Zdjęcie zro-

bione w Alejkach w Łaskarzewie w lipcu 1940 r. Powielanie ”Do

Czynu” trwało do czasu, kiedy zaczęto wydawanie drukiem tygod-

nika o nowej nazwie ”Apel”. Poza wyżej wymienionymi kolportaż

obejmowała /bez przedruku/ ”Biuletyn Informacyjny” a w nielicz-

  • 31 –

nych egzemplarzach dostarczano nam ”Rzeczpospolitą”.

Przy odbijaniu któregoś tam z rzędu tygodnika założyłem matrycę

jednej strony odwrotnie d to znaczy górną część strony do dołu.

Będąc za kilka dni w Izdebnie otrzymuję od Boratyńskiego

/imienia nie pamiętam/ ”zdefektowany” egzemplarz xxxxxx ”Do Czynu”

z jedną odwrotnie odbitą stroną. Nie wnikałem jakimi drogami

dotarł do niego ten egzemplarz. Nie zdradziłem się, że treść

jego jest już mi znana, przeczytałem go z dużym zainteresowaniem.

Z cichą radością stwierdziłem, że prasa przechodząca przez moje

ręce, trafia w teren pomiędzy ludzi, xx niosąc słowa otuchy i

nadziei. Uzupełnieniem tygodników były wydawnictwa zbroszurowane,

na przykład zbiory wierszy o treści patriotycznej, śpiewniki itp.

oraz przepowiednie przepisywane ręcznie lub maszynowo.

Będący w moimp posiadaniu konspiracyjny tomik poezji ma rozdziały

zatxytuowane: ”Szlakiem Wojny” – ”Rok 1939” – ”Obrona Warszawy” –

”Okupacja” – ”Sprzymierzonym” – ”Na obczyźnie” – ”W Boju O Wol-

ność”.

W przedmowie od tego tomiku wierszy czytamy: ”Z nieznanych,

ukrytych drukarń, składane rękami nieznanych, bohaterskich

zecerów, te wiersze nieznanych bezimiennych pisarzy, niech

idą do czytelników nieznanych.

W ich drodze podziemnej jedno jest wiadome: że pisane były przez

Polaków i dla Polaków.

Powstały w wielkim obozie koncentracyjnym, zwanym Generalną

Gubernią, w katorgach kresów zachodnich i wschodnich, w tułacz-

ce po całym globie, podczas walk wrześniowych r.1939 i później,

na wszystkich frontach świata, gdzie toczy się walka o wolność.

  • 32 –

Powstały nie dla piękna słów, ani dla chwały poety, ale aby

świadczyć, co przeżywają Polacy. Dlatego różne są, a przecież

tak sobie bliskie.

Niech idą pełnić swą służbę bezimienną, pamiętać o tych co giną,

krzepić tych co walczą.”

Po przeprowadzeniu się ze/szkoły rolniczej z Izdebna do Łaskarze-

wa moja działalność konspiracyjna xxxxx nabiera rumieńców i rozma-

chu. Nowi ludzie, nowe kontakty, nowe zakresy działania konspi-

racyjnego, ukierunkowywane i spotęgowane wydarzeniami na zachod-

nim teatrze wojny w 1940 roku. Zajęcie Danii, Norwegii, Belgii,

Holandii, Luksemburga, upadek Francji i bezpośrednie zagrożenie

Anglii przez hitlerowskie Niemcy nie nastrajały optymizmem.

Z jednej więc strony wzmożona propaganda antyhitlerowska,

z drugiej stronye opanowanie swoimi ludźmi urzędów

gminnych, posterunków policji granatowej, spółdzielni rolniczo-

handlowych i innych nielicznych organizacji, na działalność których

zezwolił okupant. Nieprzerwanie prowadzona jest akcja gromadzenia

i konserwacji broni oraz amunicji, nieustannie płyną do Obwodu

meldunki o działalności okupanta, powstają nowe punkty kontaktowe,

powołuje się nowych łączników, tworzy oraz udoskonala sieć wywia-

dowczą i alarmową przeciwdziała się wywożeniu na przymusowe

roboty do Niemiec, organizuje się szkolenie sanitarne, magazynuje

się w terenie ziemiopłody, zaopatruje się ”spalonych” w fałszywe

dowody tożsamości tzw. ”kennkarty”, organizuje się akcje przeciwko

pojawiającym grupom bandyckim usiłującym pod pretekstem działal-

ności niepodległościowej wymuszać okupy pieniężne bądź rekwirować

mienie obywateli.

  • 3 3 –

W działalności placówki i rejonu ”Ryba” ZWZ – Armii Krajowej

dominuje dążenie do współpracy z innymi organizacjami niepodległoś-

ciowymi w zwalczaniu okupanta. Nie obce były mi kontakty z Chłop-

cami z Batalionów Chłopskich, znani mi byli Chłopcy z Korpusu

Bezpieczeństwa.

Pomocy udzielano wszystkim prześladowanym czy poszukiwanym przez

okupanta bez względu na pochodzenie, narodowość czy przekonania

polityczne.

Przewodnią myślą w działalności to wyrządzanie szkód i sabotowanie

zarządzeń okupanta, permanentne i nieustępliwe. Trudno mi dzisiaj

ocenić, w jakim stopniu moja działalność konspiracyjna wynikała

z poleceń bezpośrednich swoich przełożonych, a w jakim stopniu

była ukierunkowana może i samorzutnym działaniem, którego źródłem

było pragnienie czynu, i młodzieńcze ryzykanctwo. Rozmowy ze star-

szymi, pouczające i przestrzegające, powodowały odwrotny skutek –

potęgowały działanie, którego szczyt przypada na okres konspiracyj-

nej podchorążówki i mianowania mnie dowódcą jednej z grup dywersyj-

no-szturmowych Rejonu. Do takiego działania upoważniały mnie ,

moim zdaniem, bezpośrednie kontakty z Obwodem poprzez ”Zochę”

vel ”Zamorskiego” Kol. Wacława Czajkę, o czym już pisałem.

Każdy sygnał, każda wiadomość o ukrytej we wrześniu 1939 r. broni i amunicji oraz materiałów wybuchowych przez wycofujące się Wojsko Polskie była

przez nas sprawdzana. W zależności od tego, czy uznano miejsce

przechowywania za bezpieczne czy też nie – bądź zmieniano miejsca

ukrycia bądź postanowiono

pozostawić dobra te jeszcze przez jakiś czas w dotychczaso-

wych miejscach. Wydobywania broni, amunicji i wyposażenia wojsko-

wego dokonywano – w zależności od okoliczności i usytuowania

  • 34 –

miejsc przechowywania – w dzień względnie w nocy. Tereny dzia-

łania były odpowiednio ubezpieczone, a odkopana broń i amuni-

cja była przewożona wozem konnym do stodół należących do kon-

spiratorów.

W naszej grupie najczęściej przewoził wydobytą broń swoim wozem

i koniem Antoni Brzostwoski, ps. ”Grab” do stodoły na tzw.”Kęp-

kach” w Łaskarzewie /przy Alejkach/ . Tam była czyszczona wie-

czorami przestrzeliwana i ponownie poddawana zabiegom konser-

wującym.

Pieczę nad tym magazynem broni sprawował Kol.Edward Śliwiński

mieszkający w jego pobliżu. Tam znalazła się też broń ukryta

przez Stanisława Majka /zginął 30.X.1940 r.w Oświęcimiu – ksero-

kopia fotokopii zawiadomienia o jego śmierci oznaczona jest w

załączniku nr 13/, a wydobyta przez grupę pod dowództwem ”Dęba”

/Wacława Brzostowskiego, w skład której wchodzili ”Wolny” /Sta-

nisław Jóźwicki/, ”Prędki /Antoni Jasiński-zginął 25.04.1944r/,

”Grab” /Antoni Brzostowski/, ”Furor” /Danuta Longina z Majków

Przybylska/, ”Długi Lis” /Kazimierz Józef Majek/ i autor wspom-

nień ”Ira”. Akcję tę ubezpieczał zastęp ”Lisów” z Szarych Szere-

gów. Mimo, że broń zakopana była w podwórzu posesji przy ul.

Duży Rynek Nr 4 w Łaskarzewie – akcja miała przebieg sprawny,

a dokonano jej w ciągu dnia. Ukrytą broń i amunicję wydobywano

z rożnych miejsc. Były to ogrody i podwórza na terenie Łaska-

rzewa oraz okoliczne lasy. Ilość akcji znaczna, choć nie zaw-

sze zakończona powodzeniem.

Ze względów bezpieczeństwa magazyn broni u ”Graba” nie był

jedynym magazynem. Broń była przechowywana ponadto w Woli

Łaskarzewskiej, w stodole Franciszka Wiśniewskiego (nad rzeką

Promnik w Łaskarzewie), dziadka Jana Wachnickiego, ps. ”Si-

korka” oraz indywidualnie przez poszczególnych żołnierzy AK.

Od ”Janka” /Jana Cicheckiego/ w związku z jego wyjazdem z te-

renu Łaskarzewa w październiku 1941r. Otrzymałem do użytkowa-

nia lornetkę oraz – do przechowywania – namioty i dwa kotły

blaszane przenośne

  • 35 –

do gotowania. Stanowiły one wyposażenie miejscowej drużyny harcer-

skiej i po zakończonej wojnie drużynie tej zostały zwrócone.

W miarę nasilania akcji broń była także w posiadaniu określonych

grup dywersyjno-partyzanckich. Odpowiedzialnym w mojej grupie

za należyte przechowanie i udostępnianie broni na terenie Łaska-

rzewa był kol. Janusz Pach / ps. ”Burza” /zginął pod koniec kwiet-

nia 1944 r. z rąk okupanta/,

Dotkliwie odczuwaliśmy brak broni krótkiej i amunicji do niej ale

i z tym dawaliśmy sobie radę – po prostu w chwilach nagłego alarmu

wypożyczaliśmy sobie wzajemnie. Wypożyczenia miały miejsce nie

tylko pomiędzy żołnierzami AK, lecz także pomiędzy nami a żołnierza-

mi Batalionów Chłopskich. Tak rozumieliśmy w one dni braterstwo

broni.

Przenoszenie czy przewożenie broni nie zawsze przebiegało pomyślnie

i bez przygód. W lipcu 1942 roku idę z rynku w Łaskarzewie ul. Garwo-

lińską z ”siódemką” /pistoletem/ w kieszeni. Nie wiem, czym zwróci-

łem na siebie uwagę wermachtowców niespodziewanie przybyłych na targ

do Łaskarzewa. Szli za mną, o czym poinformowała mnie jakaś kobieta

przechodząca obok mnie. Niewiele myśląc wszedłem do sklepu p. Anto-

niego Seltenreicha, któremu dostarczałem prasę i który od stycznia

1943 roku wstąpił w szeregi AK, przyjmując pseudonim ”Stal”. W gra-

nicach swoich możliwości pełnił on funkcję rusznikarza i naprawiał

różny sprzęt wojskowy. Usługi wykonywane przez niego były dla nas xx

bardzo istotne z uwagi na ciągły brak dostatecznej ilości wyposaże-

nia w broń i sprzęt. Odbiora ode mnie broń i kładzie do łóżka,

w którym leżał jego chory syn Bogdan. Za moment wchodzą do sklepu

wermachtowcy, legitymują mnie i rewidują, po czym wchodzą do pokoju

chorego. Wychodzą z niego jednak bardzo szybko poinformowani, że

leżący choruje na tyfus /co oczywiście było nieprawdą/.pokazałem

swoją legitymację służbową pracownika gminy Łaskarzew – osada

  • 36 –

i pozostawiono mnie w spokoju. Tym razem udało się.

Nie zawsze jednak transport broni kończył się szczęśliwie.

W trzeciej dekadzie czerwca 1943 r. wracamy do domów- po zakończonym

przeglądzie i przygotowaniu broni, amunicji oraz sprzętu. Brali

w nich udział – poza mną – ”Granit” -dca akcji, ”Furor”, ”Grab” i ”Prędki”. Rozstaliśmy

się z ”Grabem” w Łaskarzewie na ul. Warszawskiej w odległości ok.30

metrów od rynku, a ”Prędki” wspólnie z ”Furor” i ze mną udaje się

przez podwórza do mieszkania ”Furor”. Mamy ze sobą amunicję, opatrun-

ki i łopaty saperskie, które mamy przechować w mieszkaniu ”Furor”.

Nagle nocną ciszę przerwał krzyk ”halt!, halt!, a za moment jęki

bitego człowieka. Pozostawiamy woreczki z amunicją, opatrunki

i łopaty saperskie w ogródku na posesji ”Furor” i posuwamy się

ostrożnie po ruinach spalonego domu ku rynkowi, by zorientować się

w sytuacji. Widzimy niewiele, ale rozpoznajemy głos ”Graba”.

Nazajutrz okazało się, że po rozstaniu się z nami ”Grab” wpadł w ręce

sobolewskiej żandarmerii niemieckiej i został bardzo dotkliwie pobity.

Spuchnięta twarz, rozcięta głowa, krwiaki i sińce na rękach i ple-

cach były tego dowodem. ”Grab” musiał skorzystać z pomocy lekarskiej,

której mu udzielili ”Gilza” i jej mąż – dr Wołek Józef. Od cięższych

obrażeń uratowało ”Graba” pojawienie się wozu konnego, za którym

pobiegli żandarmii. Z tego skorzystał ”Grab” i ratował się ucieczką.

Tragicznie zakończył się transport broni i sprzętu saperskiego do

Łaskarzewa przez kol.Brzostowskiego Wincentego, syna Piotra i Karoli-

ny ur.1.4.1915 r. pseudonim ”Młot”. Przewożąc 6.10.1943 r. wozem

broń i sprzęt saperski natknął się niespodziewanie na ”szkopów”.

Na wezwanie ”halt” odpowiedział ucieczką, a ”szkopi” strzałami.

Ciężko ranny zdołał uciec, ratując cenny ładunek, ale w wyniku

odniesionych ran – ginie.

  • 37 –

Nieszczęścia lubią jednak chodzić parami.

Niedziela 10 października 1943 r. Otrzymuję rozkaz postawienia

w stan alarmowy mojego oddziału dywersyjno-szturmowego. Akcja zapla-

nowana jest na wieczór, a celem jej jest pozyskanie amunicji do

krótkiej broni. Punkt zborny w Łaskarzewie o godz. 1800 i wymarsz

w kierunku szosy lubelskiej. Oddział zebrał się w wyznaczonym

komplecie: ”Grom” /Andrzej Marian Grudniak/ i ”Burza” /Janusz

Pach/ z Łaskarzewa, ”Wicher” /Wiśniewski Kazimierz/, ”Rekin”

/Bronisław Filiks – zginął 18 stycznia 1944/ i ”Lew” /brat kol.

Filiksa/ z Bud Krępskich oraz ”Ira” /autor wspomnień/. Akcją kieru-

je ”Kukułka /Walczak Władysław/ z Komendy Obwodu, delegowany

przez ”Ziuka” /Wacława Matysiaka – dowódcy oddziałów dywersji

Obwodu ”Gołąb”/. Mijamy Pilczyn Stary i Nowy i dochodzimy

do wsi Melanów. Na stacji kolejowej w Łaskarzewie odległej ok 3 km od Melanowa stacjonuje oddział wermach-

towców osłaniający akcję kontyngentową. Jest wieczór, księżycowy –

jasny i pogodny. W Melanowie organizujemy podstawienie dwóch

podwód /furmanek konnych/. Jedna furmanka jest gotowa w bardzo

krótkim czasie. Na drugą czekamy dość długo, bo ok. 1/2 godziny,

a czas nagli. W wiosce czujemy się bezpiecznie, gdyż Melanów

to swoja wioska. Komendantem jej jest Stoczewski /nie pamiętam

imienia i pseudonimu/, z którym pracuję w Spółdzielni Rolniczo-

Handlowej w Łaskarzewie. Z chwilą wyjazdu z zabudowań na drogę

drugiej furmanki /poznaję pięknego konia Wojdata Antoniego w za-

przęgu/ nagle sypie się w naszym kierunku grad strzałów,

a z dołu wioski zagrał ręczny karabin maszynowy. ”Wicher”, który

był razem z ”Rekinem” przybiegł do mnie z meldunkiem, że ”Rekin”

jest ranny, po czym zawraca i rzuca granatem w kierunku ogników

wydobywających się z luf broni strzelających. Nie zdążyłem go

powstrzymać daję rozkaz ”Chłopcy do mnie” i wołam ”Stoczewski,

stój! nie strzelajcie – swoi!”. Po wybuchu granatu i moim

  • 38 –

wołaniu zapanowała cisza, która niemile dzwoniła w uszach.

Zbieram swoich chłopców i idziemy szukać ”Rekina”, trzyma-

ąc się zabudowań. Wpadamy w lukę pomiędzy zabudowaniami i

koło jakiejś stodoły odnajdujemy ”Rekina”. Istotnie jest ran-

ny. ma przestrzelone lewe ramię, strzaskaną kość ramienia i –

jak się później okazało- przestrzeloną opłucną. Mimo ran może

iść. Prowadzimy go we dwójkę i dochodzimy do gospodarstwa

Grudnia/?/ w Zygmuntach. Unieruchamiam mu rękę, robię prowizo-

ryczny opatrunek, rekwirujemy furmankę i wysyłamy rannego wraz

z ‘Wichrem” jako opiekunem do Sobolewa do chirurga dra Fiebiga.

Po przyjeździe do Sobolewa dr Fiebig opatruje rannego, a ”Wicher”

powiadamia o nieszczęśliwym wydarzeniu komendanta Placówki nr 12

– Bolesława Russaka, ps.”Lis”. Tan przejął dalszą opiekę nad

”Rekinem” i zorganizował jego transport do warszawskiego szpi-

tala. Transport okazał się bowiem konieczny. Rannego transpor-

tują: Stanisława Russak, ps.”Kalina” i Longina Danuta Przybyl-

ska – moja żona ps.”Furor”. Umieszczają rannego w szpitalu

Przemienienia Pańskiego w Warszawie na Pradze pozostawiając go

pod troskliwą opieką dra Kamińskiego. W szpitalu rannego odwie-

dzają kilka razy ”Kalina” i ”Lis”. Finał wypadków w Melanowie

był tragiczny. Rzucony granat ciężko ranił dwóch naszych chłop-

ców z Melanowa: Kol. Wojdata Józefa i kol. Oliwę Stanisława,

którzy zmarli na skutek odniesionych ran. Pseudonimy ich to

”Spokojny” i ”Dzielny”. Przyczyną pośrednią tragedii w Mela-

nowie był ”Kulawy” z ”Miecza i Pługa”. Złożył on uprzednio wraz

ze swoim oddziałem ”wizytę” w Melanowie, zachowując się bardzo

wyzywająco i zapowiadając kolejne przyjście za kilka dni.

Wyznaczony przez niego termin ”kilka dni” zbiegł się z naszym

przemarszem przez Melanów. Melanowscy chłopcy wzięli nas za lu-

dzi ”Kulawego”, którym chcieli dać należytą nauczkę i odprawę.

  • 39 –

Rzeczywistość ookazała się jednak inna i makabryczna w skutkach.

Zdobywanie i gromadzenie broni znaczone było krwią.

Funkcja łącznika niosła ze sobą dreszczyk emocji, a bywały przy-

padki, że przyspieszała bicie serca i dławiła gardło.

Pracujący w kasie Stefczykam ”Janek” /Jan Cichecki/ jedzie VII/41r.

po pocztę konspiracyjną do Garwolina, a przy okazji zawozi ”pilną”

pocztę gminną i ma przywieźć urzędową pocztę ze starostwa oraz

tę – najbardziej oczekiwaną – konspiracyjną. Powrót przewidywany

był na określoną godzinę z niewielkim odchyleniem. Gdy po upływie

określonej godziny ”Janek” nie wrócił, czekaliśmy jeszcze godzinę – a gdy ta minęła bezskutecznie – wyjechaliśmy na poszu-

kiwania. Jeden z nas /”Prędki”/ pojechał przez Izdebno-Talubę,

ja natomiast przez Pilczyn – Kacprówek do Garwolina gdzie mie-

liśmy się spotkać w określonym miejscu nawet wtedy gdy spotkamy

”Janka” powracającego do Łaskarzewa. Trasa jazdy była stale

uzgadniana ze szczegółowością każdej ścieżyny leśnej czy polnej,

jeśli wiodła przez Izdebno – Talubę czy Rudę Talubską- tak,

że w zasadzie na tym odcinku zachodziła możliwość spotkania się.

W Garwolinie – po spotkaniu wzajemnym i zdaniu relacji – ogarnęło

nas zmartwienie i niepokój. ”Janka” nie odnaleźliśmy. Jadę na punkt

kontaktowy, gdzie wyłuszczam powód swego przybycia. Poszła w ruch

machina wywiadowcza. Po upływie niecałej godziny wiadomym było,

że ”Janka” nie zatrzymała żandarmeria. Ale co się z nim stało ?

Szukamy jego znajomych. nie znajduję takich, do których mógłby

wstąpić. Niepokój pozostał. Mija następny dzień na bezskutecznym

oczekiwaniu i dopiero trzeciego dnia zjawia się ”delikwent”.

Dostał solidny wycisk za swoje postępowanie. Było ono tylko

częściowo usprawiedliwione, albowiem ”Janka” wracającego do

  • 40 –

Łaskarzewa z pocztą konspiracyjną i urzędową zatrzymała w Garwolinie

żandarmeria. Wylegitymowała i zrewidowała, a popatrzywszy na urzę-

dowe przesyłki w kopertach z nadrukiem Kreisamt’u

Garwolin, w których znajdowała się konspiracyjna poczta,

pozwoliła kontynuować podróż. Zachowując zimną krew ”Janek” siada

wolno na rower i zamiast pojechać do Łaskarzewa – pojechał do

Uścieńca, a stamtąd dopiero doręczył pocztę ”Listkowi”-Płatkowi

Antoniemu – komendantowi rejonu ”Ryba” zamieszkałemu w Dąbrowie.

”Janek” twierdził, że ktoś za nim jechał, a nie wiedząc kto to jest –

zboczył z ustalonej trasy i zgubił swego ”opiekuna”.

Ten wypadek utwierdził nas, że ”szkopów” można wywieść

w pole i oszukać. Pruskie poszanowanie władzy było naszym sprzymierzeń-

cem. Dlatego też odbiory poczty konspiracyjnej coraz częściej łą-

czono z załatwianiem spraw służbowych w Garwolinie bądź przez

naszych ludzi zatrudnionych w gminie Łaskarzew – wieś lub Łaskarzew

osada, bądź też w łaskarzewskiej spółdzielni rolniczo-handlowej.

”Janek” wyjeżdża w październiku 1941 r. z terenu Łaskarzewa, ja

podjąłem pracę zawodową. Czynności łączników ze zwiększoną częstotliwością

pełni ”Maria” oraz ”Adam” /Stanisław Łapacz – zginął 27 kwietnia

1945 roku jako oficer II Armii L.W.P./ -pracownicy gminy Łaska-

rzew – wieś , ”Furor” /Danuta Longina z Majków Przybylska/ pracowni-

ca gminy Łaskarzew – osada. Odpowiedzialnością za organizowanie

urzędowych przesyłek w określone dni odbioru poczty konspiracyjnej

w Garwolinie obarczeni zostali ”Okrzejka” i Roman Jarząbek /żoł-

nierz A.K. – /pseudonimu nie pamiętam/ sekretarze gmin Łaskarzew – wieś

i Łaskarzew – osada. Przewożenie poczty konspiracyjnej z i do

Obwodu oraz dostarczanie jej do komendy rejonu przebiega bez

zakłóceń, mimo że zdarzył się po raz drugi wypadek na pozór tylko

bardzo groźny. W ten październikowy dzień 1943 roku, w którym

zdarzenie to nastąpiło, pocztę z Garwolina miała odebrać ”Furor”,

  • 41 –

Pojechała do Garwolina rano pociągiem. Wracała do Łaskarzewa

via Izdebno, a odcinek Garwolin – szkoła rolnicza w Izdebnie

przejechała wozem Stasia Jarzyny, wioząc z sobą w torebce damskiej

z podwójnym dnem pocztę konspiracyjną. Idąc lasem ”nadziewa” się

na jadących w kierunku Łaskarzewa żandarmów sobolewskich. Zna ich

z pracy w gminie Łaskarzew-osada i oni ją także znają. Nie tracąc

zimnej krwi ”Furor” zatrzymuje furmankę i zwracając się do nich

po niemiecku prosi o podwiezienie do Łaskarzewa. Wyjaśnia, że

wraca z Garwolina dokąd jechała z pilnym meldunkiem do Kreislan-

dwirta. Jest bardzo zmęczona, gdyż pieszo wraca z Garwolina do

gminy, gdzie będzie musiała jeszcze pracować. Żandarmi chętnie

zgodzili się na jej zabranie i w tak ”doborowym” towarzystwie

wyjeżdża do Łaskarzewa. Pracowałem wtedy razem z ”Grabem” w sklepie

spółdzielni rolniczo-handlowej usytuowanym w rynku. W budynku

tym mieścisły się również na pierwszym piętrze biura spółdzielni.

Do sklepu wpada Karol Koliński z hiobową wieścią: ”Danusia zatrzy-

mana przez żandarmów – znikajcie ! – to mówiąc, zabrał ”Graba”

i mnie ze sklepu. Ulokował nas w swoim mieszkaniu, po czym wyszedł

zasięgnąć języka. Za kilka minut wraca, prowadząc ”Furor”.

Jakaż to była radość! Wpadamy sobie w objęcia. Słuchamy relacji

”Furor” o zdarzeniach, które tyle wprowadziły zamieszania. Relację

swoją ”Furor” kończy stwierdzeniem ”Udało się!”

– x –

W budynku gminy Łaskarzew – wieś i Łaskarzew – Osada zorganizowano

punkty kontaktowe w latach 1942/43, a od września 1943 roku nowy

punkt zorganizowałem w sklepie, w miejscu mojej pracy. Do nich

zgłaszała się po pocztę konspiracyjną ”Jaskółka” – Alina Obłocka

zamężna Russak, żona komendanta Placówki Nr 12 rejonu ”Ryba” AK

  • 42 –

w Podłężu – Samogoszczy – Bolesława Russaka, ps. ”Lis”

– x –

W urzędach gminnych trwa nieprzerwanie akcja sabotująca zarzą-

dzenia okupanta.

Duszą i motorem tej akcji byli sekretarze gmin: ”Okrzejka”

gminie Łaskarzew – wieś i Jarząbek Roman w gminie Łaskarzew

osada. Z urzędów gminnych znikają ewidencje osób podlegających

służbie wojskowej oraz księgi meldunkowe mężczyzn odbywających

czynną służbę wojskową a przyjeżdżających na urlopy przed

wrześniem 1939 roku. Z oficerów, podoficerów i podchorążych robi

się rolników, przepisując na nich fikcyjnie gospodarstwa rolne.

Przeciwdziała się wywożeniu ludzi młodych na przymusowe roboty

do Niemiec poprzez podstawianie na miejsca młodych – ludzi

starych i chorych zwalnianych później z uwagi na wiek lub

stan ich zdrowia. Wymienia się lub wykrada dokumenty urzędnikom

”Arbeitsamtu” przyjeżdżającym do gmin w sprawach ”werbunkowych”

i uprzedza się o mających nastąpić łapankach. Fałszuje się

permanentnie dokumentację stanowiącą podstawę wymiaru kontyngentów

-świadczeń w naturze inwentarza żywego i produktów pochodzenia

zwierzęcego oraz roślinnego tak, jak i samą ewidencję kontyngen-

tową. Nie bez znaczenia dla tego odcinka działalności jest fał-

szowanie kolczykowania inwentarza żywego, o czym szerzej w dal-

szej treści wspomnień. Raz jeden ”Okrzejka” skierował do władz

okupacyjnych pismo o obniżenie wymiaru kontyngentu dla gminy

Łaskarzew-wieś, odpowiedzią na to było wezwanie jego, wójta

i innych pracowników urzędu gminnego do Garwolina przed oblicze

Kreishauptmanna i Kreislanduirta. Na zakończenie spotkania

nieszczęsnym zaaplikowano na placu starościńskim odpowiednie

”ćwiczenia”. Specjalistą od nich był Lorentz, komendant ”czarnych”-

Sonderdienst’u. Określenie ”czarni” wzięło chyba początek z tego,

  • 43 –

że umundurowanie ich stanowiły czarne mundury. Wielokrotne przy-

siady ”urozmaicane” były czołganiem, a że wszyscy ”ćwiczący”

wykonywali to źle – w ruch poszły pejcze. Nieszczęsnych czołga-

jących się bito i kopano, podrywano z ziemi i ponownie bito.

Następstwem takiego nieludzkiego traktowania były poważne obra-

żenia cielesne, które w szczególności odniósł sekretarz gminy

”Okrzejka” i wójt Paziewski Filip. Pomoc lekarska okazała się

konieczną.

Zwiększanie kartkowych przydziałów żywnościowych należało też do

tzw. ”leniwych” czynności. Potrzebujących było dużo: ludność miejsco-

wa- wysiedleni z Poznańskiego i z Zamojszczyzny. Nieśmiale począt-

kowo dokonywane fałszerstwa stanu liczebnego uprawnionych nabierały

coraz to większych rozmiarów. Wytyczne w tym zakresie płynęły od

”Kreta” /kol. Modrzewskiej Krystyny – żołnierza A.K./, pracownika

Działy Wyżywienia i Rolnictwa /Ernahaung und Landuirtschaft/

Kreislandurrta w Garwolinie. Szczególną opieką były otaczane

rodziny wielodzietne, rodziny żołnierzy przebywających w niewoli,

wysiedleni. Za sfałszowanymi zapotrzebowaniami na artykuły żywno-

ściowe szły takież same na mydło i inne zracjonowane artykuły

przemysłowe.

– x –

W miarę narastania koszmaru okupacyjnego pojawił się następny

problem – wydawanie nowych/dowodów tożsamości tzw. kennkart. Do

tych celów okupant powołał nowy organ – Ant für Polizeiangelegenhe-

iten. Okupant za wszelką cenę chciał ująć wszystko i wszystkich

swoim reżimem niszczenia, eksterminacji i ewidencji. Problem

ten stał się o tyle istotny, że pojawili się ludzie ”spaleni”,

ludzie poszukiwani i przeznaczeni do zniszczenia przez okupanta.

Im trzeba było nadać nowe wcielenia, nowe zawody, zmienić przy-

  • 44 –

należność rasową. Tą dziedziną działania objęto na naszym terenie

wszystkich bez względu na przynależność organizacyjną, niezorganizowanych i Żydów, wszystkich, których los

zakwalifikował do grupy ludzi ”spalonych”. I na tym odcinku urzęd-

nicy gmin stanęli na wysokości zadania.

Mechanizm działania był w zasadzie bardzo prosty, lecz nacechowany

dreszczem niepewności, niepokoju i emocji. Kennkarty wydawane ”spalo-

nym” ludziom mimo fałszywych danych, były dokumentami o cechach

odpowiadających prawdziwemu dokumentowi. Przechodziły normalny tryb

załatwiania, co powodowało, że w Starostwie Garwolińskim w Amt für Polizeiangelegenheiten – pozostawały wtórniki kennkart /tzw. białe

karty/, na których podobnie jak i na kennkarcie znajdowały się

odciski palców z tą tylko różnicą, że fałszywe. W gminie Łaskarzew

– osada czynności związane z uzyskiwaniem takich kennkart załatwiała

”Nina”, żołnierz A.K. /Janina Żelechowska-Antkowiak/, a sporadycznie

także i ”Furor”.

Z plikiem dwudziestu kennkart wraz z załącznikami stawało się przed

niemieckim urzędnikiem. Wśród nich znajdowała się jedna fałszywa.

Chodziło tylko o podpisanie przez niego kennkarty oraz jej wtórnika

i – rzecz jasna – o zachowanie się zupełnie naturalne przy przedkła-

daniu do podpisu tej fałszywej. Niemka – sekretarka po podpisaniu osobiście stemplowała kennkarty.

W jednej z partii przedłożonych do podpisu znajdowała się ”lewa”

kennkarta przeznaczona dla jednego z odbitych braci Piesiów. Miał

on przybrać nazwisko ”Prokop”. Tę partię załatwiała ”Furor” Niemiec

zatrzymał swoje czynności podpisywania na kennkarcie z nazwiskiem

”Prokop” i zwracając się do ”Furor” zapytał, czy zna tego człowieka.

”Furor” bez wahania potwierdziła, że zna go od wielu lat bardzo

dobrze jako mieszkańca-rolnika w Łaskarzewie. ”A ja myślałem” –

odpowiada Niemiec – ”że to Ukrainiec”. Dialog prowadzono w języku

niemieckim. Kennkarta została podpisana.

  • 45 –

W podobny sposób ratowano obywateli polskich pochodzenia żydo-

wskiego o rysach zbliżonych do aryjskich. Działanie to było

bezbłędne, a że temu towarzyszył dreszczyk emocji – rzecz

oczywista.

Do tych celów wskrzeszano do życia zmarłych.

W związku z rosnącym zapotrzebowaniem na ”lewe” kennkarty brak

ich uzupełniano otrzymywanymi z Obwodu od ”Zochy” vel ”Zamor-

skiego” /kol. Czajki Wacława/. ”Lewe” kennkarty dostarczane

były przez nas na teren Warszawy i Otwocka a w pierwszej po-

łowie 1944 roku przesyłki takie realizował na nasze zlecenie

”Długi Lis” z ”Szarych Szeregów”.

– x –

Pilną sprawą stała się konieczność pozyskiwania lewych kolczy-

ków, którymi uzupełniano z powodzeniem kolczyki dla inwenta-

rza żywego wprowadzone przez okupanta. W dostarczaniu ich na

teren Łaskarzewa uprzedził mnie mój ojciec, żołnierz AK ps.

”Brzoza”. Dalsze i bezpośrednie w tym zakresie kontakty uzy-

skałem za pośrednictwem ”Brzozy” oraz za pośrednictwem ”Zochy”

vel ”Zamorskiego”, z którym kontakty stawały się coraz czę-

stsze zwłaszcza od rozpoczęcia przeze mnie konspiracyjnej

Szkoły Podchorążych Piechoty.

Zapotrzebowanie na kolczyki wzrastało z dnia na dzień, zwłasz-

cza, że trafiły one także na teren Otwocka poprzez punkt kon-

taktowy kol.Kazimierza Zasady żołnierza AK – ps. ”Kunktator”.

Jak wspomniałem – dotarłem do bezpośredniego wytwórcy ”lewych”

kolczyków, a mianowicie do p.Wojciechowskiego Kazimierza, żołnierza

  • 46 –

AK ps. ”Korba” vel ”Apust”

Prowadził on w Garwolinie na tzw. Aleksandrówce swój warsztat

mechaniczno-ślusarski, a produkcja ”lewych” kolczyków to jedna

z wielu jego czynności i rodzajów działalności konspiracyjnej

Dziś jeszcze pamiętam pożar jego zabudowania i widzę kłęby

czarnego dymu wydobywającego się z palącego budynku.

Kolczyki wychodzące z jego warsztatu były świetnie podrabiane

– x –

Wiosną 1941 roku zaobserwowaliśmy wzmożony ruch kolejowy tran-

sportów wojskowych niemieckich. Wyglądało to początkowo bardzo

niewinnie.

Pierwszy na to z naszego grona zwrócił uwagę ”Józefina”/Józef

Frycz/. Potwierdziły to nasze obserwacje i wiadomości uzyskane

od miejscowych kolejarzy, pracowników stacji Łaskarzew. Meldunki

o tym przekazywano do Komendy Obwodu, podając między innymi

ilość wagonów, rodzaj broni /piechota, artyleria, pancerna itp./

i znaki rozpoznawcze. Bardzo dogodnym punktem do tego rodzaju

obserwacji był las, jego skraj w okolicach Szuwary-Polesie.

Oprócz rzutów kolejowych szły rzuty kołowe lubelską szosą.

”Józefina” twierdził, że to przygotowania hitlerowców do uderze-

nia na Związek Radziecki. Pakty o nieagresji nie miały przecież

dla Hitlera żadnego znaczenia. Łamał je wtedy, gdy uznawał to za

stosowne pod byle jakim pozorem. Pakt xxx o nieagresji zawarty

pomiędzy Związkiem Radzieckim a hitlerowskimi Niemcami miał

być niebawem zerwany. Stało się to dla nas jasne, kiedy do

Łaskarzewa przybyła niemiecka jednostka wojskowa służby lotniczej.

Zakwaterowała w szkole powszechnej przy ul. Garwolińskiej.

  • 47 –

Na dachu budynku zbudowano punkt obserwacyjny nazywany przez nas

”bocianim gniazdem”. Na peryferiach Łaskarzewa, idąc w kierunku

Woli Łaskarzewskiej, rozprowadzono w ziemi i po ziemi przewody

doprowadzające prąd elektryczny z agregatu do rozstawionych

na stojakach lamp sygnalizacyjnych. Nie przypominam sobie dokład-

nie o kształcie jakiej figury geometrycznej było pole sygnalizacyjne.

W pobliżu agregatu zainstalowana była obrotowa lampa – reflektor.

Trochę się Niemcy denerwowali, jak im od czasu do czasu ”wysiadały”

lampy sygnalizacyjne. Dostęp do lamp usytuowanych od strony

koryta rzeki Promnika był początkowo stosunkowo łatwy, gdyż

”szkopi” nie zabronili poruszania się ścieżyną nad rzeką, której

szlak wiódł niedaleko od miejsca usytuowania lamp.

Do mojej osoby przyzwyczaili się, ponieważ przez pole sygnalizacyjne

wiodła moja droga do pracy i z pracy. Pracowałem w tym czasie

w młynie wodno-motorowym Rafała Żabczyńskiego w Woli Łaska-

rzewskiej.Posterunki chodziły stosunkowo rzadko, a zwykły

kamień był twardszy od szkła…

Dnia 21 czerwca 1941 r. w sobotę w godzinach przedwieczornych

przy zbiegu ul.Wolskiej i rynku w Łaskarzewie oczekiwał mnie

”Józefina”. ”Chłopie” – rzekł – ”przebieraj się szybko i przy-

chodź na rynek. Mam bardzo ciekawe informacje”. Zmiana ubrania,

obmycie się i już s jestem na rynku w gronie swoich chłopaków.

”Józefina” skupiony i poważny oznajmił nam, że był dziś w Garwo-

linie i widział, że przez miasto jechała dywizja SS-Waffen.

Podciąganie dywizji SS było sygnałem, że uderzenie powinno

nastąpić w ciągu najbliższych dni, a może i godzin. Siedzieliśmy

na rynku do godziny 200 w nocy z 21 na 22.6.1941 r. i pożegna-

liśmy się z zawołaniem: ”do bomb”. Czekaliśmy na nie tylko

  • 48 –

kilka godzin. Nad naszymi głowami leciały klucze wrogich samolotów.

Lawina hitlerowska runęła na Związek Radziecki. Wtedy nurtowało

nas jedno pytanie, czy i jak stawią czoła Obrońcy.

– x –

Tymczasem do Komendy Obwody płyną nieprzerwanym strumieniem meldun-

ki i informacje o poczynaniach okupanta wymierzanych przeciwko

ludności polskiej, o wysokości kontyngentów, o ruchach wojsk nie-

mieckich transportowanych na mający powstać front wschodni, o ła-

pankach o rozmiarach likwidacji getta żydowskiego, o rozstrzeli-

wanej ludności żydowskiej i polskiej w Łaskarzewie oraz w gminie

Łaskarzew, o dzieciach z Zamojszczyzny.

Czynności te skrzętnie realizują ”Adam” i ”Maria”. Z pewnością

w relacjach swoich ujęli dwie katastrofylotnicze. Jedna z nich

miała miejsce przy szosie lubelskiej na odcinku pomiędzy odcho-

dzącymi od niej drogami bocznymi prowadzącymi : jedna do Górzna,

a druga – do Łaskarzewa. Świadkami jej była ”Furor” i Jarząbek-

Roman powracający z Garwolina do Łaskarzewa w godzinach popołudnio-

wych. Lecący samolot niemiecki na ich oczach runął na ziemię i za-

rył kadłubem. Jeden z pilotów zabity, a drugi ku ich zmartwieniu

zdołał wyjść z rozbitego samolotu i zaszokowany biegał wokół

samolotu, wołający do swego kolegi ”Puki, kannst Du michts sagen?”

/Puki,niem możesz mówić?/, , a od zgromadzonych gapiów żądał

pomocy, której nie otrzymał. Na pamiątkę tego zdarzenia ”Furor”

zabrała z sobą jako ”corpus delicti” kilka części , które rozrzu-

cone leżały na ziemi. Wyrzuciłem je chyba w 1955 roku. Druga kata-

strofa miała miejsce na polach w Łaskarzewie klucz trzech samolo-

tów stacjonujących w Dęblinie odbywał chyba ćwiczebny lot. Ślemy

ku nim ”pobożne” życzenia, które – jakby na zawołanie – zmateriali-

zowały się. Widzimy jak jeden z samolotów”schodzi do lądowania

za wiatrakiem stojącym przy drodze wiodącej z Łaskarzewa do stacji

  • 49 –

kolejowej, ciągnąc za sobą smugę dymu. Za moment minął runął na ziemię

i zapalił się. Gdy dobiegliśmy na miejsce, syciliśmy wzrok płonącym

samolotem. Dwa pozostałe zatoczyły kilka kręgów i poleciały w kie-

runku Dęblina.

Z obecnych nikt nie ratował pośpieszył z pomocą, a straż pożarna nie ogłosiła alarmu.

Za kilka godzin przyjechały ciężarowe samochody niemieckie i za-

jęły się sprzątnięciem miejsca wypadku. A nam tego dnia było

radośnie i bardzo wesoło.

Do informacji i meldunków dołączano zdjęcia. Niektóre

z nich, robione przeze mnie małoobrazkowym aparatem ”Kodak BB”

zachowały się i załączam je do niniejszych wspomnień /numer zdjęcia

utożsamiam z numerem załącznika/.

Poszczególne zdjęcia przedstawiają:

zdjęcie nr 14 – grupę ujętych w 1942 roku mieszkańców Łaskarzewa

i okolic w łapance na roboty do Niemiec. Grupę konwojuje granatowa

policja w Łaskarzewie i prowadzi ul.Alejową w kierunku Rynku.

Zdjęcie zrobione z okien pomieszczeń zajmowanych przez zarząd

gminy Łaskarzew – osada. Na przestrzeni 1941 i 1942 roku na terenie

Łaskarzew i gminy Łaskarzew było kilka łapanek organizowanych

przez okupanta hitlerowskiego w celu wywiezienia schwytanych

osób na przymusowe roboty do Niemiec. W jednej, przeprowadzonej

wiosną 1942 roku, zostałem także schwytany i ja, jednakże dzięki

pomocy udzielonej mi przez Kazimierza Smożewskiego, komendanta

posterunku granatowej policji w Łaskarzewie, uciekam. Schwytano

mnie w drodze z Łaskarzewa do pracy w Woli Łaskarzewskiej. Łapankę

zorganizował ”Arbeitsamt” i żandarmeria sobolewska.

zdjęcie nr 15 – kulochrony na strzelnicy w Łaskarzewie przyle-

gającej do Alejek, za którymi żandarmeria sobolewska rozstrzelała

w październiku 1942 r. grupę 39 Żydów z rabinem , w tym kilkoro

  • 50 –

dzieci, z których jedno niemowlę matka trzymała na ręku.

Po likwidacji getta rozstrzelano w Łaskarzewie na terenie strzel-

nicy bądź też na terenach sąsiadujących ze strzelnicą, względnie

w pobliskich lasach 120 Żydów /patrz lp. 5 załącznika nr 23/

zdjęcie nr 16 – rozstrzelaną Żydówkę /chyba wrzesień 1942 r./

razem z Żydem /prawdopodobnie lekarzem z Warszawy/ przez żandar-

merię sobolewską na strzelnicy w Łaskarzewie. Zdjęcie zrobiłem

bezpośrednio po rozstrzelaniu, umieszczając obiektyw aparatu foto-

graficznego w dziurce od guzika marynarki.

zdjęcie nr 17 – zwłoki rozstrzelanej Żydówki ze zdjęcia nr 16

i Żyda na furmance przed przewiezieniem ich na cmentarz żydowski

w Łaskarzewie.

zdjęcie nr 18 – furmanki, na których znajdują się dzieci, matki

i starcy wysiedleni z Zamojszczyzny a przywiezieni 23 grudnia 1942

i ulokowani w drewnianych willach ”Świt”, ”Hermanówka”

i ”Lublinianka”. Zdjęcie zrobiłem z okien pierwszego piętra budyn-

ku położonego w Łaskarzewie przy ul. Alejowej, w którym mieścił

się zarząd gminy Łaskarzew – osada z zakładu fotograficznego Jana

Jaworskiego i Leona Mądrego. Ilość wysiedlonych z Zamojszczyzny

przywiezionych wozami z Sobolewa do Łaskarzewa przekraczała 100

osób /liczby dokładnej nie pamiętam/. Znakomitą większość wysie-

dlonych stanowiły dzieci w wieku przedszkolnym i początkowych

klas szkoły powszechnej, nieliczne były matki bądź dziadkowie

w podeszłym wieku. Z nazwisk, które pamiętam to: Serwatka z córką A

Apolonią i synem Czesławem, Kołakowska z dwoma córkami, Nowosad

/zdaje się, że o imieniu Michał – zmarł w Łaskarzewie/ z wnukami.

Nazwisk pozostałych dzieci i ich opiekunów względnie matek nie

przypominam sobie.

  • 51 –

Z wywiadów przeprowadzonych z dorosłymi wysiedlonymi ustaliliśmy,

że przyjazd ich do Łaskarzewa był wynikiem akcji pacyfikacyjnej

przeprowadzonej przez okupanta hitlerowskiego na terenie Zamoj-

szczyzny. Inne grupy, też bardzo liczne, zostały skierowane do

Stoczka Łukowskiego i innych miejscowości. Stan sanitarny

dzieci i dorosłych był okropny, a warunki podróży urągały wszel-

kim zasadom humanitarnym. Wysiedleni byli bardzo zmęczeni,

straszliwie zawszeni, dzieci wychudzone, nędznie ubrane, pozba-

wione ciepłej odzieży mimo okresu zimy. Ich dobytkiem były jedy-

nie rzeczy osobistego użytku i to w bardzo skromnym rozmiarze.

W pierwszych dniach ich pobytu główny nacisk położono na rozlo-

kowanie, zaprowiantowanie, zaopatrzenie w ciepłą k odzież , a

przede wszystkim na walkę z wszawicą, co pociągało za sobą nie-

bezpieczeństwo zakażenia tyfusem plamistym.

Oprócz członków Polskiego Komitetu Opiekuńczego / Kazimiera

Pasteszko-Poświata, Szymański, Urawski Józef, Stanisław

Brzostowski/ dom akcji tej włączyli się Antoni Poświata,sekre-

tarz gminy Łaskarzew – wieś i Łaskarzew – osada Antoni

Łapacz i Roman Jarząbek , Żelechowska Władysława oraz inni

mieszkańcy Łaskarzewa, a z ramienia AK – ”Furor” /Danuta Lon-

gina Majkówna/, ”Grab” /Antoni Brzostowski/, ”Prędki” /Antoni

Jasiński/, ”Skoczek” /Tadeusz Skowroński/, Koliński Karol /nie

pamiętam pseudonimu/, autor wspomnień oraz inni.

Bezinteresowną opiekę lekarską nad wysiedlonymi roztoczyła

”Gilza” /moja siostra Leokadia Wołek-Przybylska/ i jej mąż

dr Józef Wołek.

Niektóre dzieci były zabierane przez rodziny mieszkańców z Łas-

karzewa i Warszawy, gdzie przebywały do dnia Wyzwolenia.

  • 52 –

zdjęcie nr 19 – Wielkanoc 1943 roku, jajko w Łaskarzewie u wysie-

dlonych z Zamojszczyzny. Przybywającego ks.Wilhelmiego wita

”Furor”. Przed nimi jedna z matek i dziecko wysiedlone, na przo-

dzie z lewej strony – Stanisław Brzostowski, aktywista Komitetu

Opiekuńczego.

zdjęcie nr 20 – Wielkanoc 1943 roku, jajko w Łaskarzewie u wysie-

dlonych z Zamojszczyzny. Na zdjęciu stoją od prawej ku lewej

stronie: Urawski Józef, Brzostowski Stanisław, ”Furor”

z dzieckiem wysiedlonych na ręku, Jarząbek Roman – sekretarz

gminy Łaskarzew – osada., ks.Wilhelmi, Pastuszko-Poświatowa –

przewodnicząca Komitetu Opiekuńczego w Łaskarzewie, a w dali przy

oknie – jej mąż Antoni Poświata. Pozostałe osoby to wysiedle-

ni z Zamojszczyzny.

zdjęcie nr 21 – Wielkanoc 1943 r. , jajko w Łaskarzewie u wysie-

dlonych z Zamojszczyzny. Inne ujęcie grupy wysiedlonych. W głębi

/od lewej ku prawej/: ks.Wilhelmi, Pastuszko-Poświatowa, ”Furor

/z dzieckiem wysiedlonych na ręku/, Stanisław Brzostowski.

zdjęcie nr 22 – Wielkanoc 1943 r., jajko w Łaskarzewie u wysie-

dlonych z Zamojszczyzny. Koniec uroczystości. Wychodzą ks.Wilhel

dr Józef Wołek, z lewej strony na pierwszym planie – Antoni

Poświata, w głębi – Aleksander Szymański ofiarny i niestrudzony pracowni

Komitetu Opiekuńczego w Łaskarzewie.

W załączniku nr 23 podaję za biuletynem GKBZH w Polsce ilość

osób rozstrzelanych przez okupanta hitlerowskiego na terenie

Łaskarzewa i gminy Łaskarzew. Poza dużą ilością rozstrzelanych

Żydów /Lp. 5 załącznika/ uwagę zwraca częstotliwość i masowość

rozstrzeliwań od listopada 1943 r. Te zbrodnicze akcje były

dziełem stacjonujacego w Łaskarzewie w budynku szkolnym przy

  • 53 –

ul. Szkolnej oddziału Schultzpolizei skierowanego do Łaskarzewa

w celu zwalczania działań partyzancko-dywersyjnych. Ofiarami padali

tak ludzie niezorganizowani, jak i zorganizowani. Straty były bardzo

dotkliwe.

Dnia 12 grudnia 1943 r. rozstrzelano w Romanowie kol.Grzechnika

Stefana, żołnierza AK ps. ”Pies”, podrzucając mu w czasie rewizji

broń i znajdując u niego pracę konspiracyjną.

Dniam18 stycznia 1944 roku ginie ”Rekin”, kol.Filiks Bronisław,

ur.w 1907 roku, ranny uprzednio w Melanowie w dniu 10.10.1943 r.

Chłopiec mego oddziału dywersyjno-szturmowego, odważny i dzielny,

zdecydowany na wszystko. Drogo sprzedał swoją skórę. Poległ w nie-

równej walce z żandarmerią sobolewską, która otoczyła i zaatakowała

młyn w Poliku. Przebywający w młynie ”Rekin” wraz z innymi chłopcami

odpowiedział ogniem i bronił się jeszcze w palącym się zabudowaniu.

Dnia 28 lutego 1944 roku okupant otoczył i spalił wieś Wanaty,

zabijając 109 osób, z tego – 47 dzieci w wieku od 11 dni do 15 lat,

38 kobiet a w tym 5 w wieku od 61 do 68 lat i trzy w wieku 74,

76 i 78 lat,

  • 16 rolników, a w tym jednego w wieku 61 lat a drugiego w wieku 84 lat,
  • 3 młynarzy,
  • po 1 kowalu, piekarzu, robotniku, stolarzu i szewcu.

Wieś Wanaty położona jest ok.5 km od Łaskarzewa. Do niej dnia 21 lutego 1944r

dotarł oddział składający się z 18 osób z grupy Schutzpolizei

stacjonującej w Łaskarzewie. Tego właśnie dnia niepełna drużyna

”Wilczków” /13 chłopców/ pod dowództwem naszego kolegi z podchorą-

żówki ”Maxa” /kol.Kosicki Jan/ biwakowała na skraju wsi Wanaty. Po otrzy-

maniu wiadomości od ”Listka” z Dąbrowy o zbliżaniu się do wsi Wanaty grupy ”szkopów” nasi chłopcy

zaczęli wycofywać się ze wsi Wanaty. Chłopcy, aby uniknąć potyczki w pobli-

żu wsi i nie dać ”szkopom” powodu do zemsty na mieszkańcach Wanat,

  • 54 –

podążyli w głąb lasu. Niemcy jednak odkryli na śniegu ich ślady

i uparcie podążali za wycofującym się naszym oddziałem. Nie było

innego wyboru – trzeba było przyjąć walkę. W odległości około

czterech kilometrów od wsi Wanaty zorganizowano w głębi lasu

zasadzkę. W ostrej walce, jaka wywiązała się pomiędzy naszymi

chłopcami a ”szkopami” zabito pięciu ”szkopów” ,a sześciu raniono,

reszta w popłochu uciekła. Wśród zabitych Niemców był zastępca

komendanta oddziału ”Schupo”. Jak niosła wieść bronił się zaciekle,

jednak i jego, sudeckiego Niemca, doścignęła ręka Sprawiedliwości

za popełnione zbrodnie na polskiej ludności. Nasi chłopcy

ponieśli również straty, – dwu rannych. Długo będę pamiętał widok galopującego

zaprzęgu wiozącego ”szkopa” w nie zapiętym kożuchu z kierunku

Woli Łaskarzewskiej do Łaskarzewa, do budynku zajętego przez

”schupo”. W budynku zawrzało, jak w ulu. A dnia 28 lutego 1944 r.

w nocy przez Łaskarzew przejechało kilka samochodów ciężarowych,

na których wieziono uzbrojonych po zęby oprawców podążających

w kierunku Wanat. Wieś została otoczona w nocy przez ”szkopów”

i własowców, a nad ranem przyjechało jeszcze kilka samochodów ”wła-

sowców”. Zaczęła się rzeź. Zabijano wszystkich mieszkańców, których

zastano w domach lub w obejściach/gospodarskich. Ocalało tylko kilku

mieszkańców Wanat, którzy swoje dzieci mieli doprowadzić do ”Arbeit-

samtu” w celu wysłania ich na przymusowe roboty do Niemiec. Tych,

po okazaniu wezwań, oprawcy wypuścili ze wsi przed rozpoczęciem

rzezi. Z pogromu uratowali swe życie ranni : Julianna Olejnik

i Władysław Górzkowski. Ukrywają się w okolicznych wsiach i przeby-

wają pod troskliwą opieką lekarską. Olejnikową opiekuje się lekarz

Daniel, a Górzkowskim – moja siostra lekarz /ps.”Gilza”/. Zwłoki

i prochy zamordowanych złożono we wspólnej mogile na cmentarzu

w Łaskarzewie. Na mogile krzyż z napisem: ”Tu spoczywają prochy

109 zamordowanych i spalonych 28 lutego 1944 r. we wsi Wanaty.

Z trudu naszego i bólu Polska powstanie by żyć”.

-55 –

Dobytek/osobisty ludności Wanat został przez oprawców zrabowany,

tak, jak i inwentarz żywy.

Nad palącą się wsią krążył niczym sęp wrogi samolot. Może to

przypadek, a może dodatkowe ubezpieczenie ”bohaterskiej akcji”?

W ”tłusty czwartek” 1944 roku oddział ”Schupo” otacza wieczorem

willę ”Lublinianka”, w której mieszkałem na I piętrze. Przez

uchylone drzwi wpada do mego mieszkania wilczur niemiecki i wy-

skakuje na zawołanie swego pana – ”szkopa”. Niemcy wchodzą

do mieszkania Palucisa /nie pamiętam imienia/, żołnierza AK, ps.

”Dąb” mieszkającego na parterze i zabierają go z sobą.

Torturowany nie wydaje nikogo. Rozstrzelany zostaje w lesie

i tam zakopany. Zwłok jego mimo poszukiwań nie udaje się odna-

leźć.

Wzmożona zostaje czujność i ostrożność. Kilka dni po aresztowaniu

”Dęba” likwidujemy mieszkanie na ”Lubliniance” i nocujemy

u krewnych i znajomych. To samo robi Żelechowski Ryszard,

żołnierz Batalionów Chłopskich, mieszkający wraz z rodziną

w bezpośrednim sąsiedztwie ze mną . Przenosi on rodzinę do willi

”Świt” do wysiedlonych z Zamojszczyzny. Po tym ”oficjalnym”

zlikwidowaniu mieszkań w ciągu dnia,wracamy wspólnie z nim

nocą do naszych mieszkań by zabrać broń i umundurowanie, których

w dzień nie można było przenieść. Wydobyte spod podłogi strychu

karabiny /Kb/, rkm typ Browning wz.28, pistolet maszynowy typ

Thompson kaliber 11.6, pistolet Vis oraz mundury niemieckie

wraz z amunicją przenosimy na nowe miejsca.

Placówka i jej żołnierze zostają postawieni w stan alarmowy.

Nikt nie nocuje w swoim domu. Po Łaskarzewie krąży uporczywie

wiadomość, że Schultzpolizei jest w posiadaniu listy osób

  • 56 –

należących do organizacji konspiracyjnych.

W przypadkowo podsłuchanej rozmowie pijanego ”schutza” ”Grab”

/Antoni Brzostowski/dowiaduje się o zamiarze aresztowania komen-

danta naszej Placówki ”Granita” /ppor.Wacława Brzostowskiego/,

którego pijany Niemiec określa nie jako ”bandytę” lecz jako

”politycznego”. Rzecz jasna, że ”Granit” zostaje natychmiast

o tym uprzedzony, a wielokrotne ”wizyty” Schultzpolizei w jego domu

kończą się negatywnym wynikiem dla ”schutzów”. ”Granit” ukrywając

się, uniknął śmierci.

Dnia 25 kwietnia 1944 roku ginie w Łaskarzewie zastępca komendan-

ta placówki AK Łaskarzew kol.Jóźwicki Stanisław, ps.”Wolny”, ur.

w 1910 r. syn Kazimierza i Pauliny oraz Kol.Antoni Jasiński, żoł-

nierz AK ps.”Prędki” ur. w 1915 r. syn Józefa i Jadwigi, a dnia 27 kwietnia 1944 r. w Romanowie poległ kol.Gnat Józef , ps.”Dąb II”, ur. w 1913 r. syn Jana i Marianny.

Dnai 1 maja 1944 roku ginie ”Piekarz” /kol.Józef Kliczek, lat 23/

zabrany w nocy z 25 na 26 kwietnia 1944 roku przez ‘‘schupowców’‘ ”schutzów”.

Szczegóły tych tragicznych dni podaję w dalszej treści wspomnień.

Po wielu natarczywych prośbach otrzymuję w połowie 1942 r. od komendanta Rejonu ”Listka” /p .Antoniego Płatka/ wiadomość, na którą czekałem

z utęsknieniem. Zostaję nareszcie skierowany do konspiracyjnej

Szkoły Podchorążych Piechoty, którą powołano przy komendzie

Obwodu.Radość moja nie miała granic. Z tego okresu pochodzi

zdjęcie nr 24 zrobione 15.8.1942 r. w dniu Wojska Polskiego.

Stoją na nim – na planie pierwszym od strony lewej ku prawej:

”Prędki” /Antoni Jasiński/, ”Listek” /Antoni Płatek – komendant

rejonu ”Ryba” – Łaskarzew/, Sokołowski Stanisław /nie pamiętam

xxxxxxx pseudonimu/ oraz w drugim rzędzie od lewej ku prawej – ”Ira

/autor wspomnień/, ”Furor” /Longina Danuta z Majków Przybylska

z cieniem na twarzy/ oraz ”Grab” /Antoni Brzostowski/.

  • 57 –

Zdjęcie zrobione w Łaskarzewie przy ul. Alejowej przed budynkiem

gminy Łaskarzew – osada.

Warunkiem przyjęcia do Szkoły Podchorążych był dobry stan zdrowia.

Badanie w określonym dniu i godzinie przeprowadził dr Soszka

Stefan,ps.”Sas” w Garwolinie. Spodziewałem się zastać w jego

poczekalni innych kandydatów do Szkoły. Tymczasem była tam tylko

jedna pacjentka i ja. Badanie lekarskie skończone; nie znaleziono

przeciwwskazań zdrowotnych w przyjęciu do Szkoły.

Z uwagi na zajęcia w Szkole zmuszony byłem zmienić pracę i z młyna przenoszę

się do Gminy Łaskarzew – osada. Zajęcia w Szkole rozpoczęto w drugiej

połowie 1942 r. Pierwsze spotkanie miało miejsce w mieszkaniu

”Zamorskiego” w Garwolinie, przy ul. Senatorskiej. Z mieszkania

jego korzystaliśmy jeszcze wielokrotnie przy zajęciach teoretycz-

nych. Z innych miejsc naszych spotkań i szkoleń to: budynek miesz-

kalny użytkownika młyna w Garwolinie, lokal wskazany przez komen-

danta Szkoły ”Puchacza” położony za kościołem w Garwolinie przy

ulicy prowadzącej do Unina – Miastkowa /adresu nie pamiętam/,

stodoła należąca do rodziców kol.Jana Piesiewicza ps. ”Czarny”,

stodoła której właścicielami byli rodzice Edwarda Kotlarskiego –

członka Szarych Szeregów, łąki nad rzeką Wilgą, budynek p.Kamasze-

wskiego /za b.koszarami/ i inne, których niestety nie pamiętam.

Wiadomą rzeczą, że pierwsze spotkanie nastąpiło po wymianie

hasła i odzewu. Znałem z grona podchorążaków tylko ”Zochę” vel

”Zamorskiego”. Innych poznałem z pseudonimów i wyglądu zewnętrz-

nego, a później – na skutek zaistniałej rzeczywistości – uchyli-

liśmy trochę więcej o sobie wiadomości.

Pierwszym kursem w konspiracyjnej Szkole Podchorążych Piechoty

zostali objęci koledzy:

  • 58 –
  • Czajka Wacław, ps. ”Zamorski”
  • Dziugiel Stanisław, ps.”Góra”
  • Gałązka Stanisław, ps.”Komar”
  • Kosicki Jan, ps.”Max”
  • Osiński , ps.”Robert”
  • Piątkowski ps.”Kujawiak”
  • Polcer Jan, ps. ”Ronay”
  • Przybylski Ignacy, ps. ”Ira” /autor wspomnień/

Godziny zajęć nie zawsze przebiegały spokojnie i bez zakłóceń.

Znajdując się któregoś dnia w budynku położonym za koszarami

w Garwolinie należącym do Komaszewskiego podczas prowadzo-

nych zajęć zajeżdża nagle d na podwórze samochód z niemiecką

żandarmerią wojskową. Zatrzymuje się, cofa do tyłu,zakręca

i wyjeżdża z podwórza. Ogólne zaskoczenie trwa sekundy.

Na stole zjawiają się błyskawicznie karty, kieliszki i wódka.

Wymieniamy swoje imiona, rzucamy gorączkowo powód naszego spotka-

nia i w tym momencie samochód wyjeżdża z podwórza tak nagle, jak

tam wjechał.

Doszliśmy wówczas do wniosku, że powinniśmy przyjąć jakieś ”nie-

winne” założenie naszych spotkań i przekazać sobie co najmniej

garść podstawowych o sobie wiadomości w powiązaniu z przyjętym

założeniem.

Tak nastąpiła częściowa dekonspiracja.

Wódka, kieliszki zniknęły ze stołu tak nagle, jak się na nim

zjawiły, a dalsze zajęci przebiegały w tym dniu już bez zakłó-

ceń. Podobną niezapowiedzianą wizytę złożyli nam podczas zajęć

naszych prowadzonych w Garwolinie przy ul.Senatorskiej, żandar-

mii niemieccy Kube i Knopf. Był to środowy dzień targowy.

  • 59 –

Zajęcia były prowadzone przez ”Ziuka” w pokoju Janiny Pruby, który

połączony był z mieszkaniem kol. ”Zamorskiego” przez wspólną

kuchnię. Okno pokoju wychodzącego na ulicę było przysłonięte

drewnianą okiennicą. Na stole w pokoju znajdowała się rozłożo-

na mapa, a o ścianę stał oparty karabin. Zostajemy poderwani

gwałtownymi uderzeniami w okiennicę i głosami Niemców. Część

kolegów wyjściem przez kuchnię wybiegła do zabudowań gospodar-

czych w podwórzu i ogrodzie, unosząc ze sobą karabin. Ze stołu

znika mapa, a na nim zjawia się wódka z kieliszkami, karty do gry,

talerz z kawałkami chleba i kiełbasy. Kolega ”Zamorski” wychodzi

naprzeciwko Niemcom, którzy już z bronią w ręku wtargnęli do

kuchni. Spotykają się w drzwiach pokoju: Kube żandarm niemiecki

i ”Zamorski” zapraszający do środka i wyjaśniający cel spotkania

gromadki młodych ludzi. Chyba tylko dlatego, że Kube znał ”Zamor-

skiego” z pracy w komórce ewidencji ludności magistratu, zdarzenie

to zakończyło się dla nas szczęśliwie. Żandarmi uwierzyli, że

”opija się” zawartą transakcję targową, a trafili do nas przypad-

kowo, myląc wejście do domu, który był celem ich wizyty. Ze spo-

kojem i opanowaniem wyprowadził Niemców z mieszkania,

wskazując im adres, którego szukali w celu załatwienia jakiejś

swojej sprawy. I tym razem szczęście nam sprzyjało, jednak w związ-

ku z tymi przypadkami, zostały podjęte środki ostrożności. Zajął

się tym kol. ”Zamorski” vel ”Orle Oko”, ubezpieczając nas uczest-

niczących w zajęciach na terenie skupiska miejskiego w Garwolinie

poprzez posterunki alarmowo-obserwacyjne z ”Szarych Szeregów”.

Komendantem Szkoły był kpt. Leopold Aksman vel Poldkowski ps.

”Puchacz”. Był on także jednym z wykładowców. Poza nim wykłady

prowadzili /podaję w porządku alfabetycznym/: Gepert Kazimierz

  • 60 –

/nie pamiętam pseudonimu/

Matysiak Wacław /ps.Ziuk/, Walczak Władysław /ps.Kukułka/,

Wojciechowski Kazimierz /ps. ”Korba” vel ”Spust”/ oraz o inni,których nazwisk

nie pamiętam.

Programem szkolenia były objęte między innymi takie zagadnienia

jak: walka /natarcie, obrona , walka leśna i nocna, zasadzka itp./,

służba polowa /marsze, postoje i związane z tym ubezpieczenie/,

łączność i obserwacja, terenoznawstwo, szyki i poruszanie się,

prowadzenie ognia, nauka o broni, zaopatrzenie, doraźna pomoc

w nagłych wypadkach. Wykładowcy uwzględniali na zajęciach zasady

trudnej sztuki dowodzenia oraz dzielili się swoimi spostrzeżeniami

i doświadczeniem nabytym w walkach z wrogiem. Zajęcia teoretyczne

uzupełniane były praktyką walk nocnych, powoływaniem na tzw.

koncentracje mające między innymi na celu osłonę zrzutów oraz

przeprowadzanie akcji zbrojnych – dywersyjnych przeciwko aparatowi

okupanta. Pozwoliło to nam na ugruntowanie wiadomości oraz ich

przyswojenie jak również na oswojenie się z walkami partyzanckimi

i dywersją. Uzbrojenie i ekwipunek każdy z nas załatwiał we włas-

nym zakresie. Lornetkę miałem do swojej dyspozycji, mapnik zrobił

dla mnie ”Prędki”, a z dostępem do broni nie miałem trudności.

Dlatego też mogłem opanować do perfekcji jej budowę, a wiadomości

z tego zakresu chętnie przekazywałem kolegom. Sztuki dowodzenia

uczyłem się”na żywo” od dnia kiedy zostałem dowódcą grupy dy-

wersyjnej. Ćwiczenia przeprowadzałem w lasach podzameckich wraz

ze swoimi chłopcami z Łaskarzewa i z placówki nr 12 /Podłęż/. Wśród

ćwiczących byli podoficerowie rezerwy, uczestnicy walk wrześnio-

wych. Z nimi konsultowałem założenia ćwiczeń oraz niejednokrotni

korzystałem z ich doświadczenia nabytego w kampanii wrześniowej.

  • 61 –

Zanim wyznaczono mnie na dowódcę samodzielnej grupy dywersyjno-

szturmowej, zostałem wcielony do plutonu partyzanckiego pod

dowództwem ”Dęba” vel ”Granita” – ppor. Wacława Brzostowskiego,

komendanta placówki Łaskarzew.

Przed wcieleniem ponowna przysięga. Z tego okresu utrwaliła mi się

w pamięci akcja przeprowadzona w nocy z 21 na 22 czerwca 1943 roku

na terenie całego Obwodu, której celem było zniszczenie sieci tele-

komunikacyjnej przy szosach i liniach kolejowych. O ile sobie

przypominam oddział xx nasz liczył około 15 ludzi. Poza dowódcą

ppor. ”Granitem” w tej akcji udział wzięli /wymieniam w porządku

alfabetycznym tych, których pamiętam/: Brzostowski Antoni /”Grab”/, przewożący broń do punktu zbornego,

Filipowicz Józef /”Brzoza”/ Górczyński Marian /”Dolina”/, Grudniak

Andrzej Marian /”Grom”/, Jasiński Antoni /”Prędki”/, Jóźwicki

Stanisław /”Wolny”/ – zastępca komendanta naszej Placówki/, Maje-

wski Stanisław /”Koło”/, Pach Janusz/”Burza”/, Przybylski Ignacy

/”Ira”/, – autor wspomnień/, Sierański Franciszek /”Tygrys”/, Urawski

Józef /”Lew”/. Przed akcją ”Granit” uczestniczy w odprawie w Garwol

nie, na której omówione zostały szczegóły akcji i wyznaczone

zadania. Po zakończonej odprawie ”Granit” odbiera dwa rewolwery,

siekierkę i nożyce do cięcia drutu, ładuje to wszystko do teczki

i wraca do Łaskarzewa. Jedzie w Garwolinie ulicą Długą i – aby

nie jechać główną szosą – jedzie trasą inną poprzez kładkę na rzece

Wildze i dalej łąkami przez Aleksandrówkę ma zamiar dojechać do

bocznej drogi prowadzącej do Łaskarzewa. Zadowolony, że dostał

krótką broń, której nigdy nie było za dużo, skręca z ul.Długiej

w kierunku rzeki Wilgi. Zjazd był dość stromy, a z ulicy ścieżyna

prowadziła do kładki na rzece. Jakież było zdziwienie ”Granita”,

gdy wyjechawszy zza zabudowań i znalazłszy się na ścieżynie, zoba-

czył stojących przy/kładce,do której zmierzał,dwóch żandar-

mów. Nie było czasu na to, by zawrócić i wycofać się. Jedzie bowiem

  • 62 –

dość szybko, a nagły zwrot do tyłu może stać się podejrzany

żandarmom. Kontynuuje więc jazdę i na kilka kroków przed żandar-

mami zeskakuje z roweru, zwalnia bieg a przechodząc obok nich

wchodzi spokojnie na kładkę.

Żandarmi go nie zatrzymują, gdyż w rzece kąpią się ich koledzy,

których ubezpieczają a ”szwargocąc” z kąpiącymi nie przypuszcza-

ją, że tak śmiało jadący na rowerze w ich kierunku człowiek może

być ich potencjalnym wrogiem. Do dzisiejszego dnia ”Granit” prze-

chowuje siekierkę, która była świadkiem tego zdarzenia.

Xxx xxxxx. Zbiórka grupy późnym wieczorem, omówienie i podział za-

dań oraz rozpoczęcie ubezpieczonego marszu przed północą w kierun-

ku szosy Warszawa-Lublin, zwanej przez nas ”lubelską szosą”.

Noc jasna, księżycowa. Idziemy lasami i polnymi ścieżynami i drogami

idziemy my ”leśni”. Tak nazywano potocznie na naszym terenie

partyzantów. Na miejsce wykonania zadania docieramy po dość

forsownym marszu, jesteśmy bowiem nieco spóźnieni. Nasz dowódca

wie, że chłopcy z innych placówek mają wykonać zadanie takie samo,

jak my. W udziale przypadł nam odcinek przy szosie Warszawa-Lublin,

niedaleko od drogi prowadzącej od tej szosy do Górzna. Szosa

Warszawa-Lublin na tym odcinku jest trochę pofałdowana. Od strony

Lublina na jednym ze wzniesień widoczne reflektory samochodów.

Ubezpieczenie w kierunku szosy zostało już wysłane. Dojście do

słupów trochę utrudniają dość wysokie o tej porze roku zboża.

Pierwszy słup wraz ze słupami wspierającymi został ścięty i zawisł

w powietrzu, wisząc na drutach telefonicznych. Trzeba było ściąć

jeszcze kilka słupów, by dotrzeć do izolatorów i do drutów.

Akcja przebiega sprawnie. Pękają trzaskane izolatory, świszczą

i kłębią się przecinane druty telefoniczne, które Ziutkowi Urawskie-

mu zrywają z głowy czapkę. Nie odnajdujemy jej i nie chcąc pozosta-

  • 63 –

wić wyraźnych swoich śladów niesiemy go w drodze powrotnej do

najbliższego strumienia. Przechodzi nim dłuższy odcinek drogi i

dołącza do nas. Zadanie zostało wykonane.

Jadąc po upływie dwóch dni do Garwolina oczy radowały się wido-

kiem naprawianych pośpiesznie w kilku miejscach uszkodzonych linii

telefonicznych. Polska opinia publiczna z radością przyjęły te

akty dywersji tak, jak i inne czyny ”leśnych”.

Żołnierze naszego oddziału partyzanckiego brali także udział

w osłonie zrzutów. Przed tymi akcjami zwoływano nas w trybie

alarmowym na tzw. koncentracje i w zależności od sygnałów otrzymy-

wanych z radia BBC bądź kontynuowano akcję, bądź też wracano do

domów z koncentracji /z punktu zbornego/. Kilkakrotnie wracaliśmy

zawiedzeni i zmartwieni, gdyż znaliśmy przyczyn odwołania

akcji ubezpieczenia zrzutu. Nie wiadomo bowiem było, czy samolot

wiozący do naszego kraju broń, sprzęt i ludzi musiał zawrócić

z drogi, czy też został zestrzelony, czy też może nie wystartował.

Było to zmartwieniem nas wszystkich. A ileż to radości sprawił

pomyślnie zakończony lot, z którego przyjęto ludzi oraz pojemniki

z bronią oraz sprzętem.

Siły partyzanckie, w tym także pluton partyzancki

z rejonu ”Ryba” /Łaskarzew/ wzięły udział w akcji na majątek

Sobienie Szlacheckie w okolicy Sobień Jezior. Majątek ten był

pod zarządem niemieckiego Liegenschaft’u. Grupę chłopców z rejonu

Łaskarzewa doprowadził na miejsce koncentracji ppor.”Granit”.

Na te akcję tak, jak i na inne, broń przewozi do leśniczówki w Izdebnie i wydaje ”Grab” chłopcom z naszej placówki. Obserwując wóz zaprzężony w małego

konika i wysoką, smukłą sylwetkę ”Graba” trudno było się nie śmiać

gdyż grupka ta przypominała karykaturalne ilustracje z Don Kichota.

  • 64 –

Zgodni byliśmy co do tego, że wóz i konik powinien po zakończonej

wojnie trafić do/muzeum. Pisząc o ”Grabie” nie sposób pominąć zorga-

nizowanej przez niego grupy mającej na celu usprawnienie akcji przemiesz

czania broni, amunicji i sprzętu. Należą do niej: Franciszek Kopik,

ps.”Czajka” oraz Władysław Jasiński, ps.”Wróbelek” brat ”Prędkiego” – młodzi

chłopcy urodzeni w 1927 czy 1928 roku. Ich młody wiek znacznie

ułatwiał wykonywanie bardzo niebezpiecznych i ryzykownych przedsię-

wzięć. Siadali bowiem na snopkach słomy, na workach z sieczką względ-

nie na innych ładunkach, pod którymi ukryta była broń. ”Grab” korzy-

stał także z nich przy powiadamianiu zainteresorwanych o miejscach

i terminach spotkań w celu odbioru broni.

Wracajmy jednak do akcji, której celem miało być zniszczenie przede

wszystkim dużych młockarni w tym majątku. Akcję przeprowadzono

w nocy z 1/2 sierpnia 1943 roku. Całością akcji kierował kapitan

Czesław Benicki ps. ”Komar”, który też wyznaczył zadania poszczegól-

nym grupom, a mianowicie: jedna grupa z rkaemem stanowiła ubezpiecze-

nie akcji od strony Osiecka, druga natomiast z ckaemem od strony

Sobień Jezior. Grupa pierwsza miała przeciąć linię telefo-

niczną. Sam kapitan Benicki wraz z ppor.”Granitem” miał obezwład-

nić wartowników, dokonujących obchodu. Chodziło bowiem głównie o”bez-

szmerowe””wykonanie zadania to jest o wysadzenie młockarni i wyco-

fanie bez nawiązania walki. Zabicie Niemca pociągało zawsze za sobą

represje w stosunku do Polskiej ludności, a w walce taka możliwość

zawsze istniała i jeśli nie zachodziła konieczność – należało jej

uniknąć. Wykorzystując przerwę w obchodzie posterunku wartowniczego,

kpt. ”Komar” i ppor. ”Granit” doskoczyli do pałacu i stanęli za

narożem budynku tak, aby móc zaatakować wartowników w momencie

ich pojawienia się.

  • 65 –

Niestety moment zaskoczenia nie powiódł się. Kapitan Benicki

zdołał odebrać broń pierwszemu Niemcowi, a drugi znajdujący się

o dwa kroki z tyłu strzela do atakującego go ”Granita”, którego

poważnie rani, roztrzaskując zarazem rękojeść pistoletu ”Vis”.

Strzały zaalarmowały załogę pałacu znajdujący się tam Niemcy

otwarli z okien pałacu bezładny, ale silny ogień,strzelając

świetlnymi pociskami. Odgłosy strzelaniny ściągają pomoc żandar-

merii z Sobień Jezior. Nadciągającej odsieczy stawia czoło grupa

ubezpieczająca akcję od strony Sobień Jezior.

Po oddaniu z broni maszynowej przez naszych chłopców kiłku

serii broń zacina się. Atakujący żandarmii puszczają przed siebie

swoje wilczury. Jeden z nich doskakuje do ”Prędkiego”, który

łapie karabin za lufę i kilkoma uderzeniami kolby uwalnia się

od atakującego psa, po czym wycofuje się wraz ze ”Słońcem” kol.

Kliczkiem Franciszkiem. W międzyczasie trwa gorączkowe zakładanie

ładunków wybuhhowych przy młocarniach. Realizuje to ”Dolina”

/Górczyński Marian/ – saper z naszego oddziału wraz z jednym

chłopcem z Garwolina. Czas nagli, a nerwowość towarzyszy tym

czynnościom, które – jak twierdzi ”Dolina” – dalekie były od

czynności określonych regulaminem przygotowania i zakładania

ładunków wybuchowych. Wreszcie zapalono lonty. Chwile nerwowego

wyczekiwania biegną bardzo wolno. Tak przynajmniej im się wyda-

wało. Myśli kłębią się. Raz jeszcze ”Dolina” odtwarza w myśli

wykonane czynności. Wszystko w zasadzie wykonano dobrze, a wybuch

nie następuje. Wreszcie jest. Potężna detonacja targa powietrzem,

przygniata ich do ziemi – a serce gra radością. Zadanie wykonano.

Ranny ”Granit” zostaje skierowany do polowego punktu opatrunkowe-

go. tam też jest i drugi chłopiec lżej ranny w nogę. Opatrując

  • 66 –

”Granita” okazało się, że pociski rozerwały mięśnie ramienia oraz

dłoni i konieczna jest pomoc lekarza.

Ranny ”Granit” zostaje doprowadzony do Pilawy. Tu mdleje, a spro-

wadzony lekarz udziela mu pomocy. Bieg wydarzeń uniemożliwił

transport rannego do warszawskich szpitali i z konieczności rannego

”Granita” kumieszczono w Garwolinie w prywatnym mieszkaniu w związku

z przejściowym brakiem możliwości skierowania go do miejscowego

szpitala. Na tym jednak nie kończą się – skromnie mówiąc – kłopoty.

Rannego przenosi się do wsi Sławny, pozostawiając go w budynku,

w którym składano do druku ”Apel” /czcionki drukarskie/.

Na domiar złego następnego dnia rano Niemcy otaczają wieś i chodzą

od budynku do budynku z bronią gotową do strzału,szukając jednego

z jej mieszkańców. O ucieczce nie ma mowy. Ranny jest zbyt wyczer-

pany, gorączkuje. Z izby znikają czcionki drukarskie i inne kom-

promitujące materiały. Niemcy wchodzą do sieni i w tym samym czasie

z izby, w której leży ranny ”Granit” wychodzi naprzeciw nim kolega

zecer R. Ciszek. Na pytanie Niemców czy tu mieszka taki to a taki /wymieniają

nazwisko poszukiwanego/, odpowiada, że nie. Niemcy ”poszwargotali”

i o dziwo zadowolili się udzieloną odpowiedzią i wyszli. Zimna

krew i opanowanie były i tym razem sprzymierzeńcem, nie mówiąc

już o dużym szczęściu. ”Granit” w narzuconym na ramiona płaszczu

wychodzi z domu i ukrywa się w dole d za kupą kamieni w strefie

znajdującej się już poza zasięgiem działania Niemców. Po jakimś

czasie zgodnie z umową przychodzi do ”Granita” kolega zecer i do-

prowadza go do lasu w okolice gajówki, znanej ”Granitowi”

z konspiracyjnych zebrań. ”Granit” pozostaje w lesie, a zecer

udaję się do Garwolina po pomoc. Pomoc nadchodzi przed wieczorem

i stamtąd ”Granit” zostaje przewieziony drabiniastym wozem między

  • 67 –

innymi przez brata kpt. Benickiego, Henryka do szpitala w Garwolinie

i przekazany pod opiekę dra Soszki, ps.”Sas”. Leży w izolatce

na/drzwiach której umieszcza się napis informujący o tym, że

przebywa tam chory na zakaźną chorobę. Dr Soszka zajmuje się

bardzo troskliwie rannym i pozostawia pod opieką pielęgniarską

siostry zakonnej. Zdawało by się, że koniec cierpień i udręki.

Niestety tak nie jest. Po około tygodniowym pobycie ”Granit” musi

opuścić szpital w obawie przed aresztowaniem, a siostra zakonna

wyprowadza go ze szpitala przez kaplicę. Szpital jest ”oczyszczony”

ranny wraca do Łaskarzewa i tuz przez długi jeszcze okres jest

leczony przez ”Gilzę” i jej męża, odzyskując powoli zdrowie.

W wyniku zaleczonych ran pozostaje trwałe kalectwo.

Na kostki trotylu przeznaczone na akcję pod Sobieniami padło

przed tą akcją światło elektrycznej latarki żandarmów sobolewskich.

Trotyl zapakowany w niewielkiej paczce, przyniósł ”Granit”

do mieszkania ”Furor” z prośbą o jej przechowanie.

Paczkę przyniesiono rano, a ”Furor”, spiesząc się do pracy

i niewiele mając czasu, położyła ją na półeczkę w jednej z piwnic.

Piwnice były w dalszym ciągu eksploatowane mimo spalonego budynku,

a wchodziło się do nich dwoma oddzielnymi wejściami od podwórza.

Trudno było przewidzieć, że do piwnicy za kilka godzin wejdzie

żandarmeria z Sobolewa i będzie ją penetrowała. Na tylnej ścianie

piwnicy były ułożone w kilku warstwach dachówki, pozostałe po

domu spalonym we wrześniu 1939 roku. Żandarmów interesowały głów-

nie dachówki. Jak nas poinformował po południu ”Długi Lis”, brat

”Furor”, żandarmi oświetlali głównie ułożoną dachówkę, dokładnie

penetrując warstwę po warstwie i tylną ścianę piwnicy. Półkę,

na której był trotyl,muśnięto jedynie światłem latarki. Według

wszelkiego prawdopodobieństwa żandarmii szukali za warstwami

  • 68 –

dachówek zamaskowanego wejścia do innej piwnicy, w której

mogli być przechowywani Żydzi. Przyszła moja teściowa, Julianna

Majek, została bowiem zadenuncjonowana w związku z przechowy-

waniem i udzielaniem pomocy ludności żydowskiej. Przypuszczam,

że takie właśnie a nie inne ukierunkowanie rewizji nie dopro-

wadziło do wykrycia trotylu, który został przekazany po tym

wypadku na przechowanie w inne miejsce.

Sobienie nie były szczęśliwe dla Ruchu Oporu. Akcja AK przeprowa-

dzona była z niedzieli na poniedziałek z 1 na 2 sierpnia 1943 r.

Nie wiedząc o tym, ani też o jej przebiegu, żołnierze Batalionów

Chłopskich zaplanowali i podjęli akcję o tym samym zamiarze

następnej nocy tj. z 2 na 3 sierpnia 1943 r.

Byli o tyle w gorszej sytuacji, że okupant wzmógł czujność

i zwiększy siły w okolicach Sobień Jezior. Oddziały B.Ch.

nie dotarły do celu. Doszło bowiem tej nocy do walki w Wildze

pomiędzy nimi a siłami niemieckimi. Nie znam niestety bliższych

szczegółów tej akcji, w której brał udział mój kolega, żołnierz

Batalionów Chłopskich – Ryszard Żelechowski.

W nocy z 19 na 20 sierpnia 1943 r. dochodzi do następnej

tragedii. W potyczce,stoczonej przez grupę pięciu naszych

chłopców ”Grom”, ”BurzaŻ”, ”Wolny II i jego brat oraz Kliczek Henryk

z siłami niemieckimi w okolicach pomiędzy wsią Skurcza i Wilgą,

zostaje ciężko ranny ”Wolny II” – Kondej Antoni z Aleksandrowa .

Chłopcy ostrzeliwując się, zdołali zabrać rannego kolegę,

któremu z pomocą lekarską śpieszy ”Gilza”, lekarz naszego rejonu.

Chłopcy z naszej placówki w sierpniu 1943 r. uczestniczą także w akcji na tuczarnię

i niemiecki sklep w Garwolinie. Droga, jaką wybrali chłopcy, by

dojść na miejsce akcji,wiodła przez Sulbiny Górne i według

  • 69 –

posiadanego rozeznania wolna była od Niemców. Jakież było zdzi-

wienie, gdy w poświacie księżyca zauważono przy wjeździe do ma-

jątku Sulbiny Górne uzbrojonego Niemca. W oka mgnieniu został

rozbrojony. Obustronne zaskoczenie było tak duże, że Niemiec

po rozbrojeniu, wydając z przerażenia histeryczny, dziki krzyk

zdołał się wymknąć i zaalarmował Niemców znajdujących się

we dworze. Kiedy ci oprzytomnieli i rozpoczęli chaotyczną strze-

laninę nasi chłopcy zdążyli odskoczyć, nie ponosząc strat,

a przeciwnie – bogatsi o zdobytą broń i oporządzenie Niemca.

Z akcji na tuczarnie tym razem zrezygnowano. Powtórna akcja,

przeprowadzona po upływie tygodnia od tego zdarzenia, dała właś-

ciwy rezultat. Chłopcy dotarli szczęśliwie do celu,

a łupem ich padło kilkanaście sztuk trzody chlewnej. Nie obyło

się także i tym razem bez przygód. Przy przejeżdżaniu przez

rzekę Wilgę załamał się wóz załadowany świniami, które trzeba

było przenosić na inne wozy. Czynność tę wykonano sprawnie,

a chłopcy mieli na długi okres zabezpieczone zaopatrzenie w mięso

i wędliny, które zrobili we własnym zakresie. W ten sposób reali-

zowano nakreślony plan zaopatrze-

nia oddziałów partyzanckich w żywność. Oddziałom tym i kwater-

mistrzostwu Obwodu potrzebna była nie tylko żywność. Trzeba

było i obuwia, i skór, i innych niezbędnych artykułów przemy-

słowych. Tych dostarczyła akcja przeprowadzona 14.7.1943 r. przez oddział

partyzancki na niemiecki sklep w Garwolinie. Chłopcy na tę

akcję jechali furmankami. Droga wiodła wzdłuż toru kolejowego.

Przejechali obok wojskowego kolejowego transportu wojska niemiec-

kiego, nie otwierając ognia. Taki bowiem był rozkaz – ogniem

odpowiedzieć na ogień. O romantyczna brawuro! Mimo zdecydo-

– 70 –

wanej przewagi wróg nie zaatakował i chłopcy szczęśliwie minęli

transport. W czasie tej nocnej akcji w Garwolinie niemieccy ”bohaterowie” też

nie mieli odwagi wychylić nosa ani z koszar, ani też z innych umoc-

nionych punktów. Ograniczyli się tylko do sygnalizowania rakietami

o zauważonym zagrożeniu i na tym poprzestali. A przecież ta akcja

nie była akcją ”bezszmerową”, gdyż zabezpieczone kratami wejścia

do sklepu i magazynów trzeba było wyważyć. Przy wykonywaniu tych

czynności wśród nocnej ciszy odgłosy wyważanych krat i drzwi, zrywanych

kłódek rozchodziły się głośnym echem po pogrążonym we śnie Garwolinie,

oddając – niby salut armatni – część ludziom Podziemia.

A następnego dnia przybył jeszcze jeden czynnik do skarbnicy

walki psychologicznej z okupantem. Ludzie widzieli ”piechoty pełne

błonia”, a tymczasem zrobiła to garstka zdecydowanych na wszystko

chłopców.

Z okresu tego pochodzą zdjęcia nr 26 i 27

Innym kanałem biegły wytyczne dla kol. Sokołowskiego Stanisława

/nie pamiętam pseudonimu/. Zadaniem jego było prowadzenie nasłuchu

audycji radia BBC i przesyłanie do komendy Obwodu meldunków o odbie-

ranych zaszyfrowanych komunikatach. Komunikaty najczęściej zaszyfro-

wane były w melodiach, a jeśli były w innej formie przesyłane –

pozostało to dla mnie tajemnicą. Kol. Sokołowski pilnie przestrzegał

wykonania nałożonych na niego działań. Radio ukryte w jego mieszkaniu

w przemyślnie wykonanym schowku, dobrze odbierało audycję BBC i inne.

Zdjęcie nr 25 wykonane przeze mnie 12 lipca 1943 roku, prezen-

tuje kol. Sokołowskiego Stanisława przy czynności nasłuchu. Czynności

  • 71 –

swe mógł wykonywać także i w ciągu dnia, gdyż pozwalała mu na to

funkcja inkasenta gminy Łaskarzewa – osada. Czas pracy miał nie

kontrolowany, a pod pretekstem załatwiania spraw urzędowych zała-

twiał wszelkie poruczone zadania wywiadowczo-obserwacyjne. Mając

prywatne radio używane do celów ”służbowych” miał prawo oczekiwać

świadczenia ”służbowych” usług konserwacyjnych. Takie zostały mu

zabezpieczone przez kol.Domańskiego /nie pamiętam imienia

i pseudonimu/, znawcy tajników radiotechniki. Mieszkał on w Łaska-

rzewie przy ul. Alejowej na pierwszym piętrze w domu należącym do

Komorowskiego. Nie wiem skąd przybył na teren Łaskarzewa, w którym

znalazł przyjaciół i kolegów. Odważny oraz nie tracący refleksu

i zimnej krwi. Dał tego dowód podczas niespodziewanej wizyty

żandarmów niemieckich z Sobolewa. Oceniając przebieg tego zdarzenia

z perspektywy czasu wydaje się mało prawdopodobne, by żandarmii

w poszukiwaniu tzw. ”szmuglu” /towaru, którym handel był zakazany

przez okupanta/ udali się do mieszkania kol.Domańskiego zamiast

do Komorowskiego, który prowadził sklep mięsno-wędliniarski.

Niemcy dobijają się do mieszkania kol.Domańskiego, który nie otwie-

ra. w mieszkaniu radioaparat i aparat nadawczy oddany do naprawy

przez naszych chłopców. Stojący na zewnątrz ”Listek”, ”Grab”

i Ziutek Urawski /”Lew”/ obserwują z niepokojem przebieg wydarzeń.

Nagle przez okno pierwszego piętra wychyla się postać kol. Domań-

skiego, który skacze na ulicę i wolnym krokiem idzie w stronę

rynku, oddalając się od zagrożonego miejsca. Żandarmii nie weszli

do mieszkania, zeszli na dół i złożyli ”wizytę” Komorowskiemu.

A jednak odważnym szczęście sprzyja. Po tym wypadku kol.Domański

naprawiał uszkodzone aparaty w innych miejscach, a między innymi

w leśniczówce kol.Teodora Pawłowa /nie znam jego pseudonimu/.

  • 72 –

Mimo jednolitego frontu antyhitlerowskiego zdarzały się przy-

padki pisania anonimów lub wręcz bezpośrednich ustnych donosów

i oskarżeń. Dlatego też takie punkty, jak posterunki granatowej

policji i poczta oraz gminy musiały mieć swoich ludzi tzn.ludzi

z podziemia lub współpracujących z podziemiem. Posterunek granatow

wej policji, gdy komendantem był Kazimierz Smożewski

był opanowany przez nas. Na poczcie – jak się później okazało –

był nasz chłopiec, kol.Gładysz Franciszek /pseudonimu nie pamię-

tam/, do którego zadań należała cenzura korespondencji z wyłącze-

niem korespondencji gmin Łaskarzew osada i Łaskarzew – wieś.

Korespondencja z gmin była cenzurowana przez ich sekretarzy

i przez nas, pracowników gmin. Ostrożność taka była może i zbędna,

może i konieczna. Zbędna, dlatego że – jak się później okazało – Komenda

Obwodu też miała w urzędzie pocztowym Garwolin swoje ”wtyczki”,

których zadaniem była cenzura korespondencji adresowanej do urzę

dów niemieckich. Nie tylko na poczcie w Garwolinie czuwali

nasi ludzie. Dzielenie kroku w tym zakresie dotrzymywał Garwoli-

nowi w tym zakresie urząd pocztowy w Sobolewie. Stamtąd – za pośrednictwem

Bronisława Freliszki mieszkańca Łaskarzewa i dobrego Polaka –

dotarł do nas anonim adresowany do żandarmerii sobolewskiej.

Anonim ten Bronisław Freliszka przekazał ”Grabowi” /Antoniemu

Brzostowskiemu/. W ruch poszła machina powiadamiania. ”Okrzejka”

/Antoni Łapacz/ ostrzega Wincentego Kondeja – K.P.Powca.

Inni ostrzegają pozostałych zadenuncjonowanych. Fakt zadenuncjo-

nowania bardzo poruszył nasze środowisko. Anonimu tego nie

miałem w swoim ręku. Nie przypuszczałem także, że już niedługo

po/tym anonimie trafili do moich rąk następny.

W połowie 1943 roku ponownie zbulwersowani zostaliśmy przejętym

  • 73 –

przez Komendę Obwodu ”Gołąb” /Garwolin/ anonimem adresowanym do

Kreishauptmanna w Garwolinie. Anonim nadany był z Maciejowic

listem zwykłym. Nadawcą listu – anonimu był – jak wynikało z koperty

”Bolesław Wichoski – Łaskarzew, ul.Wolska”. Otrzymałem do rozszyfro-

wania anonim zawierający – o ile mnie pamięć nie myli – 15 lub 17

nazwisk, mieszkańców Łaskarzewa, a wśród nich nazwiska należących

do Podziemia oraz osoby nie mające nic wspólnego z konspiracją.

Zawrzało w naszych szeregach. Autor anonimu pisze, że po raz trzeci

zwraca się do władz niemieckich, a tym razem do Kreishauptmanna, gdyż

dwa poprzednie jego listy skierowane do żandarmerii w Sobolewie nie

dały żandego rezultatu. Spodziewa się, że ten list skierowany do

samego Kreishauptmanna da oczekiwane rezultaty i wrogowie ”Wielkiej

Rzeszy” poniosą zasłużoną karę. Kanalia! Kanalia jest wśród miesz-

kańców Łaskarzewa. Nie wiele myśląc sprowadziliśmy dwóch chłopców

z Garwolina: ”Sęka” /kol.Stanisława Jaworskiego/ i ”Sępa” /kol.Edwarda

Majewskiego/, którzy jako ”funkcjonariusze” policji kryminalnej z Garwo-

lina złożyli wizytę rzekomemu nadawcy listu. Podczas przeprowadzonej

rozmowy z rzekomym nadawcą ustalono, że ten nie był autorem anonimu.

Naszą uwagę zwrócił fakt, że nazwisko nadawcy było napisane z błędnie

według fonetycznego brzmienia ”Wichoski”, a nie poprawnie ”Wichowski”.

O tym byli poinformowani nasi chłopcy z Garwolina i to wzięli pod

uwagę przy przeprowadzaniu dochodzenia. Spodziewaliśmy się, że

dochodzenie to może nam dać przynajmniej jakieś poszlaki. Dało nam

natomiast pewność, że autorem nie był ”Wichoski”. Uwagę naszą zwrócił

fakt, że na pierwszym miejscu autor anonimu wymienił szewców i kamasz-

ników. Z grona ludzi związanych z Podziemiem byli wymienieni: Kondej

Wincenty – KPP-owiec oraz nasz Sokołowski Stanisław. Innych nazwisk

nie przypominam sobie. Wszyscy wyszczególnieni w anonimie

zostali niezwłocznie powiadomieni o grożącym im niebezpieczeństwie.

  • 74 –

Niezależnie od tego udałem się do naczelnika poczty Bronisława

Masłowskiego, któremu oznajmiłem, jaki jest cel mojej wizyty

i zażądałem od niego wprowadzenia cenzury w łaskarzewskim urzędzie

pocztowym. ”Nie możemy sobie pozwolić” – stwierdziłem w rozmowie

z Masłowskim – ”by z Łaskarzewa wychodziły anonimy”. Masło-

wski i jego żona uspokoili mnie twierdząc, że bez mojego nakazu

korespondencja kierowana do urzędów niemieckich jest przez nich

kontrolowana od dawna i to wszystkie przesyłki, nie wyłączając

gminnych.

Wizytę złożyłem Masłowskiemu bez uzgodnienia tego kroku z komendan

tem naszej Placówki ”Granitem”. Dopiero w jednej z rozmów po

Wyzwoleniu xxxxx dowiedziałem się, że ten odcinek został przez

niego zabezpieczony, o czym piszę wcześniej. Wracajmy jednak do

dalszego przebiegu wydarzeń. Nie mogę odżałować, że nie zrobiłem

fotokopii tego anonimu i próbki pisma, która pozwoliła na ustalenie

jego autora. Anonim, zgodnie z poleceniem miał być zwrócony i po

zakończonym dochodzeniu to zrobiłem. Zastanawiamy się z Jarząbkiem

Romanem, sekretarzem gminy Łaskarzew – osada co robić dalej. Zaczyna-

my od szewców, którzy otrzymywali przydział kontyngentowy skóry i na

zlecenie gminy naprawiali obuwie ludziom przez gminę skierowanym.

Żeby nie budzić podejrzeń wezwaliśmy wszystkich szewców kontyngen-

towych na określony dzień do gminy. Zgłosili się oni w godzinnych

odstępach i każdy z nich napisał oświadczenie, ile w tym miesiącu

do dzisiejszego dnia naprawił obuwia damskiego i męskiego.

Treść oświadczenia była tak ułożona, by obejmowała kilka wyrazów za-

mieszczonych w anonimie. Przyszedł Wincenty Kondej, przyszedł

Bolesław Wichowski, pierwszy z nich, Pierwszy z nich to wymieniony wśród nazwisk

w anonimie, drugi to rzekomy ”nadawca” anonimu. Pismo ich różniło

się zdecydowanie od pisma anonimowego. Z kolei przychodzi następny,

któremu po napisaniu oświadczenia w myśli rzuciłem”wiązkę ”przekleń-

  • 75 –

stw. Pierwszy bowiem napisany przez niego wyraz ”Łaskarzew” zelektry-

zował mnie. Kształt litery ”Ł” wyjęty z anonimu, łączenie liter wyra-

zu ”Łaskarzew” i innych wyrazów bardzo podobny do pisma anonimu. Do

takiego wniosku dochodzimy wspólnie z Jarząbkiem Romanem. Mimo, że

nie byliśmy grafologami z prawdopodobieństwem 95% stwierdzamy, że mamy

autora anonimu. Taki też meldunek wraz z próbką pisma uzyskaną przez

nas przekazujemy naszym przełożonym. Wyroku śmierci nie wydano.

Dlaczego, nie wiem. Nie wymieniam nazwiska i imienia autora – moim

zdaniem – anonimu, gdyż ten człowiek już zmarł.

Innym wypadkiem zadenuncjonowania, który o mało nie zakończył się

tragicznie, był donos na moją przyszłą teściową, Majek Juliannę,

oskarżoną o pomoc udzielaną ukrywającym się Żydom. Wspominałem już

o tym, opisując przeprowadzoną rewizję przez żandermerię z Sobolewa,

która nie zauważyła złożonych w piwnicy, w domu zniszczonego w czasie dzia-

łań we wrześniu 1939 roku kostek trotylu przygotowanych do akcji na

Liegenschaft pod Sobieniami. O donosie tym informuje mnie Straszewski,

komendant posterunku granatowej policji w Łaskarzewie następca Smoże-

wskiego. Uprzedzam o tym ”Furor” i Majek Juliannę. Zdajemy sobie wszys-

cy sprawę, że ten punkt pomocy ludności żydowskiej uważać należy za

spalony, o czym uprzedzamy wszystkich Żydów przychodzących nocą do

mieszkania Majek Julii, a między innymi Warszawera Srula /Zygmunta/,

Uszera /nazwiska nie pamiętam/ i Nejmanową. W listopadzie 1943 roku

stacjonujący w Łaskarzewie oprawcy z Schultzpolizei składają ponownie

”wizytę” mojej teściowej. Pech chce, że w czasie tej ”wizyty” jest

Nejmanowa – Żydówka, która przyszła w nocy i pozostała na dzień,

gdyż potrzebowała pomocy lekarskiej. Oprawcy przyszli z psem. Nie było

chwili do namysłu. Nejmanowa wczołgała się pod łóżko. Rewizja. Pokój

był ciemny i słabo oświetlony. Niemcy odrzucają pościel i sienniki.

Robią to tak, że odrzucają na tę stronę, po której leży pod łóżkiem

  • 76 –

Nejmanowa. Pies specjalnie w tym celu tresowany wpada pod łóżko i

wychodzi spod niego nie szczekając, ani nie warcząc. Czyżby pies

ulitował się nad nieszczęsną? Mimo nie znalezienia Żydówki Niemcy

zabierają teściową i jej syna ”Długiego Lisa” do budynku szkoły,

w którym stacjonują. Biciem i znęcaniem usiłują wymusić przyznanie

się do udzielania pomocy Żydom. W międzyczasie błyskawiczna inter-

wencja ze strony kol.Tadeusza Skowrońskiego, żołnierza AK, ps.”Sko-

czek” i kol.Karola Kolińskiego z miejscowej Spółdzielni Rolniczo-

Handlowej u komendanta oddziału Schultzpolizei. Interwencja poparta

skrzynką wódki jest skuteczna. Uwięzieni zostają zwolnieni, a ich

pośladki i plecy są koloru brązowego. Przez długi okres pozostają

pod opieką lekarską, której udzielali im moja siostra i szwagier,

dr Wołek Józef.

Tragicznym finałem kończy się zadenuncjowanie ”Prędkiego” /Jasiń-

skiego Antoniego/ i ”Wolnego” /Stanisława Jóźwickiego/. Wymienieni

tak, jak inni nie nocują w swoich domach, ukrywają się. Pech ich

jednak prześladuje. Późnym wieczorem dnia 25 kwietnia 1944 roku,

jeden i drugi wchodzą do swoich domów. Być może, że na skutek zbiegu

okoliczności, a być może, że za pośrednictwem jakiegoś ”sługusa”

Niemcy dowiedzieli się o ich powrocie do domu. Jedna grupa Niemców

otacza dom ”Wolnego”, durga natomiast dom ”Prędkiego”. Niemcy wchodzą

do domu ”Wolnego” strzelają do niego i raniąc go zabierają ze sobą.

”Wolny” bity i torturowany, nie wydaje nikogo. Zostaje rozstrzelany.

W drodze do domu ”Prędkiego” Niemcy wpadają do domu Antoniny

Kliczkowej przy ul.Dąbrowskiej. Zamieszkują tam ”Burza” /Pach Janusz

”Grom” /Andrzej Marian Grudniak/ i jej synowie Franciszek /ps.

”Słońce”/, Józef /ps.”Piekarz”/ i Henryk /ps.”Twardy”/. Nie znajdują

nikogo, gdyż będący w mieszkaniu ”Piekarz” zdołał się ukryć a pozo-

stali z wymienionych nie nocowali w domu.

  • 77 –

Niemcy tym razem nie przeprowadzili dokładnej rewizji w mieszka-

niu, gdyż śpieszyli się, by ująć ”Prędkiego”. Nie wiem, czym

kierował się ”Piekarz”, że nie wyszedł z mieszkania po wyjściu

z niego Niemców. Pozostał i to go zgubiło, ale o tym dalej.

Tymczasem Niemcy pośpiesznie kierują swe kroki do domu

rodziców ”Prędkiego”. Dobijają się do drzwi mieszkania i ta

chwila wystarczyła tylko na to, by ”Prędki” wbiegł po drabinie na

strych domu parterowego. Niemcy są już w mieszkaniu. Szukają go,

a nie znajdując xx usiłują wejść po drabinie na strych. Wejście

uniemożliwia jednak ”Prędki”. Niemca, stojącego na drabinie

uderza w głowę drążkiem tak, że ten z niej zeskakuje. Rozwście-

czeni Niemcy otwierają ogień z maszynowych pistoletów, a pociski –

przechodząc przez bardzo cienką warstwę tynku sufitowego ciężko

ranią ”Prędkiego”. A na suficie powiększająca się ciemnorudawa

plama świadczy o gasnącym życiu, oskarża zbrodniarzy, którzy

dodatkowym strzałem dobijają bezbronnego. ”Prędki” ginie i tak,

jak zapowiedział – nie dał wziąć się żywcem.

Powracający Niemcy wpadają ponownie do mieszkania Antoniny

Kliczkowej, znajdują i zabierają ze sobą ”Piekarza” /Kliczka

Józefa/ do swej kaźni. Tu torturowany i bity zostaje raniony

podczas próby ucieczki. Ponownie poddany torturom ginie

rozstrzelany dnia 1 maja 1944 roku. Zwłoki jego odnaleziono

i pochowano na cmentarzu w Łaskarzewie.

  • 78 –

Wkrótce po akcji niszczenia linii telekomunikacyjnych zostałem

mianowany dowódcą samodzielnej grupy dywersyjno_szturmowej.

Przydzielono mi do niej trzech chłopców z placówki nr 12 /Podłęż/:

”Wichra” /Wiśniewskiego Kazimierza/, ”Rekina” /Bronisława Fili-

ksa/ i ”Lwa” jego brata. Z placówki Łaskarzew dobieram sobie

ludzi z upoważnienia komendanta rejonu – por.”Listka”. Są nimi:

”Grom” /Andrzej Marian Grudniak/ i ”Burza” /Janusz Pach/ chłopcy

którzy na teren naszej placówki przybyli jako ”spaleni” z terenu

Puław. Wszyscy bardzo bojowi, zdecydowani, zdyscyplinowani i ofiar-

ni. Pierwsze spotkania, pierwsze kontakty, wymiana myśli, spostrze-

żeń i poglądów. Chodzi głównie o to, by grupa stanowiła jedną całość,

zwartą i bojową, zdecydowaną w razie potrzeby na wszystko. Z perspe

ktywy czasu mogę powiedzieć, że byli to wspaniali chłopcy, a mimo

dużego zróżnicowania wieku – wszyscy przepojeni byli młodzieńczym

entuzjazmem walki z okupantem. Z biegiem czasu skład grupy

uzupełniam kadrą rezerwową w skład której wchodzą: ”Łoś” /Sereja

Józef/, ”Kaktus” /Kondej Feliks/, ”Pieekarz” /Kliczek Józef /

i ”Kran” /nie pamiętam nazwiska/.

Początkowo było z wyposażeniem w broń, amunicję, odzież

i obuwie. Braki te uzupełniliśmy bardzo szybko we własnym zakresie

i dzięki pomocy ”Ziutka” /Matysiaka Wacława/, dowódcy oddziałów

dywersyjno-szturmowych Obwodu. Rozkazy do podjęcia akcji otrzy-

mywaliśmy bezpośrednio od niego względnie od ”Listka” , komendanta

rejonu. Chłopcy mieli już poza sobą kilka akcji, a w tym także

wypad na tuczarnię w Garwolinie, gdzie chodziło głównie o zdobycie

tłuszczu i mięsa dla oddziałów partyzanckich, działających na tere-

nie Obwodu.

  • 79 –

Działanie naszej grupy było niezależne od działania sił partyzan-

ckich Obwodu. Chodziło bowiem o działanie szybkie, o zwielokrotnione

uderzenia w aparat administracji okupanta. Do akcji o szerszym

zasięgu do grupy naszej przydzielono dodatkowe siły. Tak też stało

się, kiedy na jedną noc wyznaczono zniszczenie na terenie całego

Obwodu wszystkich mleczarń, zlewni mleka, zbiornic jaj. Akcja ta

była wyznaczona na przełomie miesiąca lipca i sierpnia /nie pamiętam

dokładnej daty/. Skoszone zboże stało już w kopkach na polach.

Akcją objęto gminę Łaskarzew – wieś i osada oraz gminę Podłęż,

a więc cały obszar rejonu ”Ryba”. Chłopcy z placówki Łaskarzew mieli

działać na terenie placówki nr 12 /Podłęż-Samogoszcz/, a chłopcy

z placówki nr 12 na terenie placówki Łaskarzew i okolic. Miejsce zbiórki

dla jednej grupy /z placówki nr 12/ wyznaczyłem w lesie koło Lipnik,

a dla drugiej grupy /Łaskarzew/ – w lesie w okolicy tzw.pagór.

Grupę z placówki nr 12 miał zebrać i dowodzić nią ”Wicher” /Wiśnie-

wski Kazimierz/. Grupa z Łaskarzewa została wzmocniona chłopcami

z Izdebna, Aleksandrowa i Romanowa. Szczegóły akcji, trasę marszu,

kolejność obiektów do zniszczenia itp. omówiono przed akcją i wyzna-

czono przewodników. Czas na przeprowadzenie akcji – jedna noc, a

ilość kilometrów do przemarszu i do przejechania dość duża. Wola

Łaskarzewska, Łaskarzew, Pilczyn i Izdebno to zadanie dla jednej

grupy, a dla drugiej – Samogoszcz, Podłęż, Podwierzbie i Szkółki

Krępskie. Zebrawszy drugą grupę ruszyliśmy w drogę i w oznaczonym

miejscu spotkaliśmy się z grupą ”Wichra”. Po wymianie przewodników

każdy z nas poszedł swoim szlakiem. Akcja przebiegała sprawnie

i szybko. Na naszej osi marszu biedni byli rolnicy pracujący przy

sprzęcie zbóż w Woli Łaskarzewskiej /Krupie/, którym kazaliśmy

paść na twarz tylko dlatego, by nas nie rozpoznano. Biedni, dlatego

  • 80 –

że setki komarów siadało na ich plecach, a przecież przemarsz

grupy trwał kilka minut. Po drodze,w czasie nocnej akcji mijamy

kilka furmanek wiozących ”szmugiel” /prosiaki, zboże/, jedną

furmankę z chorym wiezionym do lekarza, inne – już nad ranem –

jadące z wioski do wioski. Tam, gdzie to możliwe, przepuszczamy

je nie zatrzymując ich. Samogoszcz i Podłęż załatwiliśmy cicho

i bezszmerowo. Pod naszymi butami łamią się skrzynki z jajkami, pęka-

ją skorupy jaj, a do kieszeni wędrują bloczki z kwitami stanowią-

cymi dowód oddania kontyngentu jaj. Kwity te rozdzielano później

pomiędzy rolników. Przewoźnik przewozi nas łodzią przez odnogę

Wisły do Podwierzbia i z powrotem z Podwierzbia. Tam w ruch poszły

toporki strażackie, a zlewnia mleka na kilka minut stała się kuźnią.

Wschód słońca zastaje nas w drodze do Szkółek Krępskich, do ostat-

niego punktu na naszej osi marszu. Tutaj witają nas przestraszone

twarze domowników. Strach szybko ustępuje pogodnemu uśmiechowi,

bo przecież to tylko wizyta ”Leśnych”, a nie ”szkopów” czy też

bandytów podszywających się pod organizacje niepodległościowe.

Ostatni etap grupowego ubezpieczonego marszu wiedzie przez las.

Marsz xxx w lesie na kierunek. Odgrzebuję w pamięci wiadomości

zdobyte w Szkole Podchorążych o marszu w lesie. Z kompasem w ręku

po uprzednim zorientowaniu mapy w terenie ruszam przed siebie, dzię-

kując przewodnikowi mocnym uściskiem prawicy za okazaną pomoc.

Kierunek marszu – Lipniki. Po jakimś czasie marszu las rzednie,

a przed nami polana. Moment konsternacji, gdyż nie widzę zabudowań

Lipnik. Trwa to tylko moment, gdyż wśród drzew zauważyłem dachy za-

budowań. Dobrze więc poprowadziłem Chłopców. Jeszcze kilkanaście

minut naprężenia, gdyż przechodzimy obok skraju Woli Łaskarzewskiej

/Krupy/, w której pierwsza grupa złożyła wizytę wieczorem tej nocy.

Należało spodziewać się nieprzyjaciela. Kilku chłopców pozostawiam

81 –

na ubezpieczeniu – reszta pojedynczo skokami przemieszcza się przez

otwarty teren do przeciwległego lasu. Z kolei ubezpieczamy przemarsz

chłopców z pozostawionego ubezpieczenia i już mamy poza sobą ten

odcinek marszu. Przebywamy jeszcze wspólnie niewielki odcinek drogi,

i – dziękując chłopcom za trudy nocnego marszu- rozchodzimy się do

swoich domostw, szczęśliwi i zadowoleni z wykonanej akcji. Uczucie

to udzieliło się i mnie, ale jednocześnie ogarnęło mnie zmęczenie,

zmęczenie dowodzeniem i odpowiedzialnością za życie ludzkie, za

przebieg akcji.

Druga moja grupa wykonała też bezbłędnie wyznaczone zadanie.

Jak nam później zrelacjonowała ”Kret” pracownica ”Kreislandwirta” – ten p

pienił się po każdym otrzymanym meldunku z terenu powiatu o wynikach

przeprowadzonej przez nas akcji. Podobne akcje powtórzone zostały

jeszcze kilkakrotnie przez naszą grupę bez osobowych uzupełnień,

metodą zaskoczenia i w odniesieniu do tych punktów skupu jaj, które

zdołały zgromadzić większe ich ilości.

W dniu 1 sierpnia 1943 r. niszczymy młocarnię w majątku Górskiego

w Uścieńcu, mimo że zostaliśmy ostrzelani przez jakiś nieznany

oddział.

Coraz częściej zmuszeni jesteśmy bronić mieszkańców Łaskarzewa,

zorganizowanych i nie zorganizowanych, przed napadami bandyckich grup.

Żądają one okupu od bogatych obywateli rzekomo na potrzeby organizacji

konspiracyjnych. W dniach wyznaczonych na złożenie okupu organizujemy

”kotły”, jednakże w dni te bandyci nie zjawiają się. Któregoś dnia,

wracając późnym wieczorem z pracy do swego mieszkania w Łaskarzewie

do ”Lublinianki” zostałem zatrzymany w ul.Alejowej przez jedną z tych

grup. W pierwszej chwili przypuszczałem, że to Niemcy, ponieważ

w tym dniu ”czarni” /Sonderdienst/ postrzelili kol.Filipowicza Józefa

/ps.”Brzoza”/ i przypuszczałem, że to właśnie oni kontynuują swoje

”dzieło”. Gdy jednak usłyszałem pytanie wypowiedziane względnie

  • 82 –

poprawną polszczyzną, czy mam broń, zorientowałem się z kim

rozmawiam. Przekonałem się że to bandyci, gdyż cała

grupa skierowała swoje kroki do piekarni Donicza. Zdenerwowany

wpadam do domu i do mieszkania Rycha Żelechowskiego, relacjo-

nując o zdarzeniu, jakie mnie spotkało. W trakcie relacjonowania

wchodzili do mieszkania kol.Kliczek Henryk także zbulwersowany.

Spóźnił się na koncentrację, a w drodze powrotnej do domu chcieli

go rozbroić ludzie z ”Kulawego” z ”Miecza i Pługa”. Postanawiamy

przepłoszyć buszujących w Łaskarzewie bandytów. Wydobywamy broń

ze schowków, Heniek idzie ze swoim Kb-ekiem. Dochodzimy do skraju

alejek, do miejsca, w którym alejki przechodzą w ulicę Alejową.

Oddajemy szereg strzałów w powietrze tak kierując lot pocisków,

by pokryć nim ulicę Warszawską, Garwolińską i Alejową. Jak wyni-

kało z późniejszych relacji oddane strzały ostrzegawcze odniosły

skutek. W chwili ich oddawania bandyci znajdowali się na posesji

Gąski Zygmunta, a po strzałach – wycofali się, po prostu stchó-

rzyli. Osoby, które podejrzewaliśmy o kontakty z grupą bandycką

zostały przez nas poinformowane, że w przypadku powtarzania się

tego rodzaju ”wypadów” uczestnicy ich dostaną właściwą nauczkę.

Po tym ostrzeżeniu zaprzestano niepokoić mieszkańców Łaskarzewa.

Ubezpieczane były także akcje ”Dęba” na pociągi

towarowe wroga. Akcje te były przeprowadzane w rejonie mijanki

w Szuwarach pomiędzy stacją kolejową Ruda Talubska-Łaskarzew.

Nasz kolejowy wywiad ustalał bądź w Garwolinie, bądź w Rudzie

Talubskiej, bądź – Łaskarzewie względnie w Sobolewie, co jest

przewożone i w którym wagonie oraz kto jest odbiorcą ładunku.

  • 83 –

W celu zaciemnienia śledztwa , które po naszych akcjach przepro-

wadzał okupant, naruszono także – oprócz interesujących nas wagonów

inne wagony załadowane ziemiopłodami i artykułami masowymi.

Przed mijanką w Szuwarach pociąg taki otrzymał znak ”Stój”,

po którym zwalniał bieg do tego stopnia, że możliwe było wskoczenie

na stopnie wagonu. Po wskoczeniu na wagon dawano umowny sygnał

i pociąg otrzymywał znak ”Droga wolna”. Rożnica poziomu ułożenia

torów na tym odcinku była dość znaczna tak, że zanim pociąg nabrał

pierwotnej szybkości akcja była w pełnym toku. Zdarzały się przy-

padki, że bieg pociągu trzeba było hamować zwłaszcza wtedy, gdy

pociąg zbyt wcześnie uzyskiwał niepożądaną dla akcji szybkość.

W środowisku naszym toczyły się gorące dyskusje na temat moralnej

strony takich akcji. Doszliśmy w końcu do przekonania, że wszystko

xxxx co wyrządza szkodę okupantowi jest dopuszczalne nawet wtedy,

gdy wyrzucone z wagonów artykuły tylko w części trafią do magazy-

nów organizacji.

Nie wszystkie akcje kończyły się powodzeniem. Niektóre pociągi,

a w zasadzie znaczna ich większość posiadała uzbrojoną eskortę

niemiecką.

W zależności od jej bojowości dochodziło do wymiany ognia względnie

krótkie serie z naszego rkm-u zupełnie paraliżowały aktywność

eskorty.

Tak niestety nie stało się wieczorem dnia 10.10.1943 r. W osłonie

tej akcji nie brałem udziału wraz ze swoją grupą, lecz chłopcy

z Izdebna, Aleksandrowa i Romanowa. Wśród nich był uczestniczący

po raz pierwszy w akcji żołnierz AK Antoni Kosel, ps.”Kamień”

z Izdebna. W walce jaka wywiązała się pomiędzy naszymi chłopcami

a silnym tym razem konwojem wroga, ginie ”Kamień” rozerwany grana-

tem. Pogrzeb jego odbył się w nocy na cmentarzu w Łaskarzewie

z pełnym ceremoniałem wojskowym. Trumnę dla niego wykonał

  • 84 –

Ortyl na zlecenie ”Granita”. Salwa oddana nad Jego grobem nadała odpo-

wiedniej powagi pogrzebowi. Nad otwartą mogiłą przemawiał ”Listek” ko-

mendant Rejonu. Po tej smutnej uroczystości ojciec Poległego powiedział:

”Dziękuje Wam panowie, żeście mego syna pochowali, jak żołnierza”, a

matka jego cichutko płakała.

Któregoś dnia 1943 r. otrzymuję meldunek, że w lasach podza-

meckich pojawiła się partyzantka radziecka. Byli to prawdopodobnie zbie-

gli z niewoli żołnierze radzieccy. Wydaję rozkaz udzielania im jak naj-

dalej idącej pomocy w ramach naszych skromnych możliwości. Zobowiązuję swoich

Chłopców do przekazywania im informacji o ruchach i liczebności oddzia-

łów niemieckich do zaopatrywania ich w żywność oraz w drobne ilości

amunicji.

O ile ten meldunek przyjąłem z radością, o tyle drugi napełnił mnie zadumą

i niepokojem. Do ”Wichra” zawitał ”Kulawy” z ”Miecza i Pługa”. Wdał się

z nim w długą dyskusję na temat ruchu partyzanckiego na naszym terenie,

a później prośbami i groźbami wymusił od niego wyjawienie mego pseudo-

nimu i miejsca mej pracy. Wyrzucałem sobie, że nie poinformowałem wszyst-

kich swoich chłopców, kto to jest ”Kulawy” i o jego działalności. Stało

się. Uspokoiłem ”Wichra” i podziękowałem mu za męskie postawienie sprawy.

– x –

Szefem naszej służby medyczno-sanitarnej była ”Gilza”, lekarz medycyny,

moja siostra, zamężna Wołek. Zwerbowana w szeregi ZWZ przez por. Łuczyń-

skiego zajęła się w początkowym okresie szkoleniem sanitariuszy. Przy-

chodzili do jej gabinetu lekarskiego w Łaskarzewie na przeszkolenie

kol.Jan Wachnicki, ps.”Sikorka” i kol.Stanisław Majewski, ps.”Koło”.

Obejmuje szczepieniami ochronnymi tych, którzy przewidziani są do pierw-

szego rzutu walki. Po kolejowej katastrofie, która miała miejsce w lecie

1942 roku, udaje się jej za pośrednictwem gminy Łaskarzew–osada zorgani-

zować kurs sanitarny, trwający od XI/1942 do IV/1943 r.

W kursie biorą udział zorganizowani i niezorganizowani, a między innymi

/podaję w porządku alfabetycznym/: Brzostowski Antoni /ps.”Grab”/,

Gładysz Genowefa, Górska Krystyna zamężna Pielaszek /ps.”Wiktoria”/,

Jasiński Antoni /ps.”Prędki”/, Majewska Marcela zamężna Bandurska,

Majewski Stanisław /ps.”Koło”/, Majek Longina Danuta zamężna Przy-

bylska /ps.”Furor”/, Przybylska Marta zamężna Iwicka, Przybylska Helena

I voto Łapacz – II voto Wołek/ps.”Maria”/, Przybylski Ignacy – autor

wspomnień /ps.”Ira”/, Trzaskowska Aniela zamężna Sierańska, Wachnicki

Jan /ps. ”Sikorka”/ i inni.

W swoim gabinecie ”Gilza” organizuje apteczkę, w czym pomaga jej

mgr Klimaszewski, właściciel miejscowej apteki. W dniach zapowiedzia-

nych akcji pełni ostre dyżury. Niesie pomoc lekarską rannym naszym

Chłopcom oraz udziela jej bezinteresownie tym wszystkim, którzy

odnieśli obrażenia cielesne w wyniku represyjnych poczynań okupanta.

  • 85 –

Wiele czasu poświęcała tak, jak i jej mąż dr Józef Wołek w sprawo-

waniu opieki medycznej nad wysiedlonymi z Zamojszczyzny. Z pomocą

lekarską spieszyła ukrywającym się Żydom, docierając do chorych

leżących w kryjówkach. Pomocy tej udzielała bezinteresownie z na-

rażaniem życia.

W czynnościach swych ”Gilza” nie jest osamotniona. Współdziałają

z nią nasze panie z Wojskowej Służby Kobiet /WSK/. Na ich barki

spadają czynności pielęgniarskie oraz transport rannych do szpitali

warszawskich i utrzymywanie z nimi łączności. One stają w pierwszych

szeregach walki psychologicznej z okupantem. Zadania te wykonują

bardzo umiejętnie i z właściwą dla nich rutyną zwłaszcza w okresach

klęsk i niepowodzeń, załamań psychicznych. Organizują spotkania –

wieczornice, na których pieśni przeplatają się z wierszami i wspomnie-

niami o treści patriotycznej. Ich dziełem oraz chłopców z Szarych

Szeregów były dekoracje pomników w alejkach łaskarzewskich i grobów

poległych żołnierzy Września oraz partyzantów w rocznice 3 Maja,

15 sierpnia, 1 i 11 listopada. Z takim aparatem propagandy musiał

przegrywać Goebbels, minister propagandy Rzeszy. Do nich należy także

dbałość o wyżywienie dla nas, biorących udział w akcjach zbrojnych.

To one oczekują na nasz powrót, witając w domu uśmiechem i gorącym posił-

kiem. Wspólnie z nami przenoszą broń i sprzęt, donoszą ją także

na miejsca zbiórek przed akcjami. Są doskonałe na odcinku łączności

i wywiadu oraz niezrównane w uzyskiwaniu fałszywych ”kennkart”

dowodów tożsamości dla ludzi ”spalonych”.

Zawsze skromne i pozostające w cieniu naszych walk, ale ciągle

w pierwszym szeregu zmagań naszych z okupantem. Ciche, bezimienne

Bohaterki. Nie sposób pominąć tutaj /p.Władysławy Żelechowskiej

ps. ”Wrzos”, matki ”Niny”. Matkowała nam wszystkim, którzy z nią

żyli i współpracowali, a jej matczyne serce promieniowało

spokojem i rozwagą tak w chwilach depresji psychicznych, jak

  • 86 –

i w dniach sukcesów. O innych, z którymi współpracowałem, już

pisałem. Należą do nich ”Furor”, ”Jaskółka”, ”Maria”, ”Nina”,

Izabela Freliszka z domu Górka /pseudonimu nie pamiętam/ijej

siostra Krystyna zamężna Pielaszek, ps.”Wiktoria”.

  • x –

Organizacja harcerska na terenie Łaskarzewa nie zaprzestała

działalności. Z inicjatywy Łuczyńskiego, o którym już pisałem,

powstają na terenie Łaskarzewa i działa zastęp ”Szarych

Szeregów”. Wiadomość o nim otrzymałem od ”Zamorskiego” vel ”Zochy”

który w ”Szarych Szeregach” występował pod pseudonimem ”Orle Oko”.

Jako członek Komendy Hufca ”Orłów” w Garwolinie pełnił funkcję

kierownika akcji ”M” – małego sabotażu, wywiadu i akcji ”N” – psy-

chologicznej walki z okupantem oraz xxx wydawał gazetkę Szarych

Szeregów o nazwie ”Zew”.

Jak już wspomniałem kontakty moje z ”Zamorskim” vel z ”Zochą”

vel ”Orle Oko” sięgają początków 1940 r. Skojarzywszy fakty z wia-

domościami otrzymanymi od niego zrozumiałem, że nie miałem pra-

wa denerwować się na wszędobylskich ”maluchów”, którzy pilnie

obserwowali nasze poczynania i którzy, by naszą zdobyć sympatię

przynosili nam od czasu do czasu amunicję i wskazywali, gdzie

może być zakopana broń.

Zastęp ”Lisów” Szarych Szeregów AK, gdyż o nim relacjonuję,

działał pod dowództwem ”Chytrego Lisa”, druha Józefa Jóźwickiego,

zastępowego. Zginął on w czasie działań wojennych w styczniu 1945

mając lat 23. do zastępu ”Lisów” ponadto wchodzili między innymi:

  • Jackowski Zbigniew, ps.”Biały Lis”, ur. w 1928 r., zmarł po Wy-zwoleniu na skutek choroby w czasie pełnienia służby w LWP
  • Majek Kazimierz Józef, ps.”Długi Lis”, ur. w 1927 r.,
  • Sierański Roman, ps. ”Rudy Lis”, ur. w 1927r., zmarł po Wyzwole-niu,
  • Szelągowski Edward, ps.”Srebrny Lis” ur. w 1927 r.
  • Grudniak Benedykt (pseudonimu nie pamiętam) ur. w 1928 r. oraz inni.

Zastęp ”Lisów” podlegał bezpośrednio Komendzie Hufca ”Orłów”

w Garwolinie oraz działał według wskazówek i rozkazów otrzymywanych

z Komendy. Bywały jednakże przypadki, że ”Długiemu Lisowi” powierza-

liśmy wykonywanie czynności specjalnych – łącznika – na terenie

naszego Rejonu oraz Otwocka i Warszawy /transport ”lewych” kolczyków

dla zwierząt i ”lewych” kennkart/.

Na konkretne zlecenia Komendy Hufca druhowie zbierali informacje

o działalności okupanta na terenie placówki, o kolejowych transpor-

tach wojskowych kierowanych na front wschodni, przesyłając z tych

czynności meldunki do Komendy Hufca.

W ramach małego sabotażu unieruchamiali przewody telefoniczne,

zdobywając sprawność ”wspinacza-telefonisty” ustanowioną przez

druha zastępowego ”Chytrego Lisa”. Czynności te wykonywali na

odcinku Sobolew-Życzyn. Do perfekcji doprowadzili przy pomocy

proc i kamieni rozbijanie izolatorów na słupach telefonicznych.

W szerokim zakresie kolportowano apele – hasła wyszydzające oku-

panta. Jak wspomina ”Długi Lis”, w pamięci utrwaliła mu się nalepka

z odbitką świni w czapce gestapowskiej. Hasła te nalepiano na

wagonach lub w wagonach pociągów niemieckich oraz na wagonach

innych pociągów, a także podrzucano żołnierzom Wermachtu jadącym

na front wschodni gazetki i ulotki o treści defetystycznej redago-

wane w języku niemieckim. Gazetki i ulotki te przesyłano także

pocztą rodzinom niemieckim i kierownictwu ”Liegenschaftu” oraz

żandarmerii sobolewskiej.

Kolportowanie konspiracyjnej gazetki ”Zew” oraz innych pism

konspiracyjnych otrzymywanych za pośrednictwem Komendy Hufca

  • 88 –

”Orłów” z Chorągwi Mazowieckiej ”Puszcza” w Warszawie było chlebem

powszednim druhów z zastępu ”Lisów”.

Wszędobylscy niemałe mieli osiągnięcia w ostrzeganiu o grożącym

niebezpieczeństwie. Gdzie tylko i kiedykolwiek zauważyli znienawi-

dzony mundur wroga, już działał ich system ostrzegawczy niczym

afrykańskie ”tam-tamy”.

Nie obca była zastępowi ”Lisów” pomoc udzielana ukrywającej się

ludności żydowskiej, za którą ”Długi Lis” wraz ze swoją matką

został aresztowany oraz zbity i zmaltretowany przez oprawców z oddzia-

łu ”Schupo” stacjonującego w Łaskarzewie. Szczegóły tego zdarzenia

podaję na str. 75 i 76 wspomnień.

Zastęp ”Lisów” opiekuje się grobami Poległych w 1939r., a pocho-

wanych na cmentarzu w Łaskarzewie oraz pomnikiem ufundowanym przez

społeczeństwo Łaskarzewa dla uczczenia Poległych w walce o Niepo-

dległość Polski usytuowanym w Alejkach w Łaskarzewie.

W 1944 roku, mimo tragicznych wypadków w Łaskarzewie spowodowanych

przez stacjonujący w Łaskarzewie oddział ”Schupo”, zastęp został

przeszkolony w zakresie pojedynczego strzelca na szczeblu ”BS”-

Bojowych Szkół. Było to przeszkolenie wojskowe i sanitarne.

  • x –

Po tragicznej śmierci gen.Władysława Sikorskiego w dniu 4 lipca 1943 r

ogłoszono żałobę narodową. Mimo jej ogłoszenia nie wszyscy mieszkań-

cy Łaskarzewa dostosowali się do tego nakazu. Wobec nich zastosowano

środki oddziaływania represyjnego. Zorganizowaną wesołą zabawę przer-

wało zazwyczaj wejście grupy uzbrojonych chłopców. Zabawę natych-

miast kończono, a niektórym z jej uczestników /zwłaszcza młodym/

wymierzano na miejscu karę chłosty. Pech chciał, że świadkiem

  • 89 –

wymierzania takiej kary by pijany mieszkaniec Łaskarzewa wra-

cający do swego domu po zawarciu jakiejś handlowej transakcji.

Klęka przed chłopcami i zwraca się do nich z następującą prośbą:

”Panowie partyzanci, dajcie mi parę kijów! Biją mnie żandarmii,

bije żona, ale niech choć raz jeden dostanę od polskich party-

zantów”. Zapytano o jego adres i odprowadzono do domu pod opiekę

żony, która i tym razem przywitała ”odpowiednio” swego niepopraw-

nego małżonka. Niestety – nie zrealizowano jego prośby, a partzan-

tów wyręczyła żona delikwenta.

I takie akcje były ubezpieczane.

W miejscowej spółdzielni rolniczo-handłowej , której kierownikiem

był Tadeusz Skowroński, żołnierz AK, ps. ”Skoczek”, a jego zastępcą

Karol Koliński, trwa nieprzerwanie walka z okupantem.

Pierwszy wysiedlony z Poznańskiego, drugi – z Łodzi, obaj oddani

sprawie walki z okupantem i udzielający pomocy miejscowej ludnoś-

ci oraz wysiedlonym. Zadaniem ”Skoczka” było między innymi zorga-

nizowanie zaopatrzenia w żywność naszych oddziałów partyzanckich

działających na terenie rejonu. Zadanie to możliwe było do reali-

zacji, gdyż tworzono w terenie punkty składowania ziemiopłodów,

które pozostawały u naszych rolników zamiast trafiać do magazynów

okupanta. Jak to technicznie załatwiał ”Skoczek”, by zadeklarowana

waga wagonów była zgodna z niepełną ich zawartością – pozostanie

jego tajemnicą. I w tych przypadkach obowiązywała wymiana hasła

  • 90 –

i odzewu. Znane były rolnikowi przywożącemu ziemiopłody do

wagonu względnie innego punktu odbiorczego i osobie wystawiającej

dowody przyjęcia. Wypowiadana przy haśle cyfra oznaczała obowiązek

wystawienia dowodu przyjęcia na większą ilość kwintali /zwanych

potocznie ”metrami”/ od ilości faktycznie dostarczonej. Na dowodzie

dostawy odpowiednio to oznaczano w górnej jego części i po lewej

stronie i tak na przykład: znak ”x” odpowiadał pięćsetkilogramowej

fikcyjnej dostawie, zank ”=” dwustukilogramowej. Innych oznaczeń

niestety nie przypominam już sobie, a takie też były. Realizacja

tych czynności była także i moim dziełem, bowiem na polecenie

”Skoczka” odwołano mnie na niedługi okres z pełnionej funkcji

kierownika sklepu do tych właśnie czynności.

Cukier, kasze, marmolada, makarony i inne artykuły, pochodzące

z otrzymywanych od ”Kreta” ”nadprogramowych” kartek żywnościowych

były składowane w magazynach spółdzielni. Ilości te były obejmowane

kontrolą prowadzoną z ramienia kwatermistrzostwa

Obwodu przez ”Kreta”, pracownicę Kreislandwirta.

  • x –

Organizacja ”Miecz i Pług” działała na naszym terenie pod przewod-

nictwem ”Kulawego”. Różne wersje krążyły o ”Kulawym”. Jedni twier-

dzili, że był on dezerterem z armii niemieckiej, inni natomiast

utrzymywali, że w restauracji swego ojca – volksdeutscha zabił

jakiegoś Niemca i ratował się ucieczką. Dotarła do nas wiadomość,

że w jego ugrupowaniu byli ludzie – wtyczki na usługach Niemców

  • 91 –

tolerowani przez ”Kulawego”. Potwierdzeniem tego mógłby być fakt

zastrzelenia jego w Otwocku. Czy było to następstwem wydanego na niego

wyroku śmierci – tego nie wiem. Mogło to być również wynikiem roz-

grywek wewnątrz ugrupowania. Nas oburzało rekwirowanie przez niego

osobistego mienia mieszkańców takiego. jak na przykład: maszyny do

szycia, ubrania cywilne, obuwie, itp, później niby spieniężanego.

Nic natomiast nie wiem o jego konkretnych akcjach wymierzonych

przeciwko ośrodkom władzy i administracji okupanta.

Do bezpośredniego mego z nim spotkania doszło pewnego dnia w Łas-

karzewie. Przyszedł on wtedy z grupą swoich ludzi do mnie do skle-

pu, którego byłem kierownikiem, usiłując zabrać marmoladę stanowią-

cą przydział kartkowy miejscowej ludności. Po moim sprzeciwie i

ostrej wymianie zdań ograniczył się do zabrania tylko jednej blaszan

ki marmolady. Pośredni kontakt miał miejsce za pośrednictwem ”Wich-

ra” /kol.Wiśniewskiego Kazimierza/, na którym wymusił wyjawienie

bliższych danych dotyczących jego dowódcy to znaczy mojej osoby.

Na skutek takich i podobnych poczynań dochodzi do rozmowy pomiędzy

nim a ”Osą” /por.Wójcikiem Bolesławem/. Oddział por.”Osy” powraca

z jakiejś akcji i napotyka ”Kulawego” i jego adiutanta, wykorzy-

stując tę okoliczność do przeprowadzenia z ”Kulawym” rozmowy na

zasadnicze tematy. Od tej chwili ”Kulawy” ma respekt do por.”Osy”,

ba – nawet przesyłał mu pozdrowienia. Por.”Osa” swoim zewnętrznym

wyglądem przypominał ”Kulawego”, co o mało nie zakończyło się

tragicznie. Jak relacjonuje por.”Osa”, będąc dnia 6.9.43 r.

/poniedziałek/ na odprawie w Garwolinie otrzymuje wiadomość, by

nie powracał do swego oddziału przez Rudę Talubską. Tam bowiem

zauważono go idącego w stronę Garwolina i jakaś grupa pseudopod-

ziemia z Rudy Talubskiej, biorąc go za ”Kulawego” z którym miała

zatargi, przygotowała zasadzkę na niego. Rzekomy ”Kulawy” w tej

sytuacji musiał zmienić trasę powrotu.

  • 92 –

Działalność Stronnictwa Narodowego na terenie naszego rejonu

była bardzo znikoma. Na takie stwierdzenie pozwalają mi bez-

pośrednie moje kontakty z p. Edwardem /nazwiska nie pamiętam/.

Poza kolportażem prasy ten odłam nie przejawia poważniejszej

działalności, a w każdym razie – żadnej zbrojnej działalności

przeciwko okupantowi na naszym terenie.

  • x –

O rozmiarach represji okupanta w stosunku do ludności rejonu

świadczy w jakimś stopniu zestawienie ilości rozstrzelanych

jego mieszkańców wyszczególnione w załączniku nr 23.

Obraz ten jest jednak niepełny. Już we wrześniu 1939 roku, w

dniach obrony Łaskarzewa przez garstkę jego obrońców, Wehrmacht

dał dowód swego barbarzyństwa.

Wkraczając do palącego się miasteczka wehrmachtowcy wyrzucali

ludzi z domów nie palących się jeszcze i domy te podpalali. –

Listę osób rozstrzelanych w tamtych dniach przez Wehrmacht po-

daję na str.18 i 19. Należy ją jednak uzupełnić nazwiskami na-

stępujących ofiar:

  • Kałczyński Stanisław ok 40 lat /POW-iak/
  • żona i córka Szarego, kier.szkoły powszechnej w Łaskarzewie.

Trudno dziś ustalić ilość mieszkańców Łaskarzewa, którzy w

dniach 15-17 września 1939 r. zostali ranni. Listę rannych za-

początkuję nazwiskiem córki Szarego, o którym piszę wyżej.

Miała ona wówczas ok.10 lat.

Mam nadzieje, że dalszych informacji w tym zakresie będą mo-

gli udzielić jeszcze żyjący mieszkańcy Łaskarzewa, świadkowie

wydarzeń tamtych dni.

  • 93 –

W Łaskarzewie trwała ciągła i nieustępliwa walka miejscowej

ludności z okupantem. Okupant zwalczał nielegalny handel mię-

sem i jego wyrobami, zbożem i jego przetworami. Walczył z mie-

szkańcami nie wywiązującymi się z przymusowo nałożonych na nich

obowiązków wywozu drewna z nieterminowo oddającymi kontyngen-

ty zboża i żywca. Niewiele pomagało bicie, szczucie psami,

konfiskata ”szmuglu”. Z tego okresu utkwiło mi w pamięci po-

bicie Franciszka Guzewicza /lat ok.60/ oraz Wincentego Brzo-

stowskiego /lat ok.80/, ojca ”Graba”. Bito pejczami zakończo-

nymi kulkami metalowymi pokrytymi skórą. Bito po twarzy i po

całym ciele. Wincentego Brzostowskiego leżącego na ziemi szar-

pał i gryzł pies, którym oprawcy niemieccy wyręczali się w ka-

towaniu nieszczęsnego. Zbroczonego krwią i zemdlonego oprawcy

pozostawili w jego mieszkaniu.

W odwet za ucieczkę ze szpitala warszawskiego rannego kol.

Filipowicza Józefa ps. ”Brzoza” Niemcy zastrzelili jego ojca,

przyjeżdżając w tym celu do Łaskarzewa.

Pogrzeby ofiar eksterminacyjnej działalności okupanta przeobra-

żały się w manifestację mieszkańców Łaskarzewa. Pogrzeb jednej

z ofiar, a mianowicie pogrzeb Maśniaka /nie pamiętam imienia i

daty pogrzebu/ uwidoczniony jest na zdjęciu nr 28. Został on

zastrzelony przez Niemców na stacji kolejowej w Łaskarzewie.

Była ona wówczas usytuowana na południowy wschód od dzisiej-

szego przystanku kolejowego, za mostem kolejowym niedaleko od

lasku zwanego ”dworską choiną”.

W dniach obławy organizowanych przez bamschutzów lub sobolewską

żandarmerię na stacji w Łaskarzewie miały miejsce sceny budzą-

ce grozę. Strzelanina, krzyki Niemców i bitych ludzi towarzy-

  • 94 –

szyły rabunkowi ”szmuglu” dokonywanego przez Niemców. Nie

zawsze bowiem udało się uprzedzić oczekujących na pociąg o

tym, że Niemcy wyjechali z Sobolewa z zamiarem przeprowadze-

nia obławy. Bardzo trudno było jednak Niemcom opanować sytua-

cję. Liczebnością wsiadający wielokrotnie przewyższali Niem-

ców, a nade wszystko sprytem i przebiegłym postępowaniem.

Poszkodowani pozostawali na peronie, a odważniejsi wskakiwali

na stopnie już jadącego pociągu, niejednokrotnie chwytając

w biegu leżące na peronie tobołki i paczki. Biada jednak temu,

którego Niemiec zdołał ściągnąć ze stopnia jadącego pociągu.

Na szczęście to należało do bardzo rzadkich przypadków,których

finałem tak, jak w przypadku Maśniaka była śmierć.

Jazda na stopniach i dachach wagonów pociągów osobowych gro-

żąca śmiercią lub kalectwem, uważana była z konieczności za

jazdę w normalnych warunkach, zwłaszcza przez tych którzy tru-

dnili się handlem po to, by uzyskać pieniądze niezbędne do ży-

cia. Nie mówię tu o tych, którzy handel traktowali jako stan

ożywienia gospodarczego sprzyjający ich wzbogaceniu się. Ci bez

żadnych skrupułów korzystali z usług biednej większości i nie

zwracali za takie ponoszone przez nią koszty, jak opłacanie

maszynistów lokomotyw pociągów pośpiesznych po to, by zwalnia-

li ich bieg przed stacją w Łaskarzew. Zwalnianie biegu pociągu

umożliwiało wyskakiwanie z niego i wcześniejszy powrót do domu.

Te w swej treści ryzykowne przedsięwzięcia stały się jednak z

biegiem czasu bardzo niebezpieczne, gdy niemiecka ochrona po

śpiesznych pociągów strzelała do wyskakujących z pociągu ludzi.

Na szczęście – niecelnie.

Nadszedł jednak okres, w którym Niemcy umieszczali w parowo-

  • 95 –

zach obsługę mieszaną polsko-niemiecką, którą nie zawsze mo-

żna było opłacić w opisanym wyżej celu. Tym nie zrażali się

jednak niektórzy pasażerowie. Po prostu wyskakiwali z pędzą-

cego pociągu, wybierając do skoku odcinek toru tworzący nie-

wielki łuk o nasypie porosłym u podnóża krzakami. Te nabyte

kaskaderskie umiejętności wykorzystywali w późniejszym okre-

się chłopcy w akcjach na pociągi w okolicach Szuwar, a nade

wszystko druhowie z zastępu ”Lisów” Szarych Szeregów, których

zadaniem było rozpowszechnianie wśród Niemców materiałów pro-

pagandowych o treści defetystycznej. Podczas obław z reguły

Niemcy przeprowadzali osobiste rewizje zatrzymanych.

Posiadanie większej ilości pieniędzy już stanowiło powód are-

sztowania. W czasie jednej z obław zatrzymano ”Granita”, ko-

mendanta naszej placówki. Osobistą rewizję przeprowadził żan-

darm Eisenmenger o przezwisku ”Śpiący”. Prawdopodobnie ”Gra-

nit” zwrócił na siebie uwagę tym, że miał na nogach buty z

cholewami zwane potocznie ”saperkami”. Sam ”śpiący” opróżnił

mu kieszenie i przeglądał wszystkie znalezione w kieszeniach

papiery.

Dokumenty pisane w języku polskim tłumaczył inny żandarm zna-

jący polski język. ”śpiący” znalazł pieniądze, które ”Granit”

miał przy sobie, inkasując z kasy Stefczyka przyznaną mu po-

życzkę na odbudowę domu zniszczonego we wrześniu 1939 r. i miał

zamiar aresztować go. Być może, że przed aresztowaniem uchroni-

ły ”Granita” legitymacja straży pożarnej i dwujęzyczne /polsko-

niemieckie/ zaświadczenia spółdzielni rolniczo-handlowej i Ka-

sy Stefczyka w Łaskarzewie, gdyż ”Śpiący” dość długo ”bawił

się” jego osobą to odchodząc od niego, to znowu zbliżając się

do niego tak, jakby zastanawiał się co z nim zrobić. Wreszcie

  • 96 –

zdecydował się na zwrócenie mu dokumentów i zwolnienie go.

”Granit” podczas rewizji zachował stoicki spokój, mimo że

znał ”Śpiącego” jako zdecydowanego polakożercę. Szczęśliwym

zbiegiem okoliczności dla ”Granita” było niewątpliwie to, że

miał także przy sobie dokumenty na otrzymaną i podjętą w tym

dniu pożyczkę z Kasy Stefczyka.

Potężnym wstrząsem psychicznym był dla nas likwidacja getta

żydowskiego. Miało to miejsce na początku jesieni 1942 roku.

Brała w nim udział żandarmeria niemiecka i ”szaulisi” rekrutu-

jący się z Litwinów i Łotyszów będących na żołdzie niemieckim.

Do akcji przystąpili w nocy przy współudziale żydowskiej poli-

cji, spędzając nieszczęsnych na Rynek w Łaskarzewie. Czynności

tej towarzyszyły krzyki i strzały Niemców. Liczba zgromadzo-

nych Żydów wynosiła ok. 250 rodzin. Niektórzy mieszkańcy getta

zdołali zbiec, a inni już przedtem zostali skierowani, do obo-

zu pracy w Wildze. Niemcy tym razem zachowali pozory przyzwoi-

tości. Starców i chorych zawieziono furmankami na stację, a

pozostałych otoczyła żandarmeria z psami-wilczurami i rankiem

ruszył makabryczny pochód w kierunku stacji w Łaskarzewie.

Tam czekały na nich towarowe wagony z okienkami zakratowanymi

kolczastym drutem. Na terenie getta buszowało kilku żandarmów

rozstrzeliwując Żydów, którzy nie wyszli na miejsce zbiórki na

Rynek. Piękny, pogodny i słoneczny aczkolwiek chłodny dzień był

ostatnim dniem ich życia.

Granatowej policji zlecono nadzór nad opustoszałym gettem i

pogrzebaniem zabitych Żydów. Pozostawione ruchome mienie Niem-

cy zrabowali.

Obławy, rewizje, wymierzane i egzekwowane ”na gorąco” kary

  • 97 –

pieniężne, rabunek przez okupanta na targach i na stacji w Ła-

skarzewie jaj, masła, drobiu, mięsa i wyrobów z niego był

dopełnieniem mroku okupacyjnych dni i nocy. Do tych nękają-

cych poczynań okupanta można było się przyzwyczaić w miarę

upływu czasu, ale mimo tego pozostawały ich skutki powodujące

ciągłe napięcia psychiczne drążące niczym kornik zdrowy ludz-

ki organizm. Temu celowi służyć miały także karne ekspedycje,

skierowane przez okupanta przeciwko tym wsiom, które nie wy-

wiązały się z oddania kontyngentu. Los taki spotkał wieś Dąbro-

wę, będącą stałym miejscem zamieszkania komendanta naszego Re-

jonu – ”Listka”, Antoniego Płatka. Karna ekspedycja niemiecka

otoczyła we wrześniowy ranek wieś ze wszystkich stron, a Niem-

cy chodząc od gospodarstwa do gospodarstwa w asyście sołtysa, sprawdzali stan

oddanego kontyngentu, porównując nakazy z kwitami dostawy.

Oddany kontyngent w całości, był ”nagrodzony” rabunkiem dwóch

gęsi chyba tytułem ”pokrycia” części kosztów ekspedycji karnej,

natomiast za niepełne wywiązanie się z dostaw gospodarz był ka-

rany konfiskatą krów, świń i gęsi. W rezultacie tej akcji oku-

pant zrabował w Dąbrowie ok. 100 krów, 250 świń i kilka wozów

gęsi. Do pędzenia bydła zabrano ze wsi ok. 50 ludzi, a w tym

także ”Osę”, por. Wójcika Bolesława, dowódcę plutonu partyzan-

ckiego naszego Rejonu. Należał on do ”spalonych” na terenie

Pilawy, poprzedniego miejsca swego zamieszkania i działalnoś-

ci konspiracyjnej. W Dąbrowie znalazł się przypadkowo i za-

trzymał się u ”Listka”, udzielając urlopu – po wykonaniu okre-

ślonych zadań – chłopcom ze swego plutonu. Na domiar złego w

stodole zagrody ojca ”Listka” złożono broń, niemieckie mundury, mięso uzyskane z zabi-

tych dwóch świń zarekwirowanych w majątku w okolicach Wilgi

  • 98 –

na tydzień przed wyznaczonym terminem oddania ich na poczet

wyznaczonego kontyngentu. Żandarmii weszli do mieszkania ojca

”Listka”, a sprawdziwszy, że nie oddano kontyngentu, zabrali

krowę, dwie świnie i kilka gęsi. W następnej kolejności wylegi-

tymowali ”Osę” pytając, co robi w Dąbrowie, mieszkając stale

w Warszawie i dlaczego nie ma ”arbeitskarty”. Zabierając ”Osę”

z sobą jeden z żandarmów oświadczył mu, że teraz Niemcy zapew-

nią mu prawdziwą pracę. Włączono go do gromady zabranych męż-

czyzn i dano do prowadzenia jedną jałówkę. Doprowadził ją tyl-

ko do Woli Łaskarzewskiej, gdzie korzystając z nieuwagi eskorty

niemieckiej i oddając prowadzoną sztukę towarzyszowi niedoli –

skacze na podwórze jakiejś zagrody. Na swoje nieszczęście za-

stał zamknięte drzwi do domu mieszkalnego i szukać musiał miej-

sca ukrycia w zabudowaniu gospodarstwa. Żandarmii eskortujący

grupę nie zauważyli jego zniknięcia, ale uciekinier z niepoko-

jem oczekiwał przejścia całej grupy. Był przecież poszukiwany

przez okupanta, który posiadał jego zdjęcie. ”Osa” zdawał so-

bie z tego w pełni sprawę, że doprowadzenie go do Garwolina

może być tragiczne w skutkach. Uratowała go śmiała decyzja i

szczęśliwy bieg wydarzeń. Gdy zjawił się w leśniczówce Kol.

Teodora Pawłowa odwołano ogłoszony alarm, zawiadamiając jedno-

cześnie Komendę Obwodu o udanej ucieczce por. ”Osy”.

  • 99 –

Ostatnie spotkanie w marcu 1944 r. ze swoimi chłopcami, ostatnia odprawa na

tle zaistniałej sytuacji i coraz wyraźniej zarysowującej się

”wsypy”. W ciągu jednej nocy zdaję remanentem prowadzony przez

siebie sklep. Swoich chłopców i ”Prędkiego” zachęcam, by na

przejściowy okres wyjechali z Łaskarzewa, czekając poza nim na

wyjaśnienie sytuacji. Pociągnięcia swoje uzgadniam z ”Listkiem”

i uzyskuję od niego pełną aprobatę zamierzonego planu działa-

nia, zwłaszcza że ”Furor”, moja żona była w ciąży. Uściski

dłoni przyjaciół – kolegów, informacje – gdzie mogą nas zna-

leźć i opuszczamy z żoną Łaskarzew. Jedziemy do Ryk, do rodziny żony.

Przedstawiamy jej aktualną naszą sytuację. Przyjęto nas ser-

decznie i ze zrozumieniem. Mieszkaliśmy u Marii i Romana Bor-

kowskich, korzystając także z pomocy Gabrieli i Fran-

ciszka Brzostowskich, wujostwa żony. Franciszek Brzostowski

pełnił wówczas funkcję sekretarza gminy Ryki, nie wiedząc, że

za kilka miesięcy będzie musiał się ukrywać tak jak i my.

Łapiemy oddech i na okres świąt Wielkanocnych wyjeżdżamy w

Lubelskie, do koleżanki żony. Przyjeżdżamy tam w przedświąte-

czny czwartek nie wiedząc jeszcze, że w pierwszy dzień Wielka-

nocy wieś Mełgiew, w której znajdujemy się zostanie objęta

akcją pacyfikacyjną zorganizowaną przez okupanta.

Rano w niedzielę 9.04.1944 r otrzymujemy wiadomość, że wieś

otoczona jest przez oddziały niemieckie, a z domów szkopi

”wygarniają” wszystkich mężczyzn. Brat koleżanki żony, u której

jesteśmy, Antoś Siudz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

zachęca mnie, bym z nim ukrył się w kościele w tzw. skarbcu,

do którego wejście jest doskonale zamaskowane. Odmawiam. Nie

chcę opuszczać żony. Czekam na dalszy rozwój wypadków i mam

  • 100 –

nadzieję, że może jako przyjezdny wykręcę się z tej hi-

storii. Do mieszkania wchodzi ”własowiec” tj. żołnierz wzięty

do niewoli, który zadeklarował pod wodzą Własowa- zdrajcy Związ-

ku Radzieckiego swoją współpracę z okupantem w dalszej walce

Hitlera ze Związkiem Radzieckim i z wrogami Rzeszy. Zwraca się

on po rosyjsku z pytaniem, czy dostanie wódkę. Otrzymując ne-

gatywną odpowiedź, nakazuje mi opuścić mieszkanie. Wychodząc

z domu znajdującego się w pobliżu kościoła, proszę żonę, by

zechciała pójść ze mną. Żona ubiera się i wychodzi, a mijając

mnie kieruje swe kroki w kierunku SS-mana stojącego przed ko-

ściołem na podwyższeniu. Podchodzi i zwracając się do

niego w języku niemieckim informuje go, że przyjechaliśmy z Warszawy na

urlop do koleżanki i tam musimy jako urzędnicy

wracać do pracy. ”Szkop” był odwrócony do mnie tyłem i nie

widział mnie. Po wysłuchaniu relacji żony, pozwala jej wrócić

do domu. Żona wraca zadowolona. Idziemy do domu. Po drodze do domu zatrzy-

muje nas ponownie jeden z SS-manów prowadzący grupę ujętych mężczyzn.

Żona wyjaśnia mu, że zwolnił nas komendant, że jesteśmy na

urlopie i musimy jako urzędnicy wracać do pracy. ”Szkop” wy-

słuchał opowiadania żony a stwierdzając, że tutaj nie ma żad-

nego komendanta wyciąga zza mankieta płaszcza listę z nazwi-

skami podejrzanych osób i bierze do ręki nasze ”Dientsausweis’y”.

Sprawdza i pozwala nam wrócić do domu. Dlaczego tak się stało-

wie tylko Bóg. Ukrytych w kościele w skarbcu ”szkopi” wyciągnę-

li i strasznie zbitych eskortowali w oddzielnej grupie. Wszy-

stkich wywieziono do Lublina na zamek. Z całej wsi tylko kilku

mężczyznom udało się wyrwać z opresji. Z Mełgwi wyjeżdżamy w po-

niedziałek rano i powracamy do Ryk, gdzie stacjonowały

  • 101 –

oddziały wojska węgierskiego walczące u boku Hitlera. Węgrzy

byli przychylnie ustosunkowani do polskiej ludności, stąd i

nasze dobre samopoczucie. Mimo jednak tych pozytywnych zjawisk

opuszczamy Ryki w obawie przed ewentualnym wykryciem nas przez

Niemców zwłaszcza, że tutaj otrzymaliśmy wiadomość o zabiciu

”Prędkiego” i ”Wolnego”. Tę hiobową wiadomość przywieźli do nas

do Ryk Ryszard Żelechowski i Jan Antkowiak. I oni musieli opu-

ścić Łaskarzew, zwłaszcza po zajściu, którego byli inicjatorami.

W którejś budce-kiosku na Rynku w Łaskarzewie sprowokowali

bójkę z ”własowcami” ze stacjonującego oddziału Schupo.

Po krótkiej naradzie postanowiliśmy opuścić Ryki i udać się do

Warszawy. Uważaliśmy, że w Warszawie będzie można łatwiej żyć

i ukrywać się. Zostaliśmy po ”wsypie” zdani na własne siły.

W konspiracyjnej swej działalności nie przewidzieliśmy możli-

wości zaistnienia takich okoliczności i za ten błąd trzeba by-

ło teraz drogo płacić. Z uwagi na własne bezpieczeństwo wyklu-

czyliśmy kontakty z rodziną matki mej żony mieszkającej w War-

szawie. Pozostały koleżanki i znajomi żony, których miała dużo,

gdyż uczęszczała do Gimnazjum i Liceum Zofii Wołowskiej. Wraz

z nimi opiekowała się w warszawskich szpitalach naszymi żoł-

nierzami Września, a kontakty pozostały zawsze żywe.

Była nas jednak czwórka, a w zasadzie piątka, gdyż żona była

już z dobrze zaawansowanej ciąży. Każdego dnia nocujemy u kogoś

innego.

Mimo zagrożenia humor i beztroska towarzyszyła nam stale. Przy-

jęliśmy zasadę, że kolegów naszych: Rycha Żelechowskiego i

Jasia Antkowiaka pozostawialiśmy u znajomych żony na kilka-

dziesiąt minut przed godziną policyjną, sami natomiast pędzi-

  • 102 –

liśmy do innych znajomych i wpadaliśmy tam tuż przed tą go-

dziną. Nie zdarzyło się, by nas względnie naszych kolegów nie

przyjęto. Wszędzie witała nas polska, gorąca serdeczność. Stan

taki nie mógł trwać jednak długo. Trzeba było za wszelką cenę

ustabilizować swój żywot. Za pośrednictwem ”Długiego Lisa”

nawiązaliśmy kontakt z Leonem Mądrym, fotografem mieszkającym

w Łaskarzewie a posiadającym swój domek w Świdrze. Domek ten

posiadał kilka wyjść oraz dobrze zamaskowane kryjówki wykona-

ne przez jego właściciela. Żona Mądrego była Żydówką i z tej

to racji przeniosła się wraz dziećmi do Łaskarzewa, uchodząc

ze Świdra. W Łaskarzewie otrzymała od nas dokumenty stwierdza-

jące jej aryjskie pochodzenie. Leon Mądry bez wahania oddał nam

do dyspozycji swój domek.

Byliśmy szczęśliwi i zadowoleni z tego, że bliski był już

kres naszej tułaczki. Żelechowski i Antkowiak z zapałem przy-

stępują do malowania pomieszczeń naszego przyszłego miejsca

pobytu, a ja z żoną zatrzymałem się jeszcze w Warszawie. Mamy

spotkać się w umówionym dniu i miejscu na stacji w Otwocku i

po dokonaniu niezbędnych zakupów udać się do Świdra.

Istotnie doszło do spotkania, lecz z zamieszkania w Świdrze

musieliśmy zrezygnować, a to na skutek niespodziewanej rewi-

zji dokonanej przez Niemców. Chłopcy, zmęczeni pracą, wypoczy-

wali przed domem na leżakach i drzemali, korzystając ze słone-

cznej pogody. Poderwał ich krzyk Niemców ”Hande hoch”, którzy

z bronią gotową do strzału stali obok nich, otoczywszy uprze-

dnio dom. Wpadli do domu przechodząc z pokoju do pokoju.

Przeszukali strych i piwnicę, nikogo nie znajdując. Chłopcy

oniemieli ze zgrozy. Byli przecież ”spaleni”, a w dodatku Jaś

  • 103 –

Antkowiak miał ”na swoim koncie” ucieczkę z przymusowych

robót z Niemiec. Sprawa jednak wkrótce wyjaśniła się. Niem-

cy nie przyszli po nich, lecz w poszukiwaniu właścicieli, któ-

rzy byli naszymi wspólnymi znajomymi. O nich właśnie zapytali

Niemcy. Pytanie to przyniosło chłopcom odprężenie. O tym, że

byli ”malarzami” nie potrzebowali przekonywać Niemców. Potwier-

dzeniem tego było przecież rozpoczęte malowanie mieszkania,

kubły z farbami, pędzle i inne malarskie akcesoria. Łgali,

ile tylko można było, informując Niemców, że właściciel przy-

będzie do nich jutro po południu z Warszawy. Tam ich bowiem

zaangażował do pracy. Niemcy usłyszawszy to wyraźnie ożywili

się i nie legitymowali chłopców, lecz tylko zobowiązali ich do za-

chowania w tajemnicy dzisiejszą wizytę.

Chłopcy przyrzekli solennie, że dotrzymają słowa. Rozmowę

prowadzono za pośrednictwem tłumacza. Chłopcy rzecz jasna te-

go nie zrobili i następnego dnia rano opuścili dom Mądrego,

udając się na spotkanie z nami. Jedną z pierwszych naszych

czynności było powiadomienie Mądrego w Łaskarzewie o zaist-

niałych wydarzeniach.

Dalsze etapy naszych wędrówek zaprowadziły nas do Wiązowny,

a później do Wawra. W Wiązownie byliśmy bardzo krótko z uwa-

gi na to, że mieszkanie koleżanki do której udaliśmy się było

”spalone”. W Wawrze przebywaliśmy u braci Mariana i Antoniego

Godziszewskich, którego ojca rozstrzelali Niemcy 27 grudnia

1939 r. W dniu tym rozstrzelano w Wawrze 107 osób, a zbrodnia ta

odbiła się szerokim echem nie tylko w kraju, lecz także

zagranicą.

  • 104 –

Tutaj czujemy się bezpiecznie i tak, jak u siebie w domu,

otoczeni niezwykłą serdecznością i wprost żenującą życzliwo-

ścią. Mimo trudnych warunków aprowizacyjnych dzielono się z

nami każdym kęsem żywności. Po raz pierwszy od wyjazdu z Ryk

przestaliśmy doznawać uczucia głodu. . . . . . .

Bardzo szybko okrzepliśmy w tych cieplarnianych warunkach, a

za pośrednictwem ”Długiego Lisa” – Kazimierza Józefa Majka

wznowiłem kontakty ze swoimi chłopcami z Łaskarzewa.

W Wawrze spotkałem się z ”Gromem” – Andrzejem Marianem Grud-

niakiem. Pod jego dowództwem i opieką pozostawiłem swoich

chłopców, bowiem do tej funkcji predestynowały go przede wszy-

stkim duża rozwaga i opanowanie. Ileż to radości i męskiego

wzruszenia towarzyszyło naszemu spotkaniu. Okazało się, że

dokonałem trafnego wyboru. Mimo swego młodzieńczego wieku

”Grom” odznaczał się cechami dojrzałego mężczyzny. Byłem z nie-

go dumny, a jednocześnie spadł mi z serca wielki ciężar zmar-

twienia. Cóż bowiem z tego, że chłopcy nie chcieli wyruszyć

razem ze mną wtedy, gdy ich do tego zachęcałem i namawiałem,

opuszczając Łaskarzew? Podjęta przez nich w tamtym czasie de-

cyzja pozostania w Łaskarzewie napawała mnie niepokojem i roz-

drażnieniem, a teraz dominowało uczucie zadowolenia i dumy.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności uniknęli śmierci i tkwili

bez reszty w działalności konspiracyjnej. ”Grom” podjął się

i realizował przeszkolenie zastępu ”Lisów” w zakresie pojedynczego

strzelca na szczeblu ”BS” – Bojowych Szkół, dzieląc się

z druhami swoim doświadczeniem nabytym w walkach z okupantem.

Niezależnie od tego ”Grom’ relacjonował mi o tragicznych w

skutkach wydarzeniach, jakie miały miejsce w Łaskarzewie, a w

  • 105 –

następnych spotkaniach – o przygotowaniach, jakie podjęto w

związku z coraz bardziej zarysowującą się klęską wroga. To

pierwsze po ”wsypie” spotkanie z ”Gromem” pozostawiło nieza-

tarte wrażenie.

Tymczasem codzienne życie toczy się wartkim strumieniem.

Rysiek Żelechowski i Jaś Antkowiak /ps. ”Złób”/ wyjechali z

Wawra, udając się w okolice Parczewa i tam w lasach parcze-

wskich walczyli w partyzantce. Ja natomiast wraz z żoną opu-

ściłem rodzinne progi domu Godziszewskich, by podjąć pracę z

dniem 1 czerwca 1944 roku w Otwocku, w młynie Wacława Mier-

nowskiego. Zamieszkaliśmy w budynku rodziców Kazimierza Za-

sady, ps. ”Kunktator”, z którym już przednio łączyły nas kon-

takty konspiracyjne. Podobnie jak podczas pobytu w Wawrze, tak

i tu przyjęto nas bardzo ciepło i bardzo serdecznie. Rodzice

”Kunktatora” i cała rodzina, przepojona głębokim patriotyzmem,

śpieszy z pomocą każdemu, kto jej potrzebuje. Nas ”spalonych”

traktowano tak, jak własne dzieci, a szczególną troską otoczo-

no żonę, będącą w ostatnich miesiącach ciąży.

”Kunktator” doskonali moją wiedzę z zakresu metod łączności

oraz rozpoznania. O określonych godzinach słuchaliśmy zagra-

nicznych dzienników, ktre nastrajały nas bardzo optymistycz-

nie, podobnie jak poczynania okupanta. Coraz częściej na nie-

bie pojawiały się samoloty radzieckie, a coraz rzadziej nisko

lecące nad drzewami samoloty hitlerowskie. Obserwowaliśmy nie-

miecki pociąg pancerny, który nie mógł przedostać się w kie-

runku Warszawy z uwagi na szerokie perony kolei elektrycznej

uniemożliwiając mu dalszą jazdę. Załoga tego pociągu nieje-

dnokrotnie otwierała bezskuteczny ogień z kilkulufowych kara-

  • 106 –

binów maszynowych do lecących samolotów radzieckich.

Narastała atmosfera podniecenia. Do młyna, w którym praco-

wałem, przyjechał któregoś dnia trzeciej dekady lipca 1944

roku niemiecki ciężarowy samochód wojskowy i kierowca żebrze

o kanister ropy. Już nie ci sami Niemcy. Z dumnych i wynio-

słych zamienili się w łagodnych i proszących. Majster-młynarz

dał mu żądaną ilość i z prawdziwą satysfakcją życzył załodze

samochodu szczęśliwej podróży, nie zapominając przy tym do-

rzucić dalszego życzenia: skręcenia karku na pierwszym za-

kręcie!

A więc stało się! Niemcy uciekają, uciekają w popłochu. Ucie-

kli również z pancernego pociągu, który został rozbity na sta-

cji kolejowej w Pogorzeli Warszawskiej kilkoma celnymi strza-

łami armatnimi oddanymi do niego przez radzieckie czołgi.

W nocy nie spaliśmy w oczekiwaniu na WOLNOŚĆ. Wreszcie nade-

szła w cichą, pogodną i ciepłą noc ostatnich dni lipca, którą

ożywił chrzęst gąsienic radzieckich czołgów. Dochodził on do

naszych uszu, narastał jego ton, to znów milkł na ulicach

miasta. Tej nocy nie zmrużyliśmy oka. Dotarła do nas wiado-

mość, że za rzeką Świder jest kilka czołgów niemieckich.

Z zapartym tchem czekaliśmy na dalszy rozwój wypadków. Ran-

kiem nasz akowski wywiad doniósł, że na odcinku od Otwocka

do Międzylesia nie ma już ”szkopów”, a czołgi niemieckie wy-

cofały się znad Świdra.

Zaczął się piękny, słoneczny dzień. Wokół zapadła głęboka

cisza. Zamilkł chrzęst gąsienic radzieckich czołgów. Nagle

na posesję Zasadów wchodzą radzieccy żołnierze. Są bardzo

zmęczeni. Żołnierz z ręcznym karabinem maszynowym zajmuje

  • 107 –

stanowisko ogniowe na terenie posesji od strony ulicy Górnej

przy płocie z drutu kolczastego. Witamy ich, częstujemy pa-

pierosami i napojami oraz udzielamy informacji, gdzie był wróg

i o której godzinie. Po drugiej stronie toru przy ul. Warsza-

wskiej widzimy następną grupę radzieckich żołnierzy podążają-

cych w kierunku Świdra. Za kilka chwil także po tamtej stronie

pojawia się wojskowy samochód radziecki, jadąc za posuwającą

się grupą. Po pewnym czasie żołnierze radzieccy opuszczają nas

i idą dalej. Zapanowała ogólna radość i świąteczny nastrój.

Nadszedł tak bardzo wyczekiwany PIERWSZY DZIEŃ WOLNOŚCI!

Następne dni, początkowo pełne entuzjazmu i radości, przemie-

niły się w dni smutku i goryczy – w dni Powstania Warszawskiego.

Z gwałtownym biciem serc obserwowaliśmy dzienne i nocne naloty

zrzutowe niosące pomoc Walczącej Warszawie udzielaną przez

aliantów zachodnich i przez dowództwo radzieckie. Za gardło

dławiła łuna pożarów nad Warszawą tak bardzo widoczna nocami

i dymy widoczne w dzień. Wracając do domu któregoś dnia pod-

niosłem z ziemi częściowo nadpalony kawałek torebki z wytwór-

ni budyniu przy ul. Krochamalnej w Warszawie, który wiatr przy-

gnał znad Warszawy do Otwocka. Były to straszne i bolesne dni

i noce, podczas których artyleria niemiecka nie oszczędzała

Otwocka. Ogień artyleryjski wzmagał się z chwilą wjazdu po-

ciągu na stację kolejową w Otwocku. Widoczne Niemcy mieli do-

skonały punkt obserwacyjny. Na ogień Niemców odpowiadała na-

sza artyleria, a wymiana ognia trwała z większym lub mniej-

szym natężeniem przez całe noce. W ciągu dnia Niemcy ostrzeliwa-

li kilkakrotnie Otwock przeważnie w godzinach rannych, połud-

niowych i przedwieczornych. Kilkakrotnie znalazłem się w bez-

  • 108 –

pośrednim zasięgu wybuchającego pocisku artyleryjskiego, a na

gorący pęd powietrza rozgrzanego pociskiem błyskawicznie rea-

gowały moje komórki mózgowe, dając impuls do padnięcia na zie-

mię. W latach sześćdziesiątych naszego stulecia oddałem na

złom kawałek żelastwa, pochodzący z rozerwanego wybuchem po-

cisku. Żelastwo to upadło około dwóch metrów przede mną przy

ul. Armii Radzieckiej w okolicach dzisiejszej siedziby Komite-

tu PZPR w Otwocku. Podniosłem je z ziemi jeszcze ciepłe. . . . .

jednak i do ognia artyleryjskiego można się przyzwyczaić tak,

że nie zrobiły nawet większego wrażenia pociski o wadze ok.

1000 kg spadające na Otwock pewnego sierpniowego dnia 1944

roku, które być może wystrzelono z gigantycznego moździerza

kalibru 610 mm zwanego ”Karlem”. Do leju, jaki pocisk taki

pozostawiał po eksplozji mógł się z powodzeniem zmieścić po-

kój o kubaturze ok. 60 m3.

O ile pamięć mnie nie myli pociski te rozerwały się na terenie

stacji kolejowej w pobliżu budynku stacyjnego, na posesji koło

budynku starego gimnazjum zlokalizowanego pomiędzy ul. PZPR

a ul. Warszawską, na posesji Zasadów /dzisiejsze magazyny hur-

towni spożywczej przy stacji/ oraz na rogu ul. Górnej i Świ-

derskiej. Jak podawał ”Kurier Polski” w nr 179/5771/ z dnia

20/22.08.1976r. ”Karl” został zniszczony przez dwie grupy sztur-

mowych ”Iłów” dnia 2 września 1944 r. a pociski te i ich moc

poznali powstańcy warszawscy, nazywając je ”krowami”.

  • x –
  • 109 –

Pamięć o Ofiarach zbrodni hitlerowskich nie pozwala pominąć

nazwisk sobolewskich żandarmów, którzy dotychczas nie ponie-

śli kary za popełnione zbrodnie. W skład osobowy żandarmerii

z Sobolewa wchodzili: Bittner, Eisenmenger o przezwisku ”śpią-

cy”, Hartman, Klingert,Matchunske, Hoffman i Werner, które-

mu z zasady towarzyszył pies-wilczur.

Żyją oni prawdopodobnie gdzieś w RFN jako szanowani obywatele

tej republiki, nie niepokojeni przez tamtejszy aparat spra-

wiedliwości za swą przestępczą działalność w naszym kraju.

Przed uderzeniem Hitlera na Związek Radziecki /22.06.1941r/

do Łaskarzewa przybył niemiecki oddział wojskowy Luftwaffe.

Nie przypominam sobie jego liczebności. Z ich rąk, o ile do-

brze pamiętam, nie zginął nikt w Łaskarzewie tak samo, jak i

z rąk oddziału wermachtowców w sile około 15 ludzi stacjonu-

jących na stacji kolejowej w celu ochrony akcji kontyngento-

wej. Nie pamiętam także, czy i w jakich rozmiarach dokonywa-

li ”zalegalizowanego” rabunku mienia obywateli polskich.

Krwią Polaków znaczył swój pobyt przybyły do Łaskarzewa w

listopadzie 1943 roku oddział Schultzpolizei. Składał się on

z Niemców w liczbie około 15 oraz z ”własowców” w liczbie

około 45.

O ich zbrodniach piszę we wspomnieniach a rozmiar ich pre-

zentuje załącznik nr 23.

W niewielkim powiecie garwolińskim stale przebywało około 300

Niemców, nie licząc przybywające spoza terenu powiatu dość

liczne okresami karne ekspedycje. Aktualny ich stan zgłasza-

ny był okresowo do Komendy Obowdu przez ”Kreta”, pracownicę

Kreislandwirta. Nikt nie znał lepiej od niej liczby Niemców.

  • 110 –

Ona musiała zaopatrywać sklepy w produkty wydawane na niemie-

ckie kartki żywnościowe, a przydzielane racje żywnościowe by-

ły zróżnicowane. Inne kartki żywnościowe otrzymywali zwykli

urzędnicy niemieccy, inne żandarmeria, SS i SD, wojsko itd.

Znała miejsce ich stacjonowania i rodzaj broni oddziałów nie-

mieckich rozrzuconych po terenie powiatu. Dane te były dla

nas bardzo cenne i nader istotne.

  • X –

Stan liczebny policji granatowej w Łaskarzewie wynosił siedem

osób. Wśród policjantów mieliśmy ludzi zaufanych i oddanych

sprawie walki niepodległościowej. Pisałem już o tym we wspom-

nieniach. Członków policji granatowej w Łaskarzewie okupant

także rozstrzeliwał i szykanował. Rozstrzelany został przez

gestapo kapral Szafrański, za rzekome zastrzelenie przez nie-

go dwóch jakoby ”cywilnych” Niemców w czasie działań wojennych

we wrześniu 1939 roku.

Na podstawie anonimu podrzuconego – nie przesłanego pocztą –

w budynku żandarmerii w Sobolewie zostaje zdegradowany i prze-

niesiony karnie z Łaskarzewa do Żelechowa Kazimierz Smożewski,

komendant posterunku policji granatowej w Łaskarzewie. Oskar-

żono go między innymi o to, że ułatwiał ucieczki schwytanym na

przymusowe roboty do Niemiec oraz że nie pozwalał swoim pod-

komendnym na organizowanie obław na handlarzy. Rozprawie prze-

wodniczył Peters, komendant powiatowej żandarmerii w Garwoli-

nie przy współudziale gestapowca. Niski wymiar kary zawdzię-

czał obronie przez jego zwierzchników z granatowej policji.

  • x –
  • 111 –

We wspomnieniach z pewnością pominąłem niektóre Koleżanki i

Kolegów, którzy aktywnie włączali się w nurt działalności

konspiracyjnej na terenie naszej placówki. Usprawiedliwiam to

podstawową zasadą konspiracji: ”być bardzo czynnym – wiedzieć

jak najmniej”, którą starałem się realizować i przestrzegać.

Organizacyjne przesłanki ściśle związały niektóre moje poczy-

nania z czynnościami innych konspiratorów, natomiast z pracą

innych – luźno i fragmentarycznie. Do tych ostatnio wymienio-

nych należą:

Freliszka Szymon, ps.”Ryś”, oficer gospodarczy

Janosek Jan, ps. ”Orzech”, z którego wiedzy saperskiej nie-

jednokrotnie korzystałem,

Kornacki Antoni, ps. ?

Paśnik Jerzy, ps. ?

Rybicki Józef, ps. ?

Sobieska Tadeusz, ps. ?

Stopa Stanisław, ps. ”Filut”

Szelągowski Józef, ps. ?

Wysiłek, trud i wkład w pracę konspiracyjną wyżej wymienionych

z pewnością nie był mniejszy od innych.

  • x –

Będę wdzięczny tym wszystkim, którzy zechcą wspomnienia moje

uzupełnić swoimi relacjami, a tym samym uchronić od zapomnie-

nia wydarzenia zaistniałe podczas koszmaru okupacyjnej nocy.

Lipiec, 1977 r.

Indeks nazwisk i pseudonimów

Liczby określają strony. Pseudonimy ujęto w cudzysłowie, a

niewiadome oznaczono znakiem zapytania

”Adam” zob. Łapacz Stanisław

Aksman Leopold – Poldkowski – ”Puchacz” 57, 59,

Anders 17

Antkowiak Jan – ”Żłób” 101, 102, 103, 105

Arson Izaak 18

Bandurska Marcela z d. Majewska 84

Benicki Czesław ”Komar” 64, 67

Benicki ” ? ” 67

”Biały Lis” zob. Jackowski Zbigniew

Bittner 111

Bolewicki Jan 15

Bogdan Antoni 19

Boratyński 31

Borkowska Maria 99

Borkowski Roman 99

Boroński 15

Bratsztajn Zelek 19

Brzostowski Antoni ”Grab” 27,34,36,51,56,61,63,64,71,72,82,84,93

Brzostowski Franciszek 99

Brzostowska Gabriela 99

Brzostowski Stanisława 51, 52

  • 2 –

Brzostowski Szymon 18

Brzostowski Wacław ”Dąb” – ”Granit” 27,36,56,61,62,63,65,66,74,84,95,96

Brzostowski Wincenty ”Młot” 36

Brzostowski Wincenty 93

”Brzoza” patrz Filipowicz Józef i Przybylski Aleksander

”Burza” zob. Pach Janusz

Busza Hieronim 22

Busza Władysław 15, 22, 29

”Chytry Lis” zob. Jóźwicki Józef

Cichecki Jan ”Janek” 26, 34, 39, 40

Ciszek Roman 66

Czajka Wacław ”Zamorski” – ”Zocha” – ”Orle Oko” 25,26,33,45,57,58,59,86

”Czajka” zob. Kopik Franciszek

”Czarny” zob. Piesiewicz Jan

Daniel 54

Datner Szymon 14

”Dąb” zob. Brzostowski Wacław

”Dąb II” zob. Gnat Józef

”Dąb” zob. Palucis

”Długi Lis” zob. Majek Kazimierz Józef

”Dolina” zob. Górczyński Marian

Domański ” ? ” 71

Donicz 82

Dworczak Kazimierz 2

Dziugieł Stanisław ”Góra” 58

Eisenmenger 95, 109

Etmann 12

  • 3 –

Fajnwaksowie 19

Fiebig 38

Filiks Bronisław ”Rekin” 35,37,38,53,78

Filiks ”Lew” 37, 38

Filipowicz Józef ”Brzoza” 61,81, 93

”Filut” zob. Stopa Stanisław

Foltynowicz Bronisław 15

Freliszka Bronisław 72

Freliszka Izabela z d. Górka ” ? ” 86

Freliszka Szymon ” ? ” 111

Frycz Alojzy 24

Frycz Józef ”Józefina” 24, 25, 46, 47

”Furor” zob. Przybylska Longina Danuta

Gałązka Stanisław ”Konar” 58

Gąska Jan 18

Gąska Zygmunt 82

Gelibter Rachmiel 19

Gepert Kazimierz ” ? ” 59

”Gilza” zob. Przybylska Wołek Leokadia

Gładysz Franciszek ” ? ” 72

Gładysz Genowefa 84

Gnat Józef ”Dąb II” 56

Godziszewski Antoni i Marian 103, 105

”Góra” zob. Dziugieł Stanisław

Górczyński Marian ”Dolina” 61, 64

Górka Izabela zob. Freliszka Izabela

Górka Józef 18

Górka Krystyna zob. Pielaszek Krystyna

  • 4 –

Górski 81

Górzkowski Władysław 54

Góźdź 5

”Grab” zob. Brzostowski Antoni

Grudniak Andrzej Marian ”Grom” 37,61,68,76,78,104,105

Grudniak Benedykt ” ? ” 87

Grzechnik Marian 18

Grudzień 38

Grzechnik Stefan ”Pies” 53

Guderian 2

Guzewicz Franciszek 93

Guzewicz Ludwik 18

Hartman 109

Hejnowicz Mieczysław 14

Hoffman 109

”Ira” zob. Przybylski Ignacy

Iwicka Marta z d. Przybylska 84

Jabłoński Stanisław 18

Jabłkowski 19

Jackowski Zbigniew ”Biały Lis” 86

Jagmin Franciszka 20

”Janek” zob. Cichecki Jan

Janiszewski 21, 23

Jankiewicz Kalikst 2, 13

Jarmużek 7

Jarząbek Roman ” ? ” 40, 42, 48, 51, 74, 75

Jarzyna Stanisław ”Mazur” 23, 24, 41

Jasiński Antoni ”Prędki” 27,34,36,39,51,56,60,61,76,77,84,99,101

  • 5 –

Jasiński Władysław ”Wróbelek” 64

”Jaskółka” zob. Russak Alina

Jasnosek Jan ”Orzech” 111

Jaworowski Jan 50

Jaworski Stanisław ”Sęk” 73

Jezierski 11

”Józefina” zob. Frycz Józef

Jóźwicki Jan 18

Jóźwicki Józef ”Chytry Lis” 86, 87

Jóźwicki Stanisław ”Wolny” 34, 56, 61, 76, 101

”Kaktus” zob. Kondej Feliks

”Kalina” zob. Russak Stanisława

Kalwaczyński Edward 2

Kałczyński Stanisław 92

Kamaszewski 57, 58

”Kamień” zob. Kisiel Antoni

Kamiński 38

Kapcia Leon 14

Kempf 17

Kisiel Antoni ”Kamień” 83

Klarnecki Wojciech 10

Kliczek Antonina 76

Kliczek Franciszek ”Słońce” 65, 76

Kliczek Henryk ”Twardy” 68, 76, 82

Kliczek Józef ”Piekarz” 56, 76, 77, 78

Klimaszewski 84

Klingert 109

Knopf 58

  • 6 –

Kobyliński Mieczysław 19

Koliński Karol 41, 51, 76, 89

Kołakowska 50

”Koło” zob. Majewski Stanisław

”Komar” zob. Benicki Czesław

Komorowski 71

”Konar” zob. Gałązka Stanisław

Kondej Antoni ”Wolny II” 68

Kondej Feliks ”Kaktus” 78

Kondej Wincenty 72, 73, 74

Kopik Franciszek ”Czajka” 64

Kopik Józef 18

”Korba” zob. Wojciechowski Kazimierz

Kornacki Antoni ” ? ” 111

Kos Janusz 5, 10, 11, 12

Kosicki Jan ”Max” 53, 58

Kotlarski Edward 57

”Kran” 78

”Kret” zob. Modrzewska Krystyna

Kube 58, 59

”Kujawiak” zob. Piątkowski Wacław

”Kulawy” 38, 82, 84, 90, 91

”Kukułka” zob. Walczak Władysław

Kwiatkowski Emil 18

Kwiatkowski Franciszek 18

  • 7 –

”Lew” zob. Filiks i Urawski Józef

”Lis” zob. Russak Bolesław

”Listek” zob. Płatek Antoni

Lorentz 42

Łankiewicz Marian 2

Łapacz Antoni ”Okrzejka” 21,24,26,30,40,42,43,51,72

Łapacz Helena zob. Przybylska Helena

Łapacz Stanisław ”Adam” 40, 48

”Łoś” zob. Sereja Józef

Łuczyński Stefan ” ? ” 28, 29, 86

Mądry Leon 50, 102, 103

Majek Longina Danuta zob. Przybylska Longina Danuta

Majek Julianna 68, 75

Majek Kazimierz Józef ”Długi Lis” 28,34,67,86,87,102,104

Majek Stanisław 34

Majewski Edward ”Sęp” 73

Majewska Marcela zob. Bandurska Marcela

Majewski Piotr 18

Majewski Stanisław ”Koło” 61, 84

Marcinkowski Hieronim 5

Marek Izaak 19

”Maria” zob. Przybylska Helena

Markuszewski Stanisław 23

Masłowski Bronisław 74

Maśniak 93, 94

Matchunske 109

  • 8 –

Matysiak Wacław ”Ziuk” 37, 60, 78

”Max” zob. Kosicki Jan

”Mazur” zob. Jarzyna Stanisław

Miarczanka 20

Michalik Paweł 21

Miernowski Wacław 105

Mikstacki Antoni 15

Mikstacki Stanisław 15

”Młot” zob. Brzostowski Wincenty

Modrzewska Krystyna ”Kret” 43, 81, 90, 109

Nejman Maks 20

Nejmanowa 75, 76

Niedźwiedź Aleksander 19

”Nina” zob. Żelechowska Janina

Nowosad 50

Obłocka Alina zob. Russak Alina

”Okrzejka” zob. Łapacz Antoni

Olczewski Tomasz 19

Olejnik Julianna 54

Olewiński Ludwik 18

Olińska Jadwiga 20

Oliwa Stanisław 38

”Orle Oko” zob. Czajka Wacław

Ortyl 84

”Orzech” zob. Jasnosek Jan

”Osa” zob. Wójcik Bolesław

Osiński Robert 58

  • 9 –

Palucis ”Dąb” 55, 82

Pastuszko-Poświata Kazimiera 51, 52

Paśnicki Franciszek 18

Paśnicki Jan 18

Paśnicki Wiktor 18

Paśnik Jerzy ” ? ” 111

Pawłow Teodor ” ? ” 21, 71

Paziewski Filip 16, 21, 42, 43

Paziewski Stanisław 16

Paziewski Władysław 23

Pach Janusz ”Burza” 35,36,37,61,68,76,78

Peters 109

Piątkowski ”Kujawiak” 58

”Piekarz” zob. Kliczek Józef

Pielaszek Krystyna z d. Górka ”Wiktoria” 85, 86

Pieprzycki Heliodor 11

”Pies” zob. Gnat Józef

Piesiewicz Jan ”Czarny” 57

Piesio 44

Piotrowski Bolesław 19

Piwecki Stanisław 15, 24

Płatek Antoni ”Listek” 27,40,53,56,71,84,78,97,98

Poboży Antoni 18

Polcer Jan ”Ronay” 58

Poldkowski zob. Aksman Leopold

Poświata Antoni 51, 52

”Prędki” zob. Jasiński Antoni

Proczek Michał 18

  • 10 –

Próba Janina 59

Przesmycki Henryk 21

Przybylski Aleksander ”Brzoza” 15, 27, 30, 45

Przybylska Helena I voto Łapacz, II voto Wołek ”Maria” 23,26,40,48,84,86

Przybylski Ignacy ”Ira” 1,2,4,5,6,7,8,9,10,11,12,13,14,15,16,22,23,24,25,26,27,28,29,30,

34,35,37,38,39,40,41,45,47,48,49,54,55,56,57,58,60,61,70,73,74,75,78,79,80,84,86,91,99,

100,101,104,107,108

Przybylska Wołek Leokadia ”Gilza” 14,16,22,36,51,76,84

Przybylska Longina Danuta z d. Majek ”Furor” 27,34,36,58,40,44,48,51,52,56,67,68,75,84,

86,99,103,105

Przybylska Marta zob. Iwicka Marta

”Puchacz” zob. Aksman Leopold

Radowski Leon 19

Raginis Władysław 2

”Rekin” zob. Filiks Bronisław

”Robert” zob. Osiński

”Ronay” zob. Polcer Jan

Roszczak Antoni 6, 14

Roszczak Roch i Jadwiga 14, 15

”Rudy Lis” zob. Sierański Roman

Russak Alina z d. Obłocka ”Jaskółka” 41, 86

Russak Bolesław ”Lis” 38, 42

Russak Stanisława ”Kalina” 38

Rybicki Józef ” ? ” 111

Rybicki Stanisław 18

  • 11 –

Seipelt Witold 5

Seltenreich Antoni ”Stal” i Bogdan 35

Sereja Józef ”Łoś” 78

Serwatka 50

”Sęk” zob. Jaworski Stanisław

”Sęp” zob. Majewski Edward

Sierańska Adela z d. Trzaskowska 84

Sierański Roman ”Rudy Lis” 87

Sierański Franciszek ”Tygrys” 61

Sierański Stanisław 18

Sierański Wincenty 27

Sierszulski Kazimierz i Michał 15

”Sikorka” zob. Wachnicki Jan

Sikorski Władysław 88

Siuda Antoni 99

Skarżyńska Helena 20, 21, 29

Skowroński Tadeusz ”Skoczek” 51, 76, 89, 90

Smożewski Kazimierz 21, 24, 30, 49, 110

Sobieska Tadeusz ” ? ” 111

Sobieski Franciszek 18

Sokołowski Stanisław 56, 70, 73

Soszka Stefan ”Sas” 57, 67

”Spust” zob. Wojciechowski Kazimierz

Stoczewski ” ? ” 37

Stopa Stanisław ”Filut” 111

Straszewski 75

Szafrański 109

Szary Alojzy, żona i córki 92

Szelągowski Edward ”Srebrny Lis” 87

  • 12 –

Szelągowski Józef ” ? ” 111

Szymański Aleksander 51, 52

Śliwiński Edward 34

Thomme 23

Thorenz 3, 10

Tokarski Tadeusz 19

Trzaskowska Adela zob. Sierańska Adela

”Tygrys” zob. Sierański Franciszek

Tyszkiewicz 13

”Twardy” zob. Kliczek Henryk

Urawski Józef 51, 52

Urawski Józef ”Lew” 61, 62, 71

Uszer 75

Wachnicki Jan ”Sikorka” 34, 84

Walczak Władysław ”Kukułka” 37

Warszawer Srul /Zygmunt/ 75

Weiss Roman 9, 10, 14

Werner 109

Wichowski Bolesław 73, 74

Wiejach Stefan 19

Wiewiórowski Jan 2

”Wiktoria” zob. Pielaszek Krystyna

Wilhelmi 52

Wiśniewski Franciszek 34

wiśniewski Kazimierz ”Wicher” 37, 78, 79, 84, 91

Władziński Adam 18

Wojciechowski Kazimierz ”Korba” vel ”Spust” 45/46

Wojdat Antoni 37

  • 13 –

Wojdat Józef ” ? ” 38

”Wolny” zob. Jóźwicki Stanisław

”Wolny II” zob. Kondej Antoni

Wołek Helena zob. Przybylska Helena

Wołek Józef 36, 51, 52, 67, 76, 85

Wołek Przybylska Leokadia zob. Przybylska Wołek Leokadia

Wójcik Bolesław ”Osa” 91, 97, 98

”Wróbelek” zob. Jasiński Władysław

”Wrzos” zob. Żelechowska Władysława

Zając Wacław 18, 19

”Zamorski” zob. Czajka Wacław

Zamulski 23

Zasada Kazimierz ”Kunktator” 45, 105

Zawilski Apoloniusz 17

”Ziuk” zob. Matysiak Wacław

”Zocha” zob. Czajka Wacław

Żabczyński Rafał 47

Żelechowska Janina ”Nina” 44, 86

Żelechowski Ryszard 55,68,82,101,102,103,105

Żelechowska Władysława ”Wrzos” 51, 85

”Żłób” zob. Antkowiak Jan

Zdjęcie nr 1 /do str.2/

Obóz Junackich Hufców Pracy w okolicy Góry Strękowej koło Wizny.

Zdjęcie nr 2 /do str.2/

Grupa junaków z turnusu czerwcowo-lipcowego 1939r w obozie JHP w okolicach Góry Strękowej koło Wizny
/nad głową autora 
wspomnień znak ”V”/.

Zdjęcie nr 3 (do str.8/9)

Zdjęcie nr 4 /do strony 17/

Kościół w Łaskarzewie przed spaleniem.

Zdjęcie nr 5 /do strony 17/

Kościół w Łaskarzewie zniszczony w wyniku walk obronnych w dniach 15-17 września 1939 r.

Zdjęcie nr 6 /do strony 17/

Wieże zniszczonego kościoła w Łaskarzewie w wyniku walk obronnych w dniach 15-17 września 1939 r.

Zdjęcie nr 7 /do strony 17/

Widok na część południowo-zachodnią Łaskarzewa zniszczonego w wyniku walk obronnych w dniach 15-17 września 1939 r. /część rynku wraz z panoramą ul. Wolskiej – lewa strona zdjęcia oraz części pomiędzy ul.Alejową a ul.Garwolińską/.

Zdjęcie nr 8 /do strony 17/

Fragment ruin budynków przy ul.Wolskiej w Łaskarzewie zniszczonych w wyniku walk obronnych w dniach 15-17 września 1939 r.

Zdjęcie nr 9 /do strony 17/

Fragment ruin budynków w okolicach Małego Rynku w Łaskarzewie zniszczonych w wyniku walk obronnych w dniach 15-17 września 1939 r.

Zdjęcie nr 10 /do strony 17/

Panorama części północnej Łaskarzewa zniszczonego w walkach obronnych w dniach 15-17 września 1939r. /fragment ul.Warszawskiej i tzw. Piachów/.

Zdjęcie nr 11 /do strony 19/

Groby poległych we wrześniu 1939 r żołnierzy WP na cmentarzu w Łaskarzewie – na zdjęciu autor wspomnień /pierwszy z lewej/ wraz z Antonim Brzostowskim ps. ”Grab” i jego córką.

Zdjęcie nr 12 /do strony 30/

Transport papieru do powielacza /od lewej – Łapacz Antoni ”Okrzejka” i Przybylski Aleksander ”Brzoza”/.

Kserokopia fotokopii nr 13 /do strony 34/

Kserokopia zawiadomienia o śmierci Majka Stanisława w Oświęcimiu.

Zdjęcie nr 14 /do strony 49/

Łapanka w Łaskarzewie.

Zdjęcie nr 15 /do strony 49/

Kulochrony na strzelnicy w Łaskarzewie.

Zdjęcie nr 16 /do strony 50/

Rozstrzelana Żydówka w Łaskarzewie.

Zdjęcie nr 17 /do strony 50/

Zwłoki rozstrzelanej Żydówki /zdjęcie nr 16/ i Żyda na furmance przed przewiezieniem ich na cmentarz żydowski w Łaskarzewie.

Zdjęcie nr 18 /do strony 50/

Furmanki z wysiedlonymi z Zamojszczyzny w ulicy Alejowej w Łaskarzewie.

Zdjęcie nr 19 /do strony 52/

Wielkanoc 1943r u wysiedlonych z Zamojszczyzny. Księdza Wilhelmiego wita ”Furor”. Przed nimi jedna z matek wysiedlonych z dzieckiem, na przodzie z lewej – Stanisław Brzostowski, aktywista Komitetu Opiekuńczego.

Zdjęcie nr 20 /do strony 52/

Wielkanoc 1943r u wysiedlonych z Zamojszczyzny. Stojący od prawej do lewej: Józef Urawski, Stanisław Brzostowski, ”Furor”, Roman Jarząbek, ks. Wilhelmi, Pastuszko-Poświatowa – w głębi przy oknie jej mąż Antoni Poświata.

Zdjęcie nr 21 /do strony 52/

Wielkanoc 1943r u wysiedlonych z Zamojszczyzny. W głębi od lewej do prawej: ks. Wilhelmi, Pastuszko-Poświatowa, ”Furor”, Stanisław Brzostowski.

Zdjęcie nr 22 /do strony 52/

Wielkanoc 1943r u wysiedlonych z Zamojszczyzny. Wychodzą: ks. Wilhelmi i dr Józef Wołek, na pierwszym planie z lewej ku prawej: Szymański, Antoni Poświata.

Załącznik nr 23 /do strony 70/

Rozstrzelani przez okupanta z terenu osady i gminy Łaskarzew na podstawie danych Biuletynu Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce /tom XI, str.238-248/.

Zdjęcie nr 24 /do strony 56/

Na pierwszym planie /z lewej ku prawej/ Antoni Jasiński /”Prędki”/, Antoni Płatek /”Listek”/- Komendant Rejonu Łaskarzew /”Ryba”/, Stanisław Sokołowski a w drugim rzędzie /od lewej ku prawej/ Ignacy Przybylski /”Ira”/, Longina Danuta z Majków Przybylska /”Furor”/, Antoni Brzostowski /”Grab”/.

Zdjęcie nr 25 /do strony 70/

Kol. Sokołowski Stanisław przy nasłuchu radiowym.

Zdjęcie nr 26 /do strony 70/

Grupa chłopców z AK stoją /od lewej/ ”Grom” /Andrzej Marian Grudniak/, ”Mazur” /Stanisław Jarzyna/, ”Prędki” /Antoni Jasiński/, ”Burza” /Janusz Pach/.

Zdjęcie nr 27 /do strony 70/

W pierwszym rzędzie /od lewej/ ”Prędki” /Antoni Jasiński/, ”Burza” /Janusz Pach/, w drugim rzędzie /od lewej/”Piekarz” /Józef Kliczek/, ”Grom” /Andrzej Marian Grudniak/.

Zdjęcie nr 28 /do strony 93/

Pogrzeb Maśniaka.

 

Pisownia oryginalna.
Transkrypcji wspomnień dokonała Angelina Pawlikowska

One thought on “Łaskarzew, wspomnienia z lat 1939-1944 – Ignacy Przybylski

  1. 1. wymienia dwa razy leśniczego z Izdebna Pawłowa – został zamordowany przez NKWD w 1945 roku lub rok później – co ciekawe w październiku 1939 roku Franciszek Hynek zdeponował i niego swoje dokumenty,
    2. w rejonie Izdebna, Dabrowy w 1939 roku zakopano około 1500 karabinów, dziesięć armat ppanc i baterię armat pułkową – ktoś z Wanat zdradził miejsce zakopania broni i Niemcy wywieźli 16 furmanek broni ale furmanka to około 500 kg ładunku a zgrupowanie polskie które tam broń zakopało miało 40 furmanek amunicji i 60 karabinów maszynowych więc Niemcy wywieźli tylko około 1/3 wagowo broni zakopanej a gdzie reszta?
    3. znaleziono około 6 armat w różnym okresie ale niekompletnych,
    4. dziwne, że o zakopanej broni nie wiedzieli partyzanci – Pawłow mógł wiedzieć
    5. w rejonie Garwolina było bardzo dużo jak na partyzantów polskich VISów być może pochodziły z tych zakopanych w okolicach Izdebna,
    6. historia z donosicielem jak by bliźniacza z Garwolinem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aby dodać komentarz uzupełnij równanie/To add a comment complete the equation UWAGA/ATTENTION!!! Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.